Sztuka

Poodwilżowa rewolucja w anachronicznym szarym kolorze

Teresa Pągowska, Sprzedawca owoców, 1956, olej, płotno, 100x130 cm
Galeria Gaga
W stołecznej Galerii Gaga pokaz przywołujący artystyczny klimat po okresie socrealizmu
Nastała moda na grzebanie w przeszłości naszej sztuki. W ostatniej dekadzie bodaj najczęściej wracamy do szczególnego momentu, kiedy socrealizm został unieważniony i twórcy poczuli kreacyjną swobodę.
Po śmierci Stalina ludzi sztuki ogarnęła euforia. Poluzowało we wszystkich aspektach bytu: „…wiatr odnowy wiał, darowano resztki kar, znów się wolno było śmiać" – jak to zgrabnie ujął zespół Perfect. Wtedy wybuchła abstrakcja. Niestety, tendencje u nas uchodzące za awangardę na świecie były już anachroniczne… Dla nas nowoczesność (wolność?) oznaczała malarstwo materii lub kubizowanie form oraz eksperymenty z nietradycyjnymi surowcami.
Kiedy dziś oglądam te „poprzełomowe" prace, zdumiewa mnie ich… nieśmiałość. Nieduże formaty, przyszarzona, ciemna kolorystyka, delikatne kształty, czasem tylko gruba, reliefowa faktura. Bardzo kulturalna rewolucja. Takie właśnie odczucia towarzyszyły mi na wystawie „Nowoczesne lata 50. Trendy i przemiany" w Galerii Gaga. Nie ma tam podręcznikowych dzieł. Szefowie galerii dotarli do nieznanych, dotychczas nieeksponowanych prac 14 autorów. Są m.in. Pągowska, Kobzdej, Lebenstein, Jaremianka, a w ich towarzystwie – Szwacz, Ziemski, Paklikowska-Winnicka, Artymowska. W zestawie wyraźnie uwidoczniają się prywatne związki i sympatie. I tak kompozycje osiowe Jana Lebensteina wystawiono obok niemal bliźniaczych dzieł Aleksandra Kobzdeja i równie podobnych Wandy Paklikowskiej-Winnickiej (przez pewien czas związanej z Lebensteinem). We wszystkich pracach widać tę samą zasadę kompozycyjną: coś a la kręgosłup, wokół którego skupiają się drobne, porozrzucane formy. Co więcej – kolorystyka płócien jest zdumiewająco zbliżona. Szarości, czernie, zgaszone ugry. Efekt kapistowskich nauk. W tym wyciszonym pejzażu wyróżnia się kilku „odmieńców". Ceramiczne mozaiki Zofii Artymowskiej to abstrakcyjne dekoracyjniaki, w rodzaju tych, którymi przez kilka dekad zdobiono wnętrza, a nawet fasady budynków użyteczności publicznej (niezapomniany Supersam!). Zdumiały mnie wyjątkowo współcześnie wyglądające płótna Marka Oberländera. Oszczędne, drapieżne, wyzywająco „brzydkie". W sztuce tego artysty, zmarłego we Francji 31 lat temu, wyczuwa się próbę oswojenia śmierci, o którą otarł się nieraz podczas okupacji. Największą frajdę sprawiły mi nieznane kompozycje Teresy Pągowskiej. Kiedy większość jej pokoleniowych kolegów delektowała się tonami zgaszonymi, ona stosowała jaskrawe barwy. Odważyła się nawet namalować amarantowy akt leżący wśród cynobrowych draperii („Kompozycja" z 1958 r.). Kilka lat później zaczęła kłaść farbę tak cienko, że widać było strukturę płótna („Figura siedząca", 1962 r.). To była prawdziwa rewolucja. A także dowód, że prawdziwy talent nie mieści się w ramach mód. [i]Wystawa czynna do 31 sierpnia [/i]                
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL