Publicystyka

Widmo nieuchronnej klęski

Igor Janke
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Prezydent naiwnie daje się wpuszczać w rozmaite nieczyste gierki. Popełnia też wiele błędów, dając przeciwnikom pretekst do wymierzania mu ciosów - pisze publicysta "Rz"
[b]Przeczytaj także [link=http://www.rp.pl/artykul/336809.html" "target=_blank]Tomasz Sakiewicz: Gdzie salon się bije, prezydent skorzysta [/link][/b]
Sondaże są bezlitosne. Wszystkie badania pokazują, że nieco ponad rok przed wyborami prezydenckimi pozycja Lecha Kaczyńskiego jest dramatycznie słaba. Prezydent przegrywa praktycznie z każdym. Nie wiadomo nawet, czy wejdzie do drugiej tury. Nadzieje polityków PiS na to, że Donald Tusk i Platforma Obywatelska poślizną się na kryzysie, spełzają na niczym. Tylko najzagorzalsi zwolennicy Lecha Kaczyńskiego przypominają, że pół roku przed wyborami w 2005 roku przewaga Donalda Tuska też była olbrzymia, a jednak dzięki dobrej kampanii wyborczej kandydat PiS wygrał. Ale wtedy sytuacja była odmienna. Polacy oczekiwali radykalnej zmiany: walki z korupcją, przemiany moralnej, oczyszczenia życia publicznego. Wydawało się, że te nadzieje lepiej spełni Lech Kaczyński – popularny minister sprawiedliwości i prezydent Warszawy, który zbudował Muzeum Powstania Warszawskiego.
[srodtytul]Banany Palikota [/srodtytul] Dziś Lech Kaczyński jest przede wszystkim prezydentem Polski, którego większość wyborców ocenia bardzo krytycznie. Zbudował sobie ogromny elektorat negatywny. Można powiedzieć, że duża w tym rola czarnego piaru Platformy, podchwytywanego natychmiast przez niechętne Lechowi Kaczyńskiemu media. Ale i on sam nie jest bez winy – naiwnie daje się wpuszczać w rozmaite nieczyste gierki i odpowiada na nie niezbyt zręcznie. Sam też popełnia wiele błędów. Rozmaitymi swoimi zachowaniami daje pretekst do wymierzania mu ciosów i ułatwia przeciwnikom zadanie. Wyobraźmy sobie taką oto symboliczną sytuację: Janusz Palikot ze Sławomirem Nowakiem (a może Radosławem Sikorskim?) stają na Krakowskim Przedmieściu ze skórką banana. Rzucają ją. Skórka leci daleko, daleko. Po chwili na ulicę wychodzi Lech Kaczyński, rozgląda się, dostrzega skórkę i oburzony zaczyna biec w jej kierunku. Gdy dobiega, wykonuje spektakularny ślizg i z ubrudzonym śmiesznie garniturem upada na bruk. Następnego dnia na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" pojawia się rysunek przedstawiający leżącego na ulicy utytłanego w błocie prezydenta. A Nowak z Palikotem ryczą ze śmiechu. Podobnie jak widzowie "Szkła kontaktowego". A przecież prezydent spokojnie mógł pójść dalej, nie rzucając na skórkę nawet wzgardliwego spojrzenia. Niestety, Lech Kaczyński i jego doradcy mają jakąś zadziwiającą umiejętność pakowania się nawet w te problemy, których z łatwością mogliby uniknąć. Szanse Lecha Kaczyńskiego może też pogorszyć pojawienie się trzeciego kandydata. Bo jeśli do gry wejdzie ktoś taki jak Andrzej Olechowski czy Włodzimierz Cimoszewicz i przeprowadzi sprawną kampanię, może wypchnąć obecnego prezydenta ze stawki. I, paradoksalnie, to on i PiS, a nie Tusk i Platforma mogą paść ofiarą wejścia Olechowskiego do polityki. Bo Olechowski może zabrać głosy każdemu z kandydatów. Każdemu po trochu. I może uzbierać ich tyle, by wyprzedzić Kaczyńskiego w wyścigu o drugą turę. Jest jeszcze jeden ważny element. Kiedy do gry wchodzi Olechowski, jeszcze ważniejszy niż dotychczas staje się elektorat bardzo prawicowy, czyli słuchacze Radia Maryja. A chociaż Jarosław Kaczyński ma zamiar kupić radiomaryjną komórkę, to jego brat nie cieszy się – mówiąc oględnie – sympatią ojca Rydzyka. I trudno sobie wyobrazić, by toruńska rozgłośnia spektakularnie zaangażowała się w promocję kandydata, który pod wieloma względami nie odpowiada jej wyobrażeniom o idealnym kandydacie. A do tego z małżonką o zdecydowanie liberalnym światopoglądzie. [srodtytul]Frustracja w PiS[/srodtytul] Na domiar złego PiS i jego lider zatracili umiejętność odczytywania nastrojów społecznych. Pokazały to najlepiej ostatnie wybory parlamentarne. Obóz braci Kaczyńskich miał swój wielki moment w 2005 roku, kiedy ogromna część Polaków miała dość zgniłych rządów postkomunistycznej lewicy i oczekiwała radykalnej przebudowy kraju. Dziś nikt radykalnych kroków już nie chce, ale PiS i prezydent nie są w stanie zaproponować niczego, co poruszyłoby emocje wyborców.Wszystko to stawia Lecha Kaczyńskiego w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Trudno sobie wyobrazić, co mogłoby odwrócić tę niekorzystną tendencję. Oprócz, oczywiście, jakiegoś megaspektakularnego wydarzenia, które na razie trudno przewidzieć. Ale na cud PiS i Lech Kaczyński nie powinni liczyć. Bo dziś pytanie nie brzmi: czy Lech Kaczyński może ponownie wygrać wybory. Pytanie brzmi: czy Lech Kaczyński wejdzie do drugiej tury. W prywatnych rozmowach nie spotkałem ani jednego działacza PiS, który wierzyłby w możliwość jego reelekcji. Widmo klęski coraz bardziej zagląda im w oczy. Nastroje w PiS są fatalne. Trudno zauważyć wolę walki. I chyba nieprzypadkowo tak wielu z pisowców tak łatwo dało się namówić na start w wyborach europejskich – mają szansę w komfortowych warunkach przeczekać trudne chwile. Ale co się stanie z PiS po ewentualnej wyborczej klęsce? Gdyby Lech Kaczyński wszedł do drugiej tury i przegrał nieznacznie, po emocjonującej walce, wówczas partia mogłaby przetrwać porażkę w stanie w miarę nienaruszonym. Na przegranej w wyborach prezydenckich niejeden polityk budował swoją przyszłość i kładł fundamenty pod swoje ugrupowanie. Tak było z Tadeuszem Mazowieckim i z Andrzejem Olechowskim, tak swoją pozycję w PSL umacniał Waldemar Pawlak. Ale z Lechem Kaczyńskim sytuacja jest inna. PiS i obaj bracia mieli niemal pełnię władzy. Teraz zaś systematycznie zjeżdżają w dół. Oczywiście nadzieje przeciwników Prawa i Sprawiedliwości na to, że ugrupowanie się rozpadnie czy zniknie ze sceny politycznej, są mrzonką. PiS ma ciągle spory twardy elektorat. Kłopot w tym, że to elektorat topniejący. Złożony głównie ze starszych wyborców. Co więcej – przy tylu błędach popełnianych przez Platformę Jarosław Kaczyński i jego ludzie wciąż nie umieją znaleźć języka i komunikatu atrakcyjnego dla większości wyborców. Nie umieją wykorzystać tej fantastycznej – z politycznego punktu widzenia – szansy, jaką są nieudolne rządy PO w czasach kryzysu. Co zrobi Ziobro Co czeka PiS? Scenariusze są dwa. W pierwszym partia będzie dalej pozbywać się kolejnych polityków, aż zostaną w niej najwierniejsi ludzie, sprawnie wykonujący polecenia prezesa. Nie będzie próbowała zdobywać nowych wyborców, ograniczając się do elektoratu zbliżonego do Radia Maryja, i zadowoli się poparciem 10 – 15-procentowym. W tym scenariuszu partia jakoś przetrwa, zabezpieczając prawą flankę na scenie politycznej i być może od czasu do czasu wchodząc w różne koalicje. Scenariusz drugi zakłada opuszczenie partii przez Zbigniewa Ziobrę wraz z grupą zwolenników, którzy spróbują zbudować własne ugrupowanie. Może ono zadać PiS bolesny cios. Byłaby to bowiem bezpośrednia konkurencja partii Jarosława Kaczyńskiego walcząca o ten sam elektorat. W tym przypadku straty PiS mogłyby być większe. Czy Ziobro ma szansę zbudować większe ugrupowanie? Taki Ziobro, jakiego znamy dziś, zapewne nie. Ale za kilka lat? Były minister sprawiedliwości jest na tyle ambitny, że może swoją karierą pokierować w różny sposób, a nawet zmienić nieco wizerunek. Pomóc mu w tym może pobyt w Strasburgu i Brukseli. Chociaż może się też zagubić na brukselskich korytarzach. Teoretycznie możliwy jest jeszcze trzeci wariant, o którym wspominają niektórzy politycy PiS. Jarosław Kaczyński – w zamian za zaangażowanie Ziobry w kampanię Lecha Kaczyńskiego i przekonanie Tadeusza Rydzyka do wsparcia tej kandydatury – odda mu prezesurę partii. Ale znając poziom napięć, emocji i podejrzeń w PiS, zwłaszcza na jego szczytach, trudno uznać ten scenariusz za realny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL