Teatr

Nikt tak nie potrafił zagrać inteligenta

„Barwy ochronne” (1976) w reż. Krzysztofa Zanussiego. Na zdjęciu z Piotrem Garlickim
East News/Polfilm
Jego żywiołem był teatr, ale również w kinie zbudował prawdziwe kreacje. Mimo to wystąpił w ponad 70 filmach.
Stworzył na ekranie postać polskiego inteligenta, człowieka o niejednoznacznym życiorysie, przebijającego się przez meandry naszej historii.
Nie przepadał za kinem. – W filmie nie jestem do końca odpowiedzialny za siebie. Oddaję się w ręce reżysera. Można z moją rolą zrobić, co się żywnie podoba. Wyjąć coś, włożyć, powtórzyć, przyciąć – mówił. Może dlatego współpracował tylko z najlepszymi.
Zadebiutował na ekranie w 1963 roku w niewielkiej roli w filmie Jana Łomnickiego „Wiano”. Ale naprawdę zaistniał na ekranie w latach 70. dzięki obrazom Krzysztofa Zanussiego. Pasowali do siebie. Obaj skupieni, głęboko przeżywający świat. Zapasiewicz zagrał samotnego docenta Jana w „Za ścianą” i naukowca konformistę w „Barwach ochronnych”. Potem zrobili razem „Kontrakt”, „Imperatyw”, „Opowieści weekendowe”, „Życie jako śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową”, „Suplement”, „Personę non grata”. I ostatni wspólny film „Rewizytę”, który czeka na premierę. Aktor współpracował też z Edwardem Żebrowskim („Ocalenie”, „Szpital Przemienienia”), Andrzejem Wajdą („Ziemia obiecana”, „Panny z Wilka”, „Bez znieczulenia”), Stanisławem Różewiczem, Kazimierzem Kutzem, Januszem Majewskim, Agnieszką Holland, Krzysztofem Kieślowskim, Januszem Zaorskim, Januszem Kijowskim. Był perfekcjonistą. Jego postacie były niejednoznaczne, nie bał się grać ludzi cynicznych, czasem wręcz podłych. Zmuszał widza do myślenia i zadawania pytań. Docent z „Barw ochronnych”, naukowiec z „Za ścianą”, dziennikarz z „Bez znieczulenia”, lekarz z „Życia jako śmiertelnej choroby...” – wszystkie te role wymykały się prostym ocenom. – Uwielbiałem jego aktorstwo i jego profesjonalizm – mówi Janusz Kijowski. – Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, przy filmie „Kung-fu”. Uczono mnie w szkole, że wykonawcy trzeba objaśnić, czego się od niego oczekuje, opowiedzieć o klimacie sceny, w której gra, o motywacjach jego postaci. Zacząłem więc z nim rozmawiać. „Słuchaj, chłopcze – przerwał mi. – Ty mi nie mów tego wszystkiego, co mogę wyczytać w scenariuszu. Powiedz mi, kim jest mój bohater, w jakim nastroju rano wstał, czy ma kłopoty z żoną, czy nie. Powiedz to, czego nie ma w scenariuszu”. Dzisiaj powtarzam to zawsze studentom reżyserii. Kreacje Zapasiewicza zawsze miały drugie dno, potrafił nadać głębię postaciom, które grał. Nie potrzebował słów, często wystarczyły mu gest, spojrzenie. Operator Sławomir Idziak mówi o niezwykłej charyzmie Zbigniewa Zapasiewicza. – Miał w sobie jakiś niebywały magnetyzm. Był piekielnie inteligentny. Wybitni aktorzy teatralni nie zawsze sprawdzają się w kinie. Jemu zawdzięczamy wielkie kreacje także na ekranie. Nie podnosił głosu, ale jego szept brzmiał bardzo mocno. Pracowałem z nim przy filmach Krzysztofa Zanussiego, zagrał też epizod w moim „Enaku”. Zawsze bardzo go szanowaliśmy. Miał na planie zapewnioną pozycję gwiazdy, ale nigdy tego nie wykorzystywał. Jestem przekonany, że gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, należałby do czołówki najsłynniejszych aktorów świata.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL