Film

Humor najgorszej próby

AFP
„Brüno” – nowa komedia Sachy Barona Cohena – niby demaskuje uprzedzenia, nietolerancję i homofobię. W istocie jednak brytyjski komik schlebia najniższym gustom i manipuluje ludźmi. Dla zysku.
To będzie kasowy hit, a przy okazji kupa śmiechu. Na pokazie „Brüna” ludzie rżeli. Dali się wkręcić Cohenowi, który udaje austriackiego geja, dziennikarza specjalizującego się w modzie. Przybywa do Hollywood, by za wszelką cenę stać się sławny. Rozmawia z ludźmi. Bierze udział w rozmaitych show.
Już raz spróbował tej metody, gdy w 2006 roku wcielił się w kazachskiego reportera Borata. Pod pozorem nagrywania relacji dla telewizji stworzył satyrę na amerykańską mentalność. W wywiadach jego rozmówcy ujawniali skrywane poglądy. I wychodzili na durniów. Gdy Cohen wciela się w rolę, nie ma granicy, której nie może przekroczyć. Kpi ze wszystkiego: seksu, polityki, show-biznesu, celebrytów, religii. Jako Brüno wymachuje dildami, pokazuje gadającego penisa, paraduje w uprzęży dla lubiących ostre t?te á t?te. Wzorem Angeliny Jolie i Madonny przysposabia dziecko, małego Murzynka, pieszczotliwie nazywając go „Bambo”. A następnie doprowadza do białej gorączki publiczność pewnego talk- show, sugerując, że poszukuje dla chłopczyka drugiego ojca, bo chce stworzyć rodzinę szczęśliwych gejów. Wyśmiewa stereotypy na temat homoseksualistów, ale także ich samych, przechadzając się po ulicy w różowym wdzianku. Odwiedza również Bliski Wschód. Zapewnia, że pragnie doprowadzić do pokoju między Izraelczykami a Arabami. Ale plan bierze w łeb, gdy myli Hamas z hummusem, a Palestyńczykom nakazuje zwrócić Izraelowi ukradzione... piramidy.
Oglądając film, nie sposób się nie roześmiać. Mimo to z kina nie wyszedłem rozbawiony, ale zażenowany. W „Brüno” widać bowiem wyraźnie, że Cohena nie interesuje zmiana sposobu myślenia ludzi, wywołanie dyskusji na temat hipokryzji, skrajnych uprzedzeń. Wciąga rozmówcę w przygotowany wcześniej happening, dezorientuje go i wystawia na pośmiewisko. To humor najgorszej próby. Tak właśnie Cohen vel Brüno obszedł się z republikańskim politykiem Ronem Paulem, byłym kandydatem na prezydenta. Zaprosił starszego, nobliwego pana na wywiad. W trakcie rozmowy zgasło światło, więc przeszli do pokoju obok. Tam komik rozebrał się do majtek i zaczął z Paulem niedwuznacznie flirtować. Zdenerwowany mężczyzna wybiegł na korytarz, nazywając Cohena pedałem. Odkrył prawdziwą twarz? Raczej dał wyraz frustracji i zdenerwowania. Żal było patrzeć, jak został upokorzony. Podobnie manipulował Cohen mieszkańcami rumuńskiej wioski Glod, gdy był Boratem. Nieświadomych wieśniaków pokazał wówczas jako Kazachów, którzy polują na Żydów, kobiety trzymają w klatkach i spółkują ze zwierzętami. Kiedy po premierze filmu społeczność Glodu zorientowała się, że padła ofiarą niesmacznego żartu, próbowała walczyć o odszkodowanie. Wytwórnia 20th Century Fox – producent „Borata” – wyśmiała jej żądania. Cohen się za nią nie wstawił. Wieśniacy nie byli mu już do niczego potrzebni. Zarobił miliony, stał się celebrytą. Aby utrzymać ten status, potrzebuje sukcesu kasowego „Brüna”, a ten jest możliwy, jeśli rozbawi widzów do łez. Nieważne jakimi metodami. Ważne, żeby wzięli udział w ryzykownej zabawie. Żeby puściły im hamulce.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL