Muzyka

Triumf wyobraźni na jazzowym balu

Randy Brecker
Fotorzepa, Darek Golik
Zakończył się Warsaw Summer Jazz Days. Zagrały trzy nietuzinkowe orkiestry. Było dowcipnie, wytwornie, w wielkim stylu
– Dziękuję, że przyszliście – mówił Włodek Pawlik do garstki słuchaczy, którzy wypełnili wczoraj Salę Kongresową ledwie w jednej czwartej. – To ostatni oddech polskiej muzyki. Jeśli nas nie wesprzecie, zostanie już tylko Britney Spears i Madonna.
– Najwyraźniej polska publiczność nie jest na tę muzykę gotowa – zawyrokował z przekąsem, choć uśmiechnięty Mariusz Adamiak. Szkoda, bo wczorajszy orkiestrowy finał festiwalu był wyjątkowy: zamiast zwyczajowych fajerwerków w wykonaniu światowych sław, oglądaliśmy fantastyczną współpracę Polaków i Amerykanów, dowód tego, że nie brakuje u nas fantazji i talentów. Wieczór rozpoczęła suita skomponowana przez Włodka Pawlika z myślą o wspólnym wykonaniu z trębaczem Randym Breckerem. Pojawili się na scenie z orkiestrą Filharmonii Podlaskiej. W złożonym z sześciu części koncercie początkowo dominowały nostalgiczne tony. Otwierające solo Pawlika budowało klimat przemijania i niepokoju: jakby lada moment coś ważnego miało się skończyć.
W drugiej odsłonie, rozpoczętej przez perkusistę Cezarego Konrada, było już pogodniej. Randy Brecker prowadził trąbkę subtelnie i płynnie, więcej – wzruszająco. Konrad delikatnie muskał czynele, tworząc czystą dźwiękową płaszczyznę, na której Pawlik zostawiał finezyjne fortepianowe ornamenty. To było znakomite porozumienie muzyków, bezbłędne odczytywanie intencji. Z czasem suita nabierała rumieńców: na pierwszy plan wyszły głośne bębny, tempo było szybsze, orkiestra grała z mocą, a muzykom sprawiało to większą przyjemność. Wreszcie Pawlik wstał i grał tańcząc nad klawiaturą. Kiedy wybrzmiały ostatnie tony, muzycy ściskali sobie ręce wyraźnie zadowoleni. Mają powody – popisy solistów połączone z klasą i elegancją orkiestry dały godzinę błyskotliwej i refleksyjnej muzyki, zawieszonej między jazzem, klasyką a kompozycjami filmowymi. Całkiem inną energię wnieśli członkowie stworzonego specjalnie na wczorajszy występ Tymański Brass Ensemble i występujący z nimi trębacz Dave Douglas. Tylko on zjawił się w marynarce, reszta przyszła w luźnych strojach, które idealnie oddawały charakter występu. To była męska muzyka i męska zabawa. Mobilizowani wyrazistym podkładem, stworzonym przez perkusistę Kubę Staruszkiewicza i grającego na kontrabasie Tymańskiego, pięcioosobowy oddział wyposażony w instrumenty dęte ruszył do ofensywy. Grali mocno, nieustraszenie, jakby nic nie mogło ich zatrzymać. Przypominali grupę przyjaciół z podwórka, którzy – choć dawno zmienili muzyczne hobby w poważną pasję – wciąż czują chłopięcą chęć podbijania świata i rywalizacji. Takiej drużyny na żadnym boisku nie pokonałby nikt – niosła ich wyobraźnia, nie krępowali siebie wzajemnie, każdy dostał dość miejsca, by pokazać, co potrafi. A dodatkowo motywował ich fakt, że grali w hołdzie dla Lestera Bowie. Dave Douglas jest wspaniałym partnerem do takich wypraw – wczoraj znów połączył wodę z ogniem: grał tradycyjnie i nowatorsko zarazem, jakby trzymał się ziemi, ale jednocześnie wylatywał na nieznaną innym orbitę. W występie tej męskiej drużyny błysnęła i inna bezcenna iskra – dowcip. Jedyną damą wczorajszego wieczoru była kompozytorka Maria Schneider, która z wielką gracją i wyczuciem poprowadziła skompletowaną przez Krzysztofa Herdzina orkiestrę. Poruszała dłońmi w powietrzu, przesuwając niewidoczne masy dźwięków, a te jakby materializowały się zgodnie z jej życzeniem. Kompozycje Schneider są bogate, pełne dramatycznych zmian i zaskakujących przejść, ale przede wszystkim: szlachetne. Można się było poczuć, jak na wytwornym jazzowym balu.    
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL