Historia

Kryzys w kraju, chmury nad granicami

Dyplomaci niemieccy i sowieccy w Rapallo
EAST NEWS
Kilka było przyczyn gwałtownego powrotu do władzy, opisywanego jako zamach stanu. W istocie było to raczej coś na kształt wiosennego przesilenia. Nieudolne i skorumpowane rządy ustąpiły na rzecz niedawnego samotnika z Sulejówka. Prawda, były ofiary, ale było też ogromne parcie społeczne na odrzuceniu układu z lat 1923 – 1926.
Jesienią 1925 roku około 400 000 ludzi pozostawało bez pracy, co stanowiło 1/3 siły roboczej poza rolnictwem. Złotówka, po wspaniałej reformie Władysława Grabskiego, traciła mocno na wartości, a deflacyjna polityka ministra skarbu Juliusza Zdziechowskiego spowodowała zwolnienie 25 000 pracowników Polskich Kolei Państwowych, redukcję zapomóg dla chorych i starych oraz podwyższenie o 10 proc. podatków.
Wprowadzono opłatę pogłówną w wysokości 5 złotych, podniesieniu uległy ceny gazu, elektryczności, ropy naftowej, soli, tytoniu, zapałek i alkoholu. Strajki obejmowały coraz to szersze sektory, protesty uliczne krwawo tłumiono. Prawicowe gabinety nie umiały rozmawiać ze społeczeństwem, a ono spoglądało z nadzieją na skromną willę Marszałka w Sulejówku. Od dłuższego czasu Piłsudski obserwował zbliżenie Niemiec i Rosji. Oba państwa uważane były za pariasów nowego, wersalskiego układu sił i już w kwietniu 1922 roku, podczas konferencji w Genui, zawarły w pobliskim Rapallo porozumienie o współpracy. Likwidowano wzajemne roszczenia ekonomiczne, nawiązywano stosunki dyplomatyczne i konsularne, zapowiadano współpracę, która między innymi umożliwiła Reichswehrze prowadzenie ćwiczeń w Rosji oraz szkolenia i testowanie zakazanych traktatem wersalskim rodzajów uzbrojenia. Już podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku odzywały się w sztabie Reichswehry głosy, aby odtworzyć granicę rosyjsko-niemiecką według linii z 1914 roku. Donosiły o tym raporty polskiego Oddziału II. A sowiecki dyplomata Adolf Joffe miał wyrazić życzenie przeprowadzenia korytarza przez polskie Pomorze.
Obawy Piłsudskiego znalazły potwierdzenie 24 kwietnia 1926 roku, kiedy to odnowiono w Berlinie układ z Rapallo. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, co dla Polski oznacza współdziałanie dwóch czarnych orłów. Tym bardziej że na Francję nie można było liczyć. Szczególnie złowieszczym memento były traktaty podpisane w szwajcarskim Locarno 16 października 1925 roku. Francja, Belgia, Wielka Brytania i Włochy podpisały z Niemcami tzw. pakt reński gwarantujący nienaruszalność granicy między Niemcami a Francją i Belgią. Locarno utorowało więc Niemcom drogę do rewizji granicy z Polską. Wprawdzie Niemcy wciąż były osłabione i militarnie słabe, ale Piłsudski uświadamiał sobie różnicę potencjałów i wiedział, że czas działa na naszą niekorzyść. A jeśli Niemcom pomagał wyjść z izolacji nasz główny sojusznik, sprawy dramatycznie się komplikowały. Traktat gruntownie zachwiał jego zaufaniem do Francji, a tym bardziej do Ligi Narodów. Wokół traktatu z 16 października rozpętała się burza. Zarzucano rządowi Władysława Grabskiego i szefowi MSZ Aleksandrowi Skrzyńskiemu błędy w polityce zagranicznej. Gabinet Grabskiego ustąpił 13 listopada 1925 roku. 25 marca 1926 roku Biuro Polityczne WKP (b) powołało w Moskwie Komisję do Spraw Polskich. Liczono, że narastanie kryzysu może doprowadzić do wojny domowej, a to z kolei do możliwości przekształcenia jej w rewolucję i sowietyzację kraju. Tego rodzaju niebezpieczeństwo mogło spędzać sen z powiek. „Bezpieczeństwo państwa było dla Piłsudskiego jedną z wartości nadrzędnych. W związku z pojawieniem się realnej groźby terytorialnego uszczerbku II Rzeczypospolitej, w połączeniu z pozostającą wciąż w zawieszeniu kwestią sprawnego kierowania armią, musiało z jego punktu widzenia prowadzić do konkluzji, że nowa jakościowo sytuacja wymaga działań równie radykalnych co zdecydowanych. [...] Od jesieni 1925 r. Piłsudski nie ukrywał już, że obiektem jego zainteresowania jest nie tylko armia, lecz całe państwo.” [i][W. Suleja, „Józef Piłsudski”, Ossolineum 1995, s. 285 – 286.][/i] [srodtytul]Witos prowokuje Marszałka[/srodtytul] Nazajutrz po dymisji Grabskiego Piłsudski złożył wizytę prezydentowi Rzeczypospolitej. Wojciechowski miał pytać Piłsudskiego, kogo uważa za stosownego kandydata na ministra spraw wojskowych. Obaj znali się od czasów „Robotnika”, teraz przesuwali się na przeciwległe bieguny barykady. Niemniej kontakt pomiędzy nimi był istotny: to dzięki niemu udawało się poznać wzajemne motywacje i posunięcia. Sytuacja wszakże dramatycznie przyspieszała. 15 listopada 1925 roku miała miejsce manifestacja kilku generałów i aż kilkuset oficerów w Sulejówku, oficjalnie w związku z rocznicą powrotu Piłsudskiego z Magdeburga. W ich imieniu przemówił gen. Orlicz-Dreszer. Przypomniał dni chwały, z którymi dramatycznie kontrastowała teraźniejszość: „Gdy dziś zwracamy się do Ciebie, mamy także ból i trwogę wraz z nędzą do domów zaglądające. Chcemy byś wierzył, że gorące są chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecnym, osierocając nie tylko nas, wiernych swoich żołnierzy, lecz i Polskę. Chcemy byś wierzył, że nie mówimy zwykłych uroczystościowych komplementów, lecz niesiemy Ci, prócz wdzięcznych serc, także i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”. Podczas przyjęcia dla oficerów marszałek powiedział m.in.: „Sądzę, że bezsilność państwu daje ten, kto karzącą dłoń sprawiedliwości zatrzymuje”. [i][„Czas”, Kraków (1925), nr 267, z 18.11.][/i] Ostatnie zdanie przemówienia Dreszera i odpowiedź Piłsudskiego były szeroko komentowane. Podświadomie poszukiwano męża mocnej ręki, który ukróciłby sejmokrację i nieporządki, przywrócił szacunek dla władzy. 20 listopada 1925 roku powołano rząd z Aleksandrem Skrzyńskim na czele, ale i ten gabinet nie zdobył społecznego zaugfania. W tle coraz wyraźniej nabrzmiewał problem wykorzystania Piłsudskiego w sprawach wojska i państwa. To jednak przychodziło politykom prawicowym z trudem. Szczerze wierzyli, że jego rola w życiu publicznym jest już skończona, stąd też lekceważyli ustawę o najwyższych władzach wojskowych, chcąc przykroić ją do takiego kształtu, który wykluczyłby możliwość powrotu zwycięzcy z 1920 roku. On sam posługiwał się raczej gen. Żeligowskim i gen. Sosnkowskim, próbując uzyskać dla nich nominacje na ministra spraw wojskowych. Polem walki była komisja parlamentarna i prasa. Ukoronowaniem działań przeciwko Piłsudskiemu było wystąpienie marszałka Senatu Wojciecha Trąmpczyńskiego, na posiedzeniu Wojskowej Komisji Senackiej 5 maja 1926 roku szkalujące Marszałka. Spowodowało to interwencję delegacji wojskowych u prezydenta. Tego samego dnia rząd Aleksandra Skrzyńskiego podał się do dymisji. Nowym, prowokującym społeczeństwo kandydatem na premiera wydawał się Witos. 9 maja udzielił on „Nowemu Kurierowi Polskiemu” wywiadu, w którym w wątpliwość podał wpływy Piłsudskiego. „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą […], jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą”. [A. Zakrzewski, „Wincenty Witos. Chłopski polityk i mąż stanu”, Warszawa 1978, s. 194 nn.] Tego samego dnia pojawiła się perspektywa powołania rządu koalicyjnego ze Skrzyńskim na czele. Marszałek miał w nim otrzymać tekę ministra spraw wojskowych, co zostało uzgodnione w jego rozmowie z Wojciechowskim. Tu jednak pojawił się opór ze strony polityków Chjeno-Piasta. Zgłosili oni Wojciechowskiemu „stary-nowy” rząd, który stanowił powtórkę niedobrej sławy gabinetu z 1923 roku, a dla Piłsudskiego rodzaj czerwonej płachty. Wojciechowski ten rząd zatwierdził. Prezydent odszedł więc od ustaleń poczynionych ze starym towarzyszem, Piłsudski miał prawo czuć się oszukany. [srodtytul]Oddziały ruszają z Rembertowa[/srodtytul] Marszałek zareagował 11 maja wywiadem udzielonym „Kurierowi Porannemu”, gdzie w dość ostrej formie skrytykował rząd. Zarzucił mu warcholstwo polityczne, przekupstwo i prywatę oraz nieudolność rządzenia. To wydanie „Kuriera” skonfiskowano, co wywołało oburzenie społeczeństwa. W tym samym dniu ukazała się także informacja o ostrzelaniu willi w Sulejówku, odcięty został także telefon. Okoliczna ludność powiadomiła o tym 7. Pułk Ułanów stacjonujący w Mińsku Mazowieckim oraz jednostki w garnizonie Rembertów, w rezultacie do ochrony Marszałka przysłanych zostało kilkunastu ułanów. Wydarzenie to lotem błyskawicy obiegło Warszawę i okoliczne garnizony. Kryzys nabrzmiewał więc na kilku płaszczyznach i posiadał niezależną od woli głównych graczy dynamikę. 12 maja rano Piłsudski udał się z interwencją do prezydenta Wojciechowskiego w Belwederze. Ale go nie zastał. Możliwe, że potraktował to jako lekceważenie, postanowił więc przeprowadzić demonstrację wojskową z udziałem oddanych sobie oddziałów. Zatrzymał się w Rembertowie, gdzie generał Orlicz-Dreszer, płk Wieniawa-Długoszowski i płk Roman Abraham ze Sztabu Generalnego pod pozorem manewrów zgromadzili część oddanych mu wojsk. Po stronie Marszałka opowiedziały się: 1. Pułk Szwoleżerów, 36. pp. Legii Akademickiej, 28. Dywizjon Artylerii Lekkiej, dalej 7. Pułk Ułanów, 22. pp., 1. psk z Garwolina oraz kilka innych jednostek. Mógł także liczyć na kilkutysięczny Związek Strzelecki i ludność stolicy. Z Rembertowa wyruszyły pierwsze oddziały wierne Piłsudskiemu i o godzinie 14.30 stanęły na Pradze. Jednocześnie wymaszerowały oddane Piłsudskiemu: 11. Pułk Ułanów z Ciechanowa, 1. pułk strzelców konnych z Garwolina i 13. pp. z Pułtuska. U wylotu mostu Poniatowskiego znalazł się 3. i 4. szwadron oraz szwadron ckm z 1. Pułku Szwoleżerów, pod ogólnym dowództwem mjr Strzeleckiego. Od strony Pragi most zablokowany został przez 7. Pułk Ułanów. Z chwilą wkroczenia wojsk Piłsudskiego na Pragę rząd ogłosił stan wojenny. Dowódca obrony Warszawy gen. Tadeusz Rozwadowski rozkazał zablokować oba warszawskie mosty, wydał też rozkaz otwarcia ognia w przypadku jakiejkolwiek próby przerwania blokady. [srodtytul]Rozmowa na moście[/srodtytul] Około godziny 17 na most Poniatowskiego podjechały trzy samochody osobowe z Piłsudskim, gen. Orlicz-Dreszerem, płk Wieniawą-Długoszowskim, ppłk Tadeuszem Jaroszewiczem z 1. Pułku Szwoleżerów, ppłk Kazimierzem Stamirowskim, dowódcą 7. Pułku Ułanów, wraz ze swoim adiutantem por. Marianem Zaborowskim, por. Michałem Galińskim – adiutantem Marszałka, por. rez. Maurycym Potockim i wachmistrzem Wójcikiem, a także kilkoma cywilami. Marszałek podszedł do prezydenta Wojciechowskiego i obaj odeszli na bok. Istnieje kilka wersji dotyczących przebiegu tej rozmowy, ale żadna nie znajduje potwierdzenia w wiarygodnych źródłach. W każdym razie rozmowa nie przyniosła rezultatu. Przechodząc do samochodu, Wojciechowski zwrócił się do podchorążych ze słowami: „Żołnierze, spełnijcie swój obowiązek!”, po czym odjechał. Marszałek stał jeszcze przez chwilę w posępnym nastroju, a następnie zwrócił się do stojących w pobliżu mjr Mariana Porwita i kpt Jana Rzepeckiego z pytaniem, czy przepuszczą go do Warszawy. Odmówili, musiał się więc wycofać. „Zostawiam wam tu Wieniawę. Nie postrzelajcie się. Ja tu jeszcze do was wrócę”. Następnie wsiadł do samochodu i odjechał. Wówczas to Wieniawa został aresztowany, jednak wieczorem go uwolniono. Na tym etapie działań wiadomym już było, że konflikt nie zostanie rozwiązany bez walki zbrojnej. W związku z tym Orlicz-Dreszer dokonał przegrupowania wojsk, koncentrując je w rejonie mostu Kierbedzia. Stamtąd zaatakowany został plac Zamkowy, a po wyparciu z niego 21. pp. wojska Piłsudskiego ruszyły Krakowskim Przedmieściem w kierunku placu Saskiego, gdzie zajęły obiekty Komendy Miasta. W tej sytuacji dowództwo wojsk rządowych opuściło budynek Sztabu Generalnego i pod osłoną żołnierzy słuchaczy Szkoły Podchorążych zaczęło przemieszczać się w kierunku Belwederu, gdzie uprzednio przeniósł się rząd. Wieczorem, około godziny 21, spieszony szwadron z 1. Pułku Szwoleżerów pod dowództwem por. Wacława Kryńskiego ruszył do ataku na bagnety na pozycje zajmowane przez Oficerską Szkołę Piechoty. Atakujących przywitał gęsty ogień karabinowy, zalegli więc ulice i zaczęli odgryzać się ogniem. W gwałtownej strzelaninie zaczęli padać zabici i ranni. Wkrótce OSP nie wytrzymała naporu szwoleżerów i wycofała się w kierunku placu Na Rozdrożu, skąd później przemaszerowała do Belwederu. [srodtytul]Sosnkowski strzela do siebie[/srodtytul] Pod koniec pierwszego dnia walk położenie wojsk obu stron przedstawiało się w sposób następujący. Wojska rządowe zajmowały rejon Belwederu broniony przez Szkołę Podchorążych, Aleje Ujazdowskie w okolicy placu Na Rozdrożu obsadzone były przez OSP. Ulicę Koszykową i lotnisko na Mokotowie (dzisiejsze Pole Mokotowskie) broniły oddziały stanowiące tzw. Grupę Belwederską pod dowództwem gen. Mariana Kukiela. W tym czasie niejasna była sytuacja w rejonie mostu Kierbedzia i placu Zamkowego, gdzie operowały wyprowadzone z Cytadeli 30. Pułk Strzelców Kaniowskich i 21 pp. Wojska Piłsudskiego kontrolowały Pragę. Najważniejsze obiekty przez nie zajmowane po lewej stronie Wisły to zespół budynków Ministerstwa Spraw Wojskowych przy ul. Nowowiejskiej, który bezskutecznie atakowała nocą Szkoła Podchorążych, oraz koszary 1. Pułku Szwoleżerów ze względu na bliskie położenie od Belwederu. W późnych godzinach wieczornych 12 maja Piłsudski, chcąc zapobiec dalszemu rozlewowi krwi – było już kilkadziesiąt śmiertelnych ofiar – dwukrotnie usiłował negocjować rozejm z Wojciechowskim. W tym celu wysłał do niego najpierw Stanisława Mackiewicza i zaraz po tym gen. Żeligowskiego. Bez rezultatu. W nocy z 12 na 13 na pomoc wojskom rządowym przybyły 10. pp. z Łowicza, 57. pp. i 58. pp. z Poznania oraz 71. pp. z Ostrowi Mazowieckiej pod dowództwem płk. Mieczysława Boruty Spiechowicza. Dwie kompanie 71. pp. przeszły na stronę Marszałka, a pozostałe po krótkim starciu z 36. Pułkiem – Legii Akademickiej wycofały się i powróciły do koszar. Pozostałe pułki przeszły w rejon Belwederu, gdzie wzmocniły grupę gen. Kukiela. Tej samej nocy na pomoc wojskom Marszałka przybył z Pułtuska 13. pp., który pozostał na Pradze. Generałowie zachowali się różnie. Władysław Sikorski, dowodzący Okręgiem Korpusu we Lwowie, powstrzymał się od podległych mu oddziałów, twierdząc, że sytuacja na odcinku ukraińskim jest na tyle poważna, że wymaga obecności wojsk na miejscu. Podobnie niezdecydowany był gen. Stanisław Szeptycki w Krakowie. Także on zajął salomonowe stanowisko. Bardziej jednoznaczni byli otwarci na wpływy endecji generałowie stacjonujący w Wielkopolsce. Właśnie stamtąd pochodziły uzupełnienia wysłane na pomoc do Warszawy. Kazimierz Sosnkowski postąpił honorowo. Nie mogąc rozstrzygnąć dylematu moralnego pomiędzy posłuszeństwem przysiędze i legalnej władzy a przywiązaniem do swego komendanta, próbował popełnić samobójstwo. Postrzelił się w klatkę piersiową i przez kilka tygodni nad jego życiem wisiało widmo śmierci. Udało mu się odzyskać zdrowie, ale do najbliższych współpracowników Piłsudskiego już po maju nie należał. Wśród kadry oficerskiej objawiły się dwie postawy. Pierwsza – legalistyczna, była najzupełniej naturalna i przez Piłsudskiego honorowana, także po maju 1926 roku. Wspomniani wyżej Rzepecki i Porwit szybko awansowali, podobnie zresztą jak Władysław Anders, oficer służący w mateczniku endecji w jednym z elitarnych pułków kawalerii. Mało tego, był on w maju 1926. r szefem sztabu u gen. Rozwadowskiego. Po przewrocie szybko otrzymał szlify generalskie i w armii zajmował eksponowane miejsce. Inną odmianę legalizmu zaprezentował gen. Malczewski, który zrywał wziętym do niewoli stronnikom Piłsudskiego oficerskie szlify, rzucał na ziemię ich czapki. [srodtytul]... nie oszczędzając ich życia[/srodtytul] 13 maja, o godzinie 4 nad ranem, walki wybuchły na nowo. W gmachu Ministerstwa Spraw Wojskowych pod dowództwem gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego przed ostrymi atakami broniła się znaczna grupa oficerów. Około godziny 11 gen. Rozwadowski wydał rozkaz dowódcy 30. Pułku Strzelców Kaniowskich płk. Izydorowi Modelskiemu: „... natrzeć bezwzględnie na tyły buntowników, którzy obsadzili pałac Małachowskich i głównie Komendę Miasta, i starać się dostać w swe ręce przywódców ruchu, nie oszczędzając ich życia...”. Rozkaz był potem przedmiotem kontrowersji, oznaczał bowiem, iż Rozwadowski polecał jego wykonanie także, a może przede wszystkim wobec Piłsudskiego. Należy dodać, że w przeddzień wydania tego rozkazu do budynku Komendy Miasta przeszli z koszar 36. Pułku Legii Akademickiej na Pradze Piłsudski i gen. Orlicz-Dreszer wraz ze swoim sztabem, organizując tu swoje stanowisko dowodzenia. W niedługim czasie po tym ruszyło natarcie wojsk rządowych. Najpierw zdobyte zostały koszary 1. Pułku Szwoleżerów bronione przez słabą obsadę. W następnej fazie natarcia wojska rządowe zdobyły cały gmach Ministerstwa Spraw Wojskowych, po czym wyszły na wysokość ul. Pięknej. Tam zatrzymał je rozkaz gen. Rozwadowskiego. Tymczasem sytuacja uległa zmianie na korzyść wojsk Piłsudskiego. Na jego stronę przeszedł 21. pp., część 71. pp. i 30. Pułk Strzelców Kaniowskich. Na ulicach Warszawy kłębiły się tłumy warszawiaków manifestujące poparcie dla Marszałka i żądające broni do walki po jego stronie. W nocy z 13 na 14 maja na pomoc wojskom Marszałka przybyły pułki 1. Dywizji Legionowej i 3. Dywizji Piechoty. W wyniku tego wojska Marszałka zyskały znaczną przewagę liczebną nad wojskami rządowymi. [srodtytul]Przesilenie dnia trzeciego[/srodtytul] 14 maja o 5 rano z pozycji w Al. Jerozolimskich ruszyło natarcie Piłsudskiego – równocześnie w dwu kierunkach. Główne uderzenie skierowane zostało na Mokotów i znajdujące się tam lotnisko. Z niego startowały samoloty, które na rozkaz szefa Wojskowego Departamentu Żeglugi Powietrznej gen. Włodzimierza Zagórskiego bombardowały nacierające nań 21. pp. i 37. pp. wzmocnione batalionami z 3. DP oraz częścią sił 1. Pułku Szwoleżerów. Straty wśród wojska były nikłe, natomiast wskutek nalotów ucierpiała ludność cywilna. Lotnisko i koszary 1. Pułku Lotniczego przy ul. Rakowieckiej bronione były przez 1. pułk artylerii przeciwlotniczej, Oficerską Szkołę Inżynierii i część innych oddziałów. Tym razem wojska Marszałka odniosły sukces. Najpierw opanowane zostały gmachy Wyższej Szkoły Wojennej i Politechniki, które blokowały drogę natarcia na lotnisko, po czym walki przeniosły się na jego teren. Tam do nacierających wojsk dołączyły walczące już na lotnisku pododdziały 1. Pułku Szwoleżerów. Drugie natarcie skierowane zostało wzdłuż ul. Wiejskiej w kierunku na Sejm RP. Następnie natarcie przeszło ul. Czerniakowską w kierunku koszar 1. Pułku Szwoleżerów, a po ich zdobyciu i uwolnieniu grupy szwoleżerów w nich przetrzymywanych, ulicami Szwoleżerów, Agrykolą i Al. Ujazdowskimi ruszyło w kierunku na Belweder. Około godziny 16 zdobyte zostało lotnisko, w wyniku czego pozycje wojsk rządowych osłaniających naczelne organa władzy w Belwederze, zostały poważnie zagrożone od strony zachodniej. Od południa natomiast, w kierunku Belwederu, nacierały wojska biorące udział w zwycięskiej walce o koszary szwoleżerów. W tej sytuacji prezydent, marszałek Sejmu i rząd oraz osłaniająca ich „Grupa Belwederska” gen. Kukiela, wycofali się do Wilanowa. Tam Stanisław Wojciechowski złożył rezygnację z urzędu prezydenta na ręce marszałka Sejmu Rataja, a Witos podał swój gabinet do dymisji. Wojska Piłsudskiego bez walki opanowały Belweder i na jego rozkaz zaniechały ścigania wycofujących się wojsk rządowych. [srodtytul]Krew przelana i zasypanie różnic[/srodtytul] 15 maja do Warszawy przybyły posiłki dla wojsk rządowych. Spóźnienie spowodowane było dezorganizowaniem transportów przez kolejarzy, w swej większości sympatyków PPS, a już na pewno Piłsudskiego. W sensie militarnym walki zostały zakończone. Politycznie dojrzałe kroki prezydenta o dymisji skróciły walki i przyczyniły się do zmniejszenia liczby zabitych, rannych i poszkodowanych. Trzeba przy tym zaznaczyć, że poważną część z nich stanowili cywile. Po prostu trudno było usunąć ich z ulic, bo najzwyczajniej w świecie kibicowali Piłsudskiemu. W warunkach miejskich każda operacja militarna oznaczała liczne ofiary. Pogrzeb za poległych oraz nabożeństwo żałobne w kościele garnizonowym przy ul. Długiej odbyło się 17 maja 1926 roku. W trakcie nabożeństwa dziekan DOK X Przemyśl ks. Józef Panaś wygłosił kolportowaną szeroko homilię, czyniąc Piłsudskiego winnym krwi przelanej, po czym rzucił swe ordery do stóp Orliczowi, mówiąc „palą mi piersi, zrywam je, gdyż te same ordery znajdują się na piersi gen. Dreszera, zwycięzcy w bratobójczej walce, […] ponieważ zostały zhańbione”. Dreszer w liście do marszałka pisanym miesiąc po zajściu (13 czerwca) prosił Piłsudskiego, by go nie karać, zostawiając to jego duchowemu zwierzchnikowi, ks. biskupowi Gallowi. W wyniku walk około 900 osób odniosło rany, a 379 (w tym 164 cywili) straciło życie. Piłsudski wydał po walkach rozkaz, w którym nakazał zasypanie różnic w imię sprawy, której wszyscy żołnierze pospołu służą. Niewątpliwie był to trudny moment, na rezultat pojednania trzeba było poczekać. Na szczęście ogólnospołeczna aprobata dla zmian oraz wyniki polityczne i gospodarcze osiągnięte po maju 1926 roku sprawiły, że i ten bolesny rozdział w naszych dziejach został odsunięty na margines. [srodtytul]Konfederacja dla ratowania kraju przy Marszałku zawiązana[/srodtytul] Czy przewrót był wynikiem skalkulowanej i do końca przemyślanej akcji. Wydaje się, że nie. Piłsudski sądził, że sama demonstracja wojskowa wywoła pożądaną refleksję wśród rządzących. Chodziło mu o respektowanie honoru wojska, o ukrócenie sejmokracji, wreszcie o interesy zewnętrzne państwa. Niedawno odnalezione dokumenty w archiwach moskiewskich nie dają pola do dwuznacznej interpretacji. W 1926 roku „swoją interwencją Józef Piłsudski już po raz drugi przekreślił rachuby bolszewickiego i międzynarodowego komunizmu, co tłumaczy czarną propagandę stosowaną do dzisiaj wobec niego oraz Polski okresu międzywojennego w kręgach lewicowo-postkomunistycznych na Zachodzie, w Rosji, a także w Polsce. Pozostaje istotne pytanie, czy w maju 1926 r. marszałek był świadom, że zniweczył nadzieje międzynarodowego i sowieckiego komunizmu na rozpad państwa polskiego. Jeśli tak, to mamy jeszcze jeden dowód na to, iż był on dalekowzrocznym mężem stanu o historycznym wręcz formacie. […] Dopiero na tak szerokim tle należy oceniać przewrót majowy – nie jako zamach na młodą demokrację, lecz próbę uratowania Polski przed wewnętrznym rozpadem i mającym po nim bez wątpienia nastąpić nowym rozbiorem”. [i][Bogdan Musiał, „Przewrót majowy w rachubach Kremla”, „Rzeczpospolita”, „PlusMinus”, nr 108 (8313), 9 – 10 maja 2009.][/i] W tej części Europy jedynie Czechosłowacja zachowała formy w pełni demokratyczne (i jako pierwsza upadła). Zamachy podobnie jak w Polsce miały miejsce na Węgrzech (1919), Litwie (1926), w Bułgarii (1923 i 1934), Estonii (1934), Jugosławii (1929), Grecji (1936). Przykład Mussoliniego animował naszych endeków do tego stopnia, że być może mielibyśmy w Polsce marsz na Warszawę i odmianę faszyzmu na modłę włoską. Piłsudski nam tego oszczędził. Najtrafniejsze wydaje się nazwanie maja 1926 roku rokoszem-konfederacją „przy Marszałku […] zawiązaną, aby ratować majestat Rzeczpospolitej przed zwolennikami absolutyzacji wolności i zaspokojenia interesów grupowych”. [i][Przemysław Maj, Waldemar Paruch, „W obronie majestatu Rzeczpospolitej: piłsudczykowska interpretacja przewrotu majowego (1926 – 1939)” w: „Zamach stanu Józefa Piłsudskiego w interpretacjach polskiej myśli politycznej XX wieku”, Toruń 2008, s. 71.][/i] Janusz Cisek, [link=http://www.januszcisek.pl]www.januszcisek.pl[/link] [mail=jcisek@muzeumwp.pl]jcisek@muzeumwp.pl[/mail] dyrektor Muzeum Wojska Polskiego. W latach 90. dyrektor Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Autor m.in. „Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego” (wspólnie z Wacławem Jędrzejewiczem) oraz albumu „Józef Piłsudski”. Profesor w Instytucie Europeistyki UJ
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL