Muzyka

Cały urok arogancji

Morrissey
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Wczoraj wieczorem Morrissey dał w Stodole znakomity koncert. Były lider The Smiths, śpiewając zarówno klasyczne przeboje, jak i utwory z ostatniej solowej płyty, udowodnił, że charyzma i temperament się nie starzeją.
Najdziwniejsze było to, że nikt z obecnych w Stodole nie wyglądał na fana Morrisseya. Byli pracownicy sektora bankowego i reklamowego w starannie wyprasowanych koszulach. Przewijali się mocno nadgryzieni zębem czasu weterani punka. Nie zabrakło nawet matek z całkiem wyrośniętymi dziećmi, ani kilku wyraźnie zdezorientowanych metalowców. Było to jednak tylko pierwsze wrażenie. Od pierwszego taktu każdy utwór odśpiewywany był chóralnie przez publiczność. Każdy też nagradzany był gradem okrzyków i oklasków.
Zasłużenie. Był to jeden z tych koncertów, w czasie których temperatura nie opada ani na moment. Morrissey i towarzyszący mu muzycy – być może zainspirowani drapieżnym brzmieniem swojej ostatniej płyty „Years Of Refusal” – zagrali w ten właśnie sposób cały repertuar. Przesterowane gitary, agresywnie dudniący bas... Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby wokalista chciał zapomnieć o nostalgicznym klimacie większości swoich wcześniejszych nagrań i przypomnieć sobie najlepsze czasy brytyjskiego punka. To, że tak zabrzmiały takie utwory jak „I’m Throwing My Arms Around Paris”, „Black Cloud” czy „All You Need Is Me”, nie było niczym zaskakującym. Ale już ostry, kąśliwy charakter, jaki Morrissey nadał „Irish Blood, English Heart”, „How Can Anybody Possibly Know How I Feel” czy dość łagodnym, pochodzącym z repertuaru The Smiths „Girlfriend In Coma” i „Ask” – robił naprawdę spore wrażenie.
Robił je również sam Morrissey. Wokalista pod koniec maja obchodził pięćdziesiąte urodziny, ale i wygląd, i tym bardziej arogancka, wręcz narcystyczna sceniczna charyzma zdawały się temu przeczyć. Przykuwał uwagę, pozostawał w ciągłym ruchu, śpiewał doskonale, zabawnie zagadywał publiczność... Może to i komentarz na wyrost, ale muzyk zdaje się właśnie przeżywać drugą młodość. Z pewnością tego zdania była cała zgromadzona w Stodole publiczność. Mimo panującej duchoty natrętnie domagano się bisów, a gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki „First Of The Gang To Die”, nikt nie myślał wychodzić na świeże powietrze. Wszyscy – ociekając potem – puścili się w pożegnalne pląsy. Znakomity występ Morrisseya przyćmił nieco wrażenie, jakie pozostawił po sobie support. A szkoda, bo Doll And The Kicks pokazali, jak powinno się grać dobry brytyjski pop rock. Czasem potrafili zabrzmieć jak The Clash, kiedy indziej jak Kate Bush – oba warianty przedstawili zresztą z bezkompromisowym ogniem. Warto zapamiętać ich nośne, przebojowe utwory. I wokalistkę Doll – filigranową dziewczynę o wyjątkowo oryginalnym i potężnym głosie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL