Opinie

Na nieludzkiej ziemi kapitalizmu

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Załóżmy, że każdy z nas jest panem swojego losu i w pełni ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Ale czy to robotnik likwidowanej fabryki w Łapach wywołał kryzys, że powinien odpowiadać za jego skutki? – zastanawia się publicysta „Rz”
Mogłoby się wydawać, że w czasach kryzysu intelektualiści przeżywają rozterki, niepokoje i katusze. Nic bardziej mylnego. Kryzys wprawia ich w doskonałe samopoczucie. Każdy jest bowiem przekonany, że to właśnie jemu załamanie gospodarcze przyznało rację. „Rynek zawiódł” – cieszą się lewicowcy. „Państwa zaburzyły święte prawa rynku, oto przyczyna kryzysu” – przekonują wolnorynkowcy.
W obu tych postawach jest jednak coś niepokojącego. Największą wadą pomysłów antykapitalistycznych jest ich teoretyczność. Rzadko kiedy poza pomstowaniem na kapitalizm socjaliści proponują konkretne działania i kierunki, nie mówiąc już o sformułowaniu całościowej idei, która mogłaby zastąpić znienawidzony wolny rynek. Jednak świat przedstawiany przez obrońców kapitalizmu jawi się jako nieludzki. [srodtytul]Czy emeryci odpowiadają za kryzys?[/srodtytul]
Dobrym przykładem jest tekst Tomasza Wróblewskiego „Kryzys oczyszcza gospodarkę” („Rz”, 23.06.2009). Jego teza jest prosta: interwencje państwa w czasie kryzysu są złe. Dlaczego? Bo są nieskuteczne, niemoralne i zagrażają demokracji. Państwo nie powinno pomagać – twierdzi Wróblewski. W rynek wpompowano już miliardy dolarów, a sytuacja wcale nie jest lepsza. Bezrobocie w USA czy Wielkiej Brytanii dalej rośnie. Rzeczywiście, od państwowej pomocy kryzys się nie skończył. Skąd jednak przekonanie, że gdyby nie pakiety ratunkowe, skutki kryzysu nie byłyby jeszcze gorsze, a wzrost bezrobocia bardziej gwałtowny? Według Wróblewskiego największą wartością jest indywidualna inicjatywa, której zagraża interwencja państwa. Celem państwa jest, jego zdaniem, nieprzeszkadzanie ludziom w samorealizacji. Każdy więc ponosi indywidualną odpowiedzialność za swój los. To nie państwo – mówi nam publicysta – powinno roztaczać nad nami opiekę, my sami decydujemy o swoim losie i sami ponosimy konsekwencje swoich wyborów. Ci, którzy otrzymują państwową pomoc, okradają innych – zdaje się twierdzić. Załóżmy, że każdy z nas rzeczywiście jest panem swojego losu i w pełni ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Jednak czy wszyscy ci, którzy potrzebują dziś pomocy – emeryci, renciści, wyrzuceni z pracy z powodu kryzysu – sami są winni złej sytuacji, w której się znaleźli? Czy to robotnik likwidowanej fabryki w Łapach czy Krośnie wywołał kryzys, że powinien ponosić jego konsekwencje? Liberał odpowie zapewne – to prawda, oni nie są winni, winny jest kryzys. Ale dlatego trzeba ciąć wydatki socjalne, aby jak najszybciej wyjść z kryzysu. Dlaczego uważa się za oczywiste, że to najsłabsi powinni ponosić największe koszty kryzysu? W tekście Wróblewskiego znajdujemy odpowiedź i na ten argument – choć ukrytą. Wydatki socjalne są nieproporcjonalne, a więc nienależne. Trafiają np. do „emeryta w sile wieku”, a do pomocy słabszym nawołują wyłącznie tabloidy. To prawda, zdarzają się dziś w Polsce bezrobotni, którzy nie chcą szukać pracy, czy renciści oszuści. Ale prawdziwymi potrzebującymi są miliony emerytów, którzy całe życie uczciwie pracowali, a dziś ledwie wiążą koniec z końcem. Nie tylko socjalizm dbał o spokój społeczny. Jednym z ważnych celów państwa jest niedopuszczenie do społecznego wybuchu. Fatalna sytuacja wielu ludzi może się zaś stać zapalnikiem, który zburzy liberalny ład i stanie się pożywką dla zagrażającego demokracji populizmu. Podobnie jak długotrwałe ubóstwo, które przestaje być problemem wyłącznie finansowym, lecz staje się społecznym wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu zjawiskami – przestępczością, alkoholizmem, brakiem edukacji. [srodtytul]Kapitalizm jako ideologia[/srodtytul] I tak dochodzimy do kolejnego ważnego dla Wróblewskiego argumentu – interwencja państwa w rynek nie tylko godzi w wolność człowieka, lecz jest niebezpieczna dla demokracji. Autor twierdzi, że „demokrację zawdzięczamy kapitalizmowi”. Okazuje się więc, że kapitalizm przestaje być tylko sposobem handlowania i zarabiania pieniędzy, a staje się naczelną regułą rządzącą wszystkimi dziedzinami ludzkiej aktywności. Staje się ideologią i to – na dodatek – utopijną. Dlaczego utopijną? Ponieważ wolnorynkowcy nigdy nie zdołali wprowadzić w życie kapitalizmu idealnego, w którym nie byłoby przeszkadzającego państwa i w którym rządziłyby wyłącznie mechanizmy wolnorynkowe. Czyż istnienie granic nie sprzeciwia się wolnemu rynkowi? Czyż nie byłoby idealnie, gdyby globalny kapitalizm stworzył jedno wielkie światowe państwo, a właściwie instytucję, która regulowałaby wolny rynek? Choć to wizja przerysowana, przypomina nieco marzenia komunistów wierzących, że tylko zlikwidowanie państwa i zaprowadzenie na świecie porządku opartego na wspólnej własności dóbr jest gwarancją wiecznej szczęśliwości i demokracji. [srodtytul]Potrzebne są wartości[/srodtytul] Poddanie wszelkich dziedzin życia regułom wolnego rynku skończyłoby się tak jak poddanie bezwzględnie wszystkiego mechanizmom demokratycznym. Demokracja sprawdza się jako system sprawowania władzy, ale do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje systemu wartości – społecznego zaufania, społecznych instytucji, szkół, kościołów, rodzin. Poddanie wszystkich tych instytucji zasadom demokracji doprowadziłoby do ich zachwiania. Przykład pierwszy z brzegu – demokratyzacja szkół po 1989 r. nie doprowadziła do wzrostu szacunku nauczycieli do uczniów. Wyprodukowała raczej system, w którym nauczyciel bezbronnie patrzy, jak uczniowie wkładają mu na głowę kosz na śmieci. Z kapitalizmem jest podobnie. Do funkcjonowania też potrzebuje systemu wartości. Poddanie wszystkiego wyłącznie zasadom rynku i wolnej konkurencji stworzyłoby raczej nieludzki świat zapełniony osobnikami niewidzącymi niczego poza swoją indywidualną wolnością i swym bogactwem. Oczywiście można argumentować, że Ameryka jest nie tylko ojczyzną kapitalizmu, ale także filantropii. Ale to nie kapitalizm sprawił, że Amerykanie uważają, iż pomaganie innym jest czymś dobrym. To ich pioniersko-chrześcijański etos umożliwił powstanie w Stanach Zjednoczonych kapitalizmu uzupełnionego o filantropię. Większość obrońców kapitalizmu w Polsce zachowuje się podobnie jak przeciwnicy lustracji po 1989 roku. Mówili oni, że w demokracji wszyscy mają takie same szanse, nie można więc nikogo bez prawomocnego wyroku szykanować ani prześladować. Zapominali jednak, że demokracja nie wzięła się znikąd i ci sami ludzie, którzy kilka lat wcześniej byli panami totalitarnego systemu, uzyskali nie równość ze swoimi ofiarami, lecz raczej nietykalność. Podobnie jest z dyskusją na temat kapitalizmu. Można odwoływać się do świętego prawa własności i podstaw kapitalizmu, lecz trzeba też pamiętać, że w Polsce, kraju złupionym przez dwa totalitaryzmy, nie było żadnego punktu zero. Nie było więc także równości szans. Hasła obrony własności i kapitału stawały się zaś narzędziem utrzymania władzy przez nowe—stare elity. Dzisiejsi biedni emeryci nie zdołali zarobić na godne emerytury, bo w PRL nie mieli takiej możliwości. Wybór jest prosty – mówi Wróblewski – albo kapitalizm, albo socjalizm. A może jest jednak inne wyjście? Może nie trzeba – co postuluje lewica – niszczyć kapitalizmu? Może udałoby się go choć odrobinę uczłowieczyć? [ramka][b]Pisał w opiniach[/b] Tomasz Wróblewski [link=http://www.rp.pl/artykul/323847.html" "target=_blank]Kryzys oczyszcza gospodarkę[/link]. W imię społecznej wrażliwości powinniśmy dziś ciąć transfery socjalne i rezygnować z pozornych pakietów ratunkowych. Trzeba zrobić wszystko, aby szybko wzmocnić mechanizmy rynkowe. 23 czerwca 2009[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL