Orzecznictwo

Winne biuro, a nie wielbłąd

Fotorzepa, Maciej Kaczanowski Maciej Kaczanowski
Jeśli kilka firm organizuje wycieczkę, to każda może odpowiadać za skutki wypadku
[b]To wniosek z zeszłotygodniowego wyroku warszawskiego Sądu Apelacyjnego (sygn. I ACa 427/09)[/b].
Dzięki takiemu stanowisku sądu po kilku latach procesu z trzema firmami turystycznymi rodzina poturbowanej przez wielbłąda kobiety dostała zadośćuczynienie, mimo że każde z biur zrzucało odpowiedzialność na inne. Poszkodowana zażądała odszkodowania za koszty leczenia, przejazdów do szpitala w Tunezji, konieczne w tamtych warunkach napiwki oraz 100 tys. zł zadośćuczynienia za krzywdy moralne będące skutkiem wypadku. Polegał on na tym, że w trakcie typowej przejażdżki wielbłądem w czasie zsiadania zwierzę przygniotło kobietę, doprowadzając do kilku urazów, w tym złamania kości udowej.
Rezydent i pilotka udzielili jej niezbędnej pomocy, przegapili jednak rezerwację leżącego miejsca w samolocie i poszkodowana oraz jej mąż musieli wracać tydzień później. Zarówno poszkodowana, jak i polscy sprzedawcy wycieczki dali sobie spokój z tunezyjskim właścicielem wielbłądów, był jednak kłopot z ustaleniem odpowiedzialnego po polskiej stronie. Wprawdzie sprzedawca wycieczki (znane ogólnopolskie biuro turystyczne) zaproponował jako swoiste załagodzenie sprawy zwrot kosztów wycieczki i wysłanie poszkodowanej za darmo do Druskiennik na wczasy, ale gdy doszło do żądań pieniężnych, sprawa się mocno skomplikowała. To znane biuro zaczęło twierdzić, że organizatorem wycieczki było inne biuro – z Jeleniej Góry, które miało prawo używać jego znanego logo, ale działało na własny rachunek, a wycieczkę sprzedała jego agentka – trzecia już w tej sprawie firma turystyczna z Warszawy. Jednak mec. Julia Zduńczyk, pełnomocnik poszkodowanych, przypomniała, że owa agentka była tylko pośrednikiem, a o tym, jakoby jeleniogórskiej firmy, dowiedziała się dopiero w trakcie procesu. Na kilku pismach zaś, w tym rachunku i reklamacji już po wypadku, widniało logo pozwanego biura. Gdyby wycieczkę oferowała mniej znana firma, państwo S. by jej nie wykupili. – To, że jedna firma posługuje się oznaczeniem czy drukiem innej, o niczym jeszcze nie świadczy. W tej sprawie jedno jest pewne: że sprawcą nieszczęścia był wielbłąd – mówiła z kolei pełnomocnik pozwanego. Sąd apelacyjny był innego zdania. – Nie ma wątpliwości, że pozwany przynajmniej współorganizował wyjazd, a wycieczka na Saharę wskazana wśród imprez fakultatywnych była objęta ofertą. Pozwany mógłby się uwolnić od odpowiedzialności tylko wtedy, gdyby wykazał, że nie można mu zarzucić winy w wyborze tunezyjskiego organizatora przejażdżki (art. 429 [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=847282B36970F618310117719A9D13F7?id=70928]kodeksu cywilnego[/link]) – powiedziała sędzia Dorota Markiewicz. – Ale nawet nie próbował prowadzić takiego dowodu. W konsekwencji SA zasądził prawie 50 tys. zł zadośćuczynienia. Wyrok jest ostateczny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL