Plus Minus

Żarty i fantazje dawnych Polaków

Jan Piotr Norblin „Polonez”
Wikipedia
Zacznę od przytoczenia przykładu, jak można dawkować mniej pomyślne wiadomości. Pochodzi on sprzed dwustu lat.
Młodego człowieka studiującego w mieście odwiedza służący jego ojca, szlachcica gospodarującego w rodzinnych włościach.
„– Jakie nowiny przywozisz? – Żadnych, prócz tej, że zdechła ulubiona sroka jaśnie pana.
– A czegóż to zmarło biedne ptaszysko? – Objadła się mięsem. – A któż jej go tyle podał? – Nikt, skubała zwłoki naszych koni od karet. – To i konie padły? – Biedne szkapy żyłyby dalej, gdyby ich nie zamęczono wożeniem wody nad miarę. – Wody, na co? – Dla ugaszenia ognia, gdy nasz dwór się palił. – To i dom zgorzał! Jakim przypadkiem? – Bardzo nieszczęśliwym, który nigdy by nie nastąpił, gdyby nasi ludzie byli bardziej ostrożni z pochodniami. – A do czegóż im były pochodnie? – Na pogrzeb matki jaśnie panicza. – Wielkie nieba. Matka moja umarła! – Tak, niestety. I to nagle, ze smutku. – Przebóg, co mogło jej ten smutek sprawić? – W tym to miała rację. Rozalia, co niegdyś służyła u jejmości, pokazała się na jednym posiedzeniu w sukni najpiękniejszej ze wszystkich, stąd jejmość nieboga...”. Historia ta pochodzi z antologii mającej swoje dzieje przypomniane we wstępie przez wdowę po autorze. Docent Roman Kaleta, wrocławski polonista z solidnej szkoły Tadeusza Mikulskiego, specjalizujący się w kulturze polskiego oświecenia, spędzał codziennie długie godziny w archiwum Ossolineum. Po odbyciu swego pensum schodził do stołówki pracowniczej Zakładu Narodowego. W zapachu kapusty przy jego stoliku paru młodych uczonych: filolog klasyczny Jerzy Łanowski, angliści Zofia i Grzegorz Sinkowie, pewien botanik, dzielili się swoimi odkryciami i dobrymi anegdotami. Dzięki IPN wiadomo, że ich poczucie humoru bywało odnotowywane. Żarty profesora Łanowskiego relacjonował swym mocodawcom TW Trzynadlowski Jan dr, jawnie zajmujący się „Powieścią polską lat 1945 – 1964. W poszukiwaniu bohatera”, przejawiający także ambicje teoretyczne, których rezultatem pozostaje rozprawa „Zakres pojęciowy pisarstwa technicznego” z roku 1978; wypada się zgodzić, że donosy źle się mieszczą w gatunku prozy fabularnej. Docent Kaleta rozpoczął spisywanie anegdot wyszukiwanych przez siebie i swoich przyjaciół. Ich pierwsze wydanie ukazało się w roku 1974, licząc 503 strony. Drugie rozszerzone, z roku 1980, autor sygnował już w randze profesora. Trzecie, z roku 1986, miało stron 587, a profesor nadal zbierał wypisy. Teraz wyciągnęła je ze skrzyni wdowa. Edycja Iskier zawiera 502 historie i anegdoty na 833 stronach. Do tego 41 stron indeksu osobowego i jeszcze 15 stron spisu rzeczy. „Sensacje” winny być przede wszystkim kupowane przez właścicieli przyzwoitych pensjonatów, i to w ilości kilku egzemplarzy. Są świetną lekturą wakacyjną na czas nie dość dobrej pogody. A nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie pakował do bagażu podróżnego rzeczy ważącej ponad 2 kg, z którą obcowanie wymaga miejsca na stole o wymiarach nie mniejszych niż 24 x 42 cm. Chwile spędzone nad tym dziełem wprawiają nas w dobry humor, pod warunkiem że nie przedawkujemy. Profesor Kaleta obcujący na co dzień z polszczyzną osiemnastowieczną przytacza teksty w wersji oryginalnej. Zwykły czytelnik czyta je wolniej niż zazwyczaj. Po trzydziestu, czterdziestu stronach następuje lekkie zmęczenie. Do tego jeszcze cień nudy, bo po historii niezwykłej trafiam na bliższą przeciętnej. Jednak po każdym seansie odczuwałem nieodpartą potrzebę opowiedzenia lub odczytania bliskim przynajmniej jednej fabuły, zawsze jednak łagodnie modernizując język. Próba opowiedzenia ich wszystkich zapewniłaby nam bezapelacyjną opinię solennego nudziarza. Natomiast znajomość i zapamiętanie całości pozwoli nam się dobrze znaleźć w każdej sytuacji społecznej czy towarzyskiej. Jeśli jest mowa o mizerii naszych czasów, można wspomnieć o znalezionym w pewnym archiwum domowym na Podgórzu opisie zaślubin kolejnych generacji rodziny. Wesele prapradziada w roku 1687 trwało tydzień, wina wyszło rozmaitego beczek dziesięć. Wesele pradziada w roku 1714 pięć dni, wina użyto beczek cztery. Dziada w 1760 trzy dni, wina beczka. Ojca w 1780 – 24 godziny, wina butelek sto. Wesele ostatniego w rodzinie kronikarza w roku 1808 skończyło się o północy, wino było tylko szampańskie. Gdy jednak zechcemy przychylić się do poglądu, iż zwykło się mitologizować przeszłość, skorzystam z opowieści o wielkim przodku. Pewien zamożny obywatel z Podola, znany z dowcipu, zamówił kiedyś swój portret. Malarz zaczął szkicować kontury, model zakreślił mu palcem, jakie mają być rozmiary głowy. Daremnie malarz upierał się, że jest za wielka. Pan Sz. obstawał przy swoim. Głowa była już gotowa, wtedy Sz. – sam cienki i chudy – kazał w podobnych rozmiarach domalować resztę korpusu. Zjechali się wkrótce sąsiedzi, gospodarz pyta, jak się im portret podoba. – Dobry, ale niepodobny, bo to jakiś olbrzym. – Właśnie kazałem takiego olbrzyma zrobić, aby po stu lub dwustu latach wiedzieli nasi potomkowie, jakich mieli przodków. A gdyby kiedyś do telewizji trafiła jakaś dziennikarka obdarzona inteligencją, a do tego jeszcze mająca zwyczaj to i owo czytać albo gdyby w Sejmie znalazł się poseł niepozbawiony podobnych cech, jedno z nich mogłoby skorzystać z historyjki o padłej sroce przy okazji dialogu z ministrem – powiedzmy – finansów, choć może także edukacji lub zdrowia. Skończę dosłownym już przytoczeniem przekładu łacińskiej sentencji: „Otwórz książkę, ażebyś poznał, o czym inni myśleli; zamknij książkę, abyś sam myślał”. Roman Kaleta, „Sensacje z dawnych lat”. Iskry 2009
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL