Literatura

Ostatnim samolotem do Sajgonu

Nic nie zdarza się przypadkiem przeł. Anna Osmólska-Mętrak Świat Książki, Warszawa 2008
Fotorzepa
Tiziano Terzani, najsłynniejszy włoski reporter, na własne oczy zobaczył triumf Wietkongu. W Kambodży o mało nie rozstrzelali go Czerwoni Khmerzy. Przejmująco opisał swoją walkę ze śmiertelną chorobą. Teraz jego książki odkrywają Polacy
Został dziennikarzem, ponieważ jako uczeń florenckiego gimnazjum regularnie przegrywał w biegach przełajowych. Kiedyś dotarł do mety, gdy publiczność już się rozchodziła. Wtedy podszedł do niego 30-letni mężczyzna z notesem w ręku.
– Jesteś uczniem? – spytał. – A więc nie startuj w biegach, tylko je opisuj. Tak Tiziano Terzani (1938 – 2004), włoski reporter i jeden z najlepszych twórców literatury faktu ostatniego półwiecza, zapamiętał początek swojej kariery. Pisał o Azji. Wybrał ją, bo była daleko i kryła tajemnice, jakich współczesny świat ma coraz mniej. Teraz jego książki odkrywają polscy czytelnicy. Kolejne tomy Terzaniego wydawane są u nas nakładem trzech oficyn. W tym roku ukażą się jeszcze „W Azji” (WAB) oraz „Koniec jest moim początkiem” (Zysk i S-ka). Choć nie jest jeszcze u nas tak popularny jak Ryszard Kapuściński, z którym porównują go niektórzy krytycy, ma już swoją nieoficjalną stronę internetową ([link=http://www.terzani.yoyo.pl]www.terzani.yoyo.pl[/link]).
[srodtytul]Good morning, Vietnam[/srodtytul] W 1972 r. jako korespondent trafił do Sajgonu. Pisał, że to miasto da się rozpoznać z zamkniętymi oczami po „słodkawym fetorze śmierci”. Na pierwszej stronie dziennika zanotował, że wojna jest smutnym doświadczeniem. Smutniejsze jednak wydaje się to, że człowiek tak łatwo się do niej przyzwyczaja. Pierwszy trup, pierwsza woskowożółta twarz, pierwsze zaciśnięte dłonie – tak, to jest wstrząs. Następne zwłoki liczy się z zawodowego obowiązku. Uważał, że nie da się pisać o konflikcie, jeśli nie pojedzie się na miejsce i nie wystawi na niebezpieczeństwo. W Wietnamie odkrył prawdę, która go przeraziła – na wojnie nie sposób zachować bezstronności. „Żołnierze, za którymi idziemy, stają się szybko «nami», a ci drudzy, którzy do nas strzelają, stają się nieprzyjaciółmi, bad guys”. Z Wietnamu został wyrzucony po tym, jak krytycznie wyraził się o kraju i jego prezydencie Thieu. Konflikt śledził przez cztery lata i nie chciał przeoczyć bliskiego finału. Wiedział, że jeśli się tam pojawi znowu, odeślą go pierwszym powrotnym samolotem. Postanowił, że do Sajgonu uda się na pokładzie ostatniej rejsowej maszyny. Takiej, która nie będzie już miała kogo zabrać i która donikąd nie poleci. Rzeczywiście, na lotnisku nikt nie sprawdził mu paszportu. Policja emigracyjna uciekła. 30 kwietnia 1975 r. do miasta wkroczyły oddziały Wietkongu. Widział to na własne oczy. Relację Terzaniego zamieścił „Der Spiegel” i było to pierwsze pełne sprawozdanie z tych wydarzeń opublikowane na Zachodzie. Wrażenie robi jego raport z Kambodży, z oblężonego Phnom Penh. Pisał, że noce nigdy nie były tak ciemne. Elektrownia odcięła 80 procent produkcji energii. „Nawet w hotelu Le Phnom ciemność rozpraszają płomienie świec, poza wieczorami, gdy jakiś generał wydaje wielki bankiet, bo wtedy wszystko nagle rozświetla się uroczyście. Tak funkcjonuje Kambodża marszałka Lon Nola, a właściwie to, co z niej zostało”. Wokół miasta zgromadziło się 25 tysięcy Czerwonych Khmerów. Na domy spadały wystrzeliwane z dżungli pociski rakietowe. [srodtytul]Historia jednej przepowiedni[/srodtytul] Jeśli chodzi o Czerwonych Khmerów, długo miał do czynienia tylko z martwymi. Widział ich zwłoki leżące przy drogach, pośród pól ryżowych. W 1976 r. w Kambodży po raz pierwszy oglądał żywych bojowników. Wyszli z dżungli. Ich cera była wysuszona i szara. Oczy mieli zaczerwienione od malarii. Chcieli rozstrzelać Terzaniego jako agenta CIA. Na widok wycelowanych w siebie automatów zdobył się na uśmiech. Po chińsku wyjaśnił, kim jest. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto przełożył te słowa na khmerski. Partyzanci wezwali dowódcę i po kilku godzinach Terzani był wolny. Kilkanaście miesięcy później znalazł się w Hongkongu, gdzie za namową przyjaciółki zgłosił się do chińskiego wróżbity. W pokoju czuć było woń kadzideł. Na podłodze stała miska z pokarmem dla bóstw i przodków. – Rok temu miałeś zginąć gwałtowną śmiercią, ale uratował cię uśmiech – powiedział wiekowy Chińczyk. A potem dodał: – Uważaj! Jest wielkie ryzyko, że zginiesz w roku 1993. Nie powinieneś wtedy latać samolotem! „To, co zrazu wydawało mi się klątwą, okazało się błogosławieństwem – napisał Terzani, który postanowił nie kusić losu. – Rytm moich dni radykalnie się zmienił wraz z tym, jak musiałem podróżować przez Azję i Europę pociągiem, statkiem, samochodem, a niekiedy po prostu na piechotę. Dystanse znowu nabrały właściwych rozmiarów, a ja odzyskałem poczucie odkrywania i przygody”. W ten sposób poszerzyły się jego horyzonty. Dzięki przepowiedni powstała książka „Powiedział mi wróżbita”. Przede wszystkim jednak Chińczyk z Hongkongu uratował reporterowi życie. 15 marca 1993 r. w Kambodży rozbił się helikopter ONZ z 15 dziennikarzami na pokładzie. Pośród nich znalazł się Niemiec, który zajął miejsce Terzaniego. Kolejna z jego wydanych w Polsce książek zaczyna się od diagnozy: „Ma pan raka”. W „Nic nie zdarza się przypadkiem” pisarz przejmująco opowiedział o konfrontacji z chorobą, a także o podróży przez Azję i Stany Zjednoczone, gdzie kiedyś żył i studiował sinologię. Podróż sprawiła, że zmienił swe widzenie świata, a przede wszystkim zmienił siebie. Pojął, że nasze nieszczęścia biorą się z nieustannego rozróżniania między tym, co nam się podoba, a tym, co nam nie odpowiada. „Tylko akceptując, że wszystko to Jedno, niczego nie odrzucając, zdołamy być może ukoić nasz umysł i złagodzić udrękę” – napisał. [srodtytul]Dziewczyny z Central Parku[/srodtytul] Po zakończeniu podróży postanowił nie formułować życzeń poza jednym – żeby dojść do takiego momentu, kiedy nie będzie potrzebował czasu dla siebie i ten, który pozostał, będzie mógł poświęcić innym. – Terzani umie przekuć w reportaż wszystkie okoliczności życia – twierdzi reporter Wojciech Górecki, autor „Planety Kaukaz”. – Nie może latać – podróżuje lądem, a potem to opisuje. Gdy choruje, zamienia swe doświadczenie w literaturę. Jest reporterem z krwi i kości. Jego styl kojarzy mi się z gawędą Melchiora Wańkowicza. Potrafił tak jak on ocalić w sobie dziecięcą ciekawość. Obaj pisali o Stanach Zjednoczonych, o sprawach dla tego kraju powszednich, a jednak ich uwagi nie są banalne. Terzani obserwował dziewczyny, które w Central Parku trenowały jogging. Gdy po 20 latach wrócił do Ameryki, zobaczył je starsze, ale po dawnemu samotne. Wyprowadzały na spacer pieski. Porobiły kariery, ale nie potrafiły ułożyć sobie życia. Terzani uchodzi we Włoszech za najważniejszego twórcę literatury faktu. Popularnością może mu dorównać tylko Ryszard Kapuściński, z którym zresztą utrzymywał kontakt listowny. – Włoscy dziennikarze byli zaskoczeni, gdy się okazało, że Terzani zwracał się do autora „Hebanu” per Maestro – mówi prof. Silvano De Fanti, literaturoznawca z Uniwersytetu w Udine. – W grudniu 1996 r. Terzani dziękował Kapuścińskiemu za pomoc w podjęciu pewnej decyzji. Otóż po 25 latach współpracy ze „Spieglem” postanowił skończyć z dziennikarstwem i zająć się wyłącznie literaturą i kolejnymi książkami. Dziś jest patronem międzynarodowej nagrody dla najlepszego reportera. – Finansuje ją prezydent Republiki Włoskiej, a wręczenie lauru jest wydarzeniem dla wszystkich twórców literatury faktu – tłumaczy De Fanti, który należy do komitetu naukowego Premio Terzani. W tym roku nagrodę przyznano Ahmedowi Rashidowi, pakistańskiemu reporterowi, który szedł szlakiem bin Ladena i dostał się do kwatery mułły Omara. W 2007 r. uhonorowana została Anna Politkowska, która zapłaciła życiem za publicystykę niezależną i krytyczną wobec Kremla. Terzani był idealistą, o czym świadczy m.in. książka „W Azji”, pod względem metody literackiej przypominająca „Wojnę futbolową”. Przyznał tam, że wierzy w trwałe wartości ducha, w reporterów, którzy krążą po świecie, szukając małych prawd. Ufał, że znajdą się następcy gotowi przenikać przez wszystkie drzwi, zadawać najtrudniejsze pytania, brać pod lupę ludzi najbardziej wpływowych. Dla takich dziennikarzy pozostanie wzorem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL