Publicystyka

Nowa socjalistyczna rewolucja?

Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
W największych pod względem elektoratu państwach – Niemczech czy Francji – wrogiem numer jeden są nie tyle wielkie partie rządzące, co cały kapitalizm i politycy kojarzeni z wolnym rynkiem – pisze publicysta
Europejskie wybory nigdy nie były prawdziwymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Były raczej okazją do ukarania nielubianych polityków, utarcia nosa rządzącym. Coś, co i w tym roku sporo Europejczyków ma ochotę zrobić.
Największy od II wojny światowej kryzys gospodarczy, narastające frustracje, antyestablishmentowe nastroje wzmacniają skrajne ugrupowania w Parlamencie Europejskim. Zarówno te prawicowe, kontestujące traktat lizboński, jak i socjalistyczne, domagające się głębszej integracji i socjalnej administracji Unii Europejskiej. W Polsce ani skrajna prawica, ani lewica nie odegrają większej roli w europejskich wyborach. Ale nowa eurosceptyczna frakcja w Parlamencie Europejskim, gdzie PiS łączy się z brytyjskimi konserwatystami, francuskimi nacjonalistami i czeską konserwą, paradoksalnie może doprowadzić do wzmocnienia ugrupowań skrajnie lewicowych – europejskich socjalistów. Rozdrobniony blok partii centrokonserwatywnych odda prym jednoczącym się partiom socjalistycznym.
[srodtytul]Komórka Browna[/srodtytul] Mobilizacji skrajnych ruchów prawicowych nikt w Europie nie koordynował. Można wiele zarzucić irlandzkiemu miliarderowi Declanowi Ganleyowi, ale nie to, że uczestniczył w tajnym planie rozbicia bloku partii centrokonserwatywnych i przejęcia parlamentu przez socjalistów. Na niechęć instytucje unijne ciężko sobie zapracowały. Komisja Europejska ma niewiele tak wyraźnie określonych zadań, jak dbanie o ekonomiczne bezpieczeństwo Europy. W chwili wybuchu kryzysu zawiodła jednak na całej linii. Zarówno sama Komisja, jak i jej przewodniczący Jose Manuel Barroso praktycznie zapadli się pod ziemię, kiedy notowania na giełdach zaczęły spadać, a banki groziły zamknięciem drzwi. Unijni urzędnicy nie nadążali za wystąpieniami przywódców poszczególnych państw, z których każdy proponował inną strategię. U szczytu kryzysu „Wall Street Journal” napisał: „Już wiemy, jaki jest numer do Europy, to komórka Browna”. Barroso, zajęty głównie przygotowywaniem gruntu pod ponowną reelekcję, bał się narazić rządom Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. A widząc konflikt i różnice pomysłów na walkę z kryzysem, usunął się w kąt. Po stronie Komisji i jej licznych ciał eksperckich nie było żadnej znaczącej inicjatywy. Pierwszy listopadowy plan europejskiej odbudowy, o wartości ponad 200 mld euro, to w rzeczywistości lista programów zgłoszonych przez rządy Niemiec i Wielkiej Brytanii. Słabość, brak autorytetu i znaczenia Komisji Europejskiej niewątpliwie przyczyniły się do wzmocnienia eurosceptyków. Dla wielu oburzające było także to, jak w chwili najgorętszych zmagań z kryzysem, europejscy parlamentarzyści koncentrowali się na ustalaniu swoich płac. To była jedyna skuteczna akcja, jaką Parlamentowi Europejskiemu udało się przeprowadzić w ostatnich miesiącach. Pensja w wysokości 92 tysięcy euro, 50 tysięcy na prowadzenie biura, 298 euro dziennej diety. W marcu, kiedy świat się zastanawiał, ile państw może zbankrutować, deputowani 70-procentową większością przegłosowali, że pozostałe specjalne wydatki europarlamentu należy utrzymać w tajemnicy, żeby nie irytować wyborców. Widać, nie poskutkowało, skoro dziś w Wielkiej Brytanii eurosceptycy mogą liczyć na 37 proc. głosów. Znajdą się wśród nich konserwatyści, szybko nabierający znaczenia po nieudacznych i pełnych skandali rządach premiera Gordona Browna. Francuscy nacjonaliści nie odegrają pewnie większej roli w wyborach, ale też w ferworze kampanii zyskują, zamiast tracić. Podobnie jak nacjonaliści holenderscy i duńscy. Imponujący wynik osiągnęła węgierska partia Jobbik – mimo oskarżeń o neofaszyzm może liczyć na 10 proc. głosów. Partia Wielkiej Rumunii, ugrupowanie byłego piłkarza, skrajnego nacjonalisty oskarżanego o porwania i zastraszanie przeciwników politycznych, też przekroczy próg wyborczy. W największych pod względem elektoratu państwach – Niemczech czy Francji – wrogiem numer jeden są nie tyle wielkie partie rządzące, co cały kapitalizm i politycy kojarzeni z wolnym rynkiem. Głównym rozdającym zatem mogą wcale nie okazać się partie centrystyczne wchodzące w skład Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Socjalistyczno-protekcjonistyczne ugrupowania już w tym parlamencie miały olbrzymi wpływ na regulacje prawne. To im zawdzięczamy zablokowanie przepisu o wspólnym rynku usługodawców, co pozwoliłoby fryzjerom, hydraulikom konkurować cenami niezależnie od lokalnych regulacji. To za ich sprawą wprowadzono też sztywny przepis zakazujący lekarzom pracować dłużej niż 48 godzin w tygodniu, niezależnie od okoliczności i specyfiki pracy. A czeka cała lista antyrynkowych pomysłów: od regulowania płac minimalnych przez głębszą kontrolę firm i banków po nowe obostrzenia przy zwalnianiu z pracy i większe opłaty dla pracodawców. Dodajmy do tego programy ochrony miejsc pracy, nowe pakiety stymulacyjne. Każde z tych rozwiązań osobno – a co dopiero w pakiecie – może gwałtownie zwiększyć problemy budżetowe poszczególnych rządów i zagrozić stabilności euro. Oprócz natychmiastowych efektów są jednak także te długoterminowe: przeistoczenie wolnego rynku w ściśle regulowane ciało nadzoru socjalistycznej redystrybucji bogactwa w Europie. [srodtytul]Za sprawą torysów i Kaczyńskiego?[/srodtytul] W Polsce lewica ogranicza się do wyrzekania na kapitalizm. Widząc poparcie dla rynkowych rozwiązań PO, z daleka trzyma się od skrajnych rozwiązań kolegów z Hiszpanii, Niemiec i Portugalii. Na stronie internetowej SLD widzimy, że najważniejszym problemem jest zdemaskowanie Mariana Krzaklewskiego, Joannę Senyszyn doskwierającą Zbigniewowi Ziobrze czy Grzegorza Napieralskiego wyrzekającego na Jacka Rostowskiego. No i Wojciech Olejniczak, który koncentruje się na „resetowaniu” myśli i „odrywaniu się od rzeczywistości w bieganiu”. Ale program europejskiej lewicy nie jest już tak oderwany od rzeczywistości – chce socjalistycznej unii Europy. I pomyśleć tylko, że wielkie zwycięstwo socjalistycznej rewolucji możemy kiedyś zawdzięczać torysom i Jarosławowi Kaczyńskiemu. [i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika „Newsweek Polska” i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL