fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Sprawy zbyt ważne, aby zostawić je tylko politykom

Piotr Winczorek
Rzeczpospolita
Jak oceniam funkcjonowanie obowiązujących rozwiązań konstytucyjnych? Na ogół dobrze. Żadne z nich nie stało się samoistnym źródłem zła i nieprawości w życiu publicznym – pisze znany znawca tematyki konstytucyjnej
Mija właśnie 12 lat od dnia, w którym przyjęta została w głosowaniu powszechnym obowiązująca Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Te 12 lat to stosunkowo niewiele jak na przeciętny czas funkcjonowania najwyższego aktu normatywnego w państwie. Jest to jednak okres wystarczająco długi, by móc ocenić jego zalety i wady, a także ustalić, czy wymaga zmian, a jeśli tak, to jak daleko sięgających.
Konstytucja RP z 1997 r. była dotychczas nowelizowana dwa razy, przy czym ostatnia zmiana, dotycząca odebrania biernego prawa wyborczego osobom, które zostały prawomocnie skazane na karę pozbawienia wolności za przestępstwo ścigane z urzędu, w chwili gdy powstaje ten tekst, nie została jeszcze ostatecznie zaaprobowana przez Senat.
[wyimek]Dyskusja ustrojowa z przeważającym udziałem polityków w okresie przygotowań do wyborów nie przyniesie dobrych rezultatów[/wyimek]
Wszystko jednak wskazuje, że decyzja Sejmu będzie przez drugą izbę naszego parlamentu przyjęta i wejdzie w życie. Żadna z tych zmian, a także trzecia, która dopiero nas czeka i która umożliwi wprowadzenie do Polski euro, nie ma charakteru zasadniczego. Są to raczej korekty, bardziej nieuniknione, niż wynikające z fundamentalnego politycznego wyboru. W każdym razie nie prowadzą one do zmiany ustroju naszego państwa.
[srodtytul]Otwarcie rozmawiać[/srodtytul]
Tymczasem wysuwane są ostatnio postulaty, by rozpocząć poważną debatę nad szeroko zakreśloną i sięgającą głęboko reformą konstytucyjnego systemu Rzeczypospolitej. Występują z nimi zarówno ugrupowania sejmowe (np. Platforma Obywatelska, Sojusz Lewicy Demokratycznej), jak i niektóre prominentne postacie ze świata prawniczego (np. profesorowie Marek Safjan, Andrzej Zoll i Jerzy Stępień).
Pojawiają się zarazem propozycje konkretnych przekształceń ustrojowych, które, zdaniem ich autorów, miałyby się przyczynić do usunięcia z naszego życia publicznego niektórych dokuczliwych dysfunkcjonalności lub utrudnień. Wśród tych propozycji wymienia się na przykład: zniesienie Senatu lub ograniczenie liczby senatorów, zmniejszenie o połowę liczby posłów, przeniesienie do Polski rozwiązań prawnych charakterystycznych dla systemu kanclerskiego, prezydenckiego lub semiprezydenckiego, likwidację proporcjonalności wyborów, w tym zwłaszcza do Sejmu, i wprowadzenie powszechnie wyborów większościowych przeprowadzanych w okręgach jednomandatowych.
Niekiedy, choć na szczęście rzadziej, pojawiają się głosy, by ograniczyć uprawnienia Trybunału Konstytucyjnego. Mówi się także – a ponoć też poważnie projektuje – o oddzieleniu urzędu prokuratora generalnego od stanowiska ministra sprawiedliwości. Nie wymaga to jednak zmiany konstytucji.
Postulat, by dyskusję ustrojową uczynić jednym z ważniejszych nurtów naszej debaty publicznej, uważam za trafny. Otwarta rozmowa na te tematy zawsze jest przydatna. Nie wiem, czy istnieją takie okoliczności, w których mogłaby być szkodliwa lub niepotrzebna. Jednakże to, czy istotnie okaże się owocna, zależy od okoliczności, w których zostanie podjęta i będzie prowadzona.
Nietrudno zauważyć, że pojawienie się w dyskursie publicznym spraw ustrojowych łączy się w ostatnich latach ze sporami polityczno-personalnymi na linii prezydencki i rządowy ośrodki władzy wykonawczej. Sugestie co do kierunków rozwiązania tych sporów za pomocą zmiany konstytucji polegają bądź na prawnym wzmocnieniu jednego z wymienionych ośrodków kosztem drugiego, bądź w wersji radykalnej, na całkowitemu odejściu od obecnego parlamentarno-gabinetowego systemu rządów.
Ewentualne zaaprobowanie takiej zmiany pociągać by musiało za sobą daleko idące reperkusje w sferze kultury politycznej naszego społeczeństwa, ukształtowanych lub kształtujących się obyczajów ustrojowych, a być może także realnie funkcjonujących praw i wolności obywatelskich. Samo rzucenie haseł „idźmy w kierunku prezydencjalizmu” lub też „przyjmijmy ustrój kanclerski” nie wystarczy.
[srodtytul]Zmiana ustroju[/srodtytul]
Należy się dobrze zastanowić nad dalekosiężnymi skutkami ich możliwej realizacji. Jak dotychczas bowiem brak poważniejszych przemyśleń w tej sprawie. Brak też refleksji nad tym, czy rodzime podłoże polityczne z jego doświadczeniami i nawykami ukształtowanymi przede wszystkim przez długie lata różnego pochodzenia autorytaryzmów, których dominantą był kult silnej władzy, oraz przez ujawnione w ostatnich dziesięcioleciach pragnienie, aby się wreszcie od niego wyzwolić, pozwala na bezkonfliktowe przyjęcie któregoś z proponowanych tu ustrojów.
W każdym jednak razie fatalną pomyłką jest sugestia, by rozwiązywać obecne konflikty polityczne za pomocą trwałej i radykalnej zmiany ustroju. Nie trzeba przecież szczególnej wyobraźni, by przedstawić sobie, że skłóceni dziś politycy odejdą kiedyś ze sceny, a ich miejsce zajmą inni, z odmiennymi ambicjami, temperamentami i resentymentami. Czy oznaczałoby to konieczność ponownej rewizji ustroju, tak by odpowiadał on ich charakterom? Czy to nie politycy powinni swe skłonności i pasje podporządkować obowiązującemu prawu, a nie prawo, zwłaszcza najwyższej rangi, przykrawać na miarę osobistych oczekiwań i zamiarów?
Dlatego dyskusje nad ewentualną zmianą ustroju politycznego państwa wyjąłbym (ba, ale czy to możliwe?) ze sporów między beznadziejnie dziś skłóconymi politykami. Niech wyjaśni się, może w wyniku najbliższych wyborów parlamentarnych i prezydenckich, który z nich pozostanie, a który zniknie z publicznej areny. Tak czy inaczej, jeśli miałoby już dojść do zasadniczej zmiany ustroju, to w taki sposób, by wprowadzona została ona w życie w czasie, w którym nie byłoby jeszcze wiadomo, kto (w sensie personalnym i partyjnym) byłby jej profitentem. A zatem dopiero po kolejnych, a nawet i następnych wyborach powszechnych.
Prowadzenie dyskusji ustrojowej z przeważającym udziałem polityków w okresie przygotowań do wyborów nie przyniesie dobrych rezultatów. Bo, jak wskazuje doświadczenie, podporządkowane zostanie ich potrzebom propagandowym i medialnym.
W publicznej dyskusji ustrojowej nie może zabraknąć specjalistów z zakresu teorii i historii państwa, myśli ustrojowej, nauk prawnych, zwłaszcza prawa konstytucyjnego, oraz politologów. Ci ostatni są w niej już obecni. Konstytucjonaliści, z wyjątkami, biorą w tej dyskusji udział raczej niewielki. A mają co pokazać. W ciągu ostatnich kilku lat ukazało się w różnych formach (książki, artykuły, wystąpienia na konferencjach naukowych) mnóstwo bardzo wartościowych prac analizujących obowiązujące od 1997 r. rozwiązania konstytucyjne, wykazujących ich dobre i złe strony. Są to jednak prace o wąskim zasięgu oddziaływania, skierowane raczej do wewnątrz środowiska naukowego i prawniczego niż na zewnątrz.
Zachęcałbym więc kolegów konstytucjonalistów, aby zechcieli swoje przemyślenia szerzej upowszechnić, między innymi na łamach ogólnodostępnej, poważnej, opiniotwórczej, wielkonakładowej prasy. Prawoznawstwo to jednak wiedza stosowana. W debacie ustrojowej nie powinno również zabraknąć głosu obywateli, którzy w polityce nie są zwykle czynni, ale którym zależy, by żyć w państwie dobrze i sprawiedliwie zorganizowanym. Sprawy ustrojowe są bowiem zbyt ważne, by pozostawiać je tylko politykom.
[srodtytul]Jak wybierać prezydenta[/srodtytul]
Gdyby zapytano mnie, jak oceniam funkcjonowanie obowiązujących rozwiązań konstytucyjnych, powiedziałbym, że na ogół dobrze. Moim zdaniem żadne z nich nie stało się samoistnym źródłem zła i nieprawości w życiu publicznym. Dotyczy to także tych, które regulują stosunki między prezydentem a rządem i premierem. Jeśli, na co zwraca się niekiedy uwagę, umocowanie ustrojowe prezydenta wynikające z wyboru dokonywanego w głosowaniu powszechnym jest silniejsze, niż to wynika z zakresu jego zadań i kompetencji, to harmonii między tymi czynnikami szukałbym nie w powiększaniu uprawnień głowy państwa, lecz w zmianie formuły jej powoływania.
Być może należałoby się zastanowić nad powrotem do wyborów dokonywanych nie w głosowaniu powszechnym, lecz przez Zgromadzenie Narodowe (połączone Sejm i Senat), lub nad przeprowadzaniem wyboru przez inne ciało zbiorowe (np. wspólne zebranie posłów, senatorów i członków sejmików wojewódzkich). Zdaję sobie sprawę, że taka zmiana byłaby niezmiernie trudna do przyjęcia, zwłaszcza wobec ukształtowanych już oczekiwań obywatelskich i wobec interesów, jakie w wyborach powszechnych mają do załatwienia politycy i ich stronnictwa. W poszukiwaniu równowagi między prezydentem a rządem na pewno nie należy ograniczać konstytucyjnych uprawnień prezydenta czy tworzyć tzw. ustaw kompetencyjnych, z których jedna, dotycząca udziału głowy państwa w prowadzeniu polityki zagranicznej, jest obecnie przedmiotem rozważań.
Być może dobrym pomysłem jest pewne zmniejszenie liczby posłów i senatorów (jakie, to sprawa dalsza), ale nie szukałbym oszczędności budżetowych kosztem zniesienia Senatu. Można byłoby się zastanowić, przykładowo: czy rzecznik praw dziecka nie powinien stać się zastępcą rzecznika praw obywatelskich, czy kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie powinny wysuwać gremia prawnicze i naukowe (przy zachowaniu wyborczych uprawnień Sejmu), czy nie należałoby zmodyfikować instytucji referendum ogólnonarodowego w taki sposób, aby parlament mógł przekazać na drogę głosowania powszechnego uchwalanie niektórych ważnych dla mieszkańców kraju ustaw. Warto by też pomyśleć, czy zakres praw socjalnych ujętych w konstytucji nie jest zbyt szeroki, a przez to prawa te ku usprawiedliwionemu niezadowoleniu obywateli nie mogą być w pełni wykonywane.
Jest rzeczą oczywistą, że przedstawione tu przeze mnie, raczej skromne niż ambitne, propozycje zmian konstytucyjnych mogą budzić wątpliwości i zastrzeżenia. Lecz na tym właśnie polega debata, by mogły się w niej pojawiać sugestie i projekty dyskusyjne.
Dyskusja ustrojowa nie jest jednak sztuką dla sztuki. Powinna prowadzić do przyjęcia rozsądnych, dalekowzrocznych i wykonalnych rozwiązań lub odstąpienia od tych, które takimi nie są. Obecnie nie muszą być to, moim zdaniem, rozwiązania rujnujące istniejący system ustrojowy i wprowadzające na jego miejsce całkiem odmienny. Powinny raczej przybrać rozmiary umiarkowane i ograniczone co do zasięgu i następstw.
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą tematyki konstytucyjnej, stałym współpracownikiem „Rzeczpospolitej”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA