Piłka nożna

Don Andres rozdaje cukierki

Andres Iniesta po podaniu Leo Messiego, w doliczonym czasie gry zdobył bramkę dającą Barcelonie finał Ligi Mistrzów
AP
Jutro finał Barcelona – Manchester. Ten mecz miał być sceną dla Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, ale na razie przedstawienie kradnie im blady, kruchy chłopak z La Manchy. Andres Iniesta, bohater półfinałów, już wyzdrowiał i jest gotowy na finał
Frank Rijkaard, poprzedni trener Barcelony, mawiał o nim, że rozgrywa akcje tak, jakby rozdawał kolegom cukierki. Każdemu po trochu, zawsze z zachęcającą miną, sobie na końcu. Najważniejsze, żeby inni byli zadowoleni. On jest po to, żeby służyć podaniem, gdziekolwiek kolegom przyjdzie na to ochota. Ma sprawiać, by inni grali lepiej. „El Pais” nazwał go kamieniem filozoficznym Barcelony i porównał do baletmistrza Nurejewa. Biega tak delikatnie, jakby w ogóle nie ważył. Podobnie kopie piłkę. A właściwie nie tyle kopie, ile się nią opiekuje.
[srodtytul]Santo Subito[/srodtytul] – Cały czas zmienia miejsce na boisku. Czasami musiałem się upewniać, czy nie wystawiłem dwóch Iniestów – mówił kiedyś Rijkaard. Alex Ferguson przekonuje, że ze wszystkich rywali w jutrzejszym finale najbardziej boi się właśnie jego. – Nie mam obsesji na punkcie Messiego. Moim zdaniem to Iniesta razem z trenerem Guardiolą tworzą dzisiejszą Barcelonę. Sposób, w jaki on szuka podań, przestrzeni, jak wprawia zespół w ruch. To jest fantastyczne – mówi trener Manchesteru. Gdy niespełna trzy tygodnie temu na Stamford Bridge Iniesta strzelał w doliczonym czasie gola, który zabierał finał Ligi Mistrzów Chelsea, a dawał Barcelonie, jeden z hiszpańskich komentatorów krzyczał do mikrofonu: „Andres, kocham cię!”. Potem nad Katalonią bania z poezją rozbiła się na dobre. Wszystkie porównania były dozwolone. „Teraz wiemy, że piłkarski Bóg istnieje. Nazywa się Andres, jest nieśmiały, pochodzi z Albacete i sprawił, że wczoraj płakałem ze szczęścia” – pisał jeden z komentatorów. Podczas pierwszego meczu Barcy po powrocie z Londynu, przeciw Villarreal, kibice na Camp Nou ułożyli z kartonów napis z żądaniem beatyfikacji. Mieli już obrazek świętego Andresa Iniesty: w długiej szacie i z piłką pod pachą. Tak wyposażony wyruszał na szlak prowadzący do Rzymu.
Ale właśnie tego wieczoru, 10 maja, w przeddzień jego 25. urodzin, droga do Rzymu mocno się wydłużyła. Andres ledwo dokończył mecz z Villarrealem, okazało się, że ma naderwany mięsień prawego uda. Od tamtego czasu nie zagrał ani razu. Na finał Pucharu Króla do Walencji nawet nie poleciał, lekarze zabronili. Zamiast trenować z kolegami, biegał pod górę i z powrotem na jednym ze wzgórz pod Barceloną. Tak kazali rehabilitanci. Wrócił do treningów dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia. Gdy się okazało, że będzie mógł zagrać w finale, w Barcelonie odetchnęli z ulgą W tym sezonie zawsze, gdy go brakowało w składzie, drużyna miała kłopoty i zwykle przegrywała. To on ma najwyższą w zespole średnią notę za mecze. Jest też jedynym hiszpańskim mistrzem Europy, który grał we wszystkich spotkaniach ubiegłorocznego Euro w Austrii i Szwajcarii. W obu drużynach ma to samo zadanie: razem z Xavim, przyjacielem z barcelońskiej akademii futbolu La Masia, pilnuje, by ustawionym z przodu maszynom do strzelania goli nigdy nie brakowało amunicji. [srodtytul]Chłopak z La Manchy[/srodtytul] Xavi jest lepszy w obronie, Iniesta może grać jako półnapastnik. Ale bramki strzela rzadko. – Ciągle jęczy, że zdobywa ich za mało. Tak jakby przy tym wszystkim, co robi dla drużyny naprawdę, musiał jeszcze strzelać. Jeśli rzeczywiście miał jakiś dług, to na Stamford Bridge uregulował go na zawsze – mówi Pep Guardiola. Mówi to nie tylko jako trener, ale też największy kibic Andresa. Minęło już ponad dziesięć lat od chwili, gdy Guardiola namówiony przez swojego brata poszedł na mecz juniorów Barcelony przyjrzeć się czternastolatkowi, który do La Masia trafił po jednym z dziecięcych turniejów. Wtedy wypatrzyli go skauci Barcelony i namówili do przeprowadzki. Iniesta pochodzi z Fuentealbilla, wioski koło Albacete. To Kastylia – La Mancha, ziemia Don Kichota. Guardiola zachwycił się jego grą od pierwszego spojrzenia. – On już wtedy przewidywał wydarzenia na boisku lepiej ode mnie. Jakie to szczęście, że w Barcelonie nigdy nie patrzyli na warunki fizyczne – wspomina Guardiola. Zobaczył wtedy niskiego, kruchego chłopaka, który według słów Pepa „chyba jeszcze nie wiedział, że słońce i plaże istnieją”. Iniesta ma problemy z pigmentacją, stąd bladość skóry, na którą nic nie można poradzić. Guardiola już po pierwszym spotkaniu przepowiedział mu wielką przyszłość. A gdy został trenerem, uczynił z niego filar drużyny. Wcześniej różnie z tym bywało. Barcelona nie zawsze kochała swoich wychowanków tak mocno jak dzisiaj. Iniesta znosił w milczeniu, gdy go sadzano na ławce rezerwowych albo zmieniano mu pozycję, tak by nie wchodził w drogę kolegom z drużyny, których ego żądało wszystkiego na wyłączność. Gdy Barcelona wygrywała trzy lata temu Ligę Mistrzów, zaczął finał z ławki, bo Rijkaard wolał wystawić Marka van Bommela. Iniesta walczyć o swoje nie potrafi, a może nie chce. Swobodnie czuje się tylko na boisku. Poza nim jest cichy, mało przebojowy, trochę zagubiony. W La Masia co weekend żegnał płaczem odwiedzających go rodziców. Gdy jako 16-latek został włączony do kadry pierwszej drużyny, nie potrafił znaleźć szatni na Camp Nou i trener musiał po niego posłać Luisa Enrique. Podobno koledzy z szatni, żartując z tego, że jest za grzeczny na dyskoteki, nazwali go przewrotnie Party King. Dziennikarze piszą, że Iniesta to anty-galactico, ale on etykietek nie chce. – Na szacunek kolegów pracuję na boisku. Jeśli samo to nie wystarcza, żeby być medialnym, trudno – broni się. – Nie farbuje włosów, nie ma kolczyka ani tatuażu, to jest nieatrakcyjny dla mediów – mówi Guardiola. – Ale i tak jest najlepszy. [i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mailto=p.wilkowicz@rp.pl]p.wilkowicz@rp.pl[/mail][/i] [ramka][b]Rzym – miasto bezalkoholowe[/b] Puchar Europy i jego obrońcy z Manchesteru United są już we Włoszech. Samolot Titan Airways z piłkarzami Manchesteru wylądował wczoraj późnym popołudniem. Barcelona przyleci dziś w południe, kilka godzin przed treningiem na Stadio Olimpico. Dziś miasto czeka wielki najazd kibiców, ma być ich blisko 70 tysięcy, z czego 30 tys. z Wysp Brytyjskich. Londyński „Times” od miesięcy prowadził kampanię mającą doprowadzić do przeniesienia finału z Rzymu, nazywanego przez gazetę miastem noży. W ostatnich latach niemal za każdym razem, gdy angielskie kluby grały w stolicy Włoch, było bardzo gorąco, ale UEFA uspokaja: tym razem rywalem nie będzie włoska drużyna, Rzym daje tylko scenę i to ułatwi zapanowanie nad kibicami. A na wszelki wypadek od 23 dziś do 6 rano w czwartek w centrum miasta i w okolicach stadionu będzie obowiązywał całkowity zakaz sprzedaży alkoholu. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL