Sport

Kosztowne pomyłki

O tym, kto zostanie mistrzem Polski, a kto spadnie z ligi, zadecyduje ostatnia kolejka.
[b][link=http://blog.rp.pl/szczeplek/2009/05/24/kosztowne-pomylki/]skomentuj na blogu[/link][/b]
To wymarzona sytuacja dla kibiców i gorsza dla kilku zainteresowanych klubów. Z ośmiu pozostałych w sezonie meczów ważnych jest siedem. Tylko w spotkaniu ŁKS z Polonią Bytom trenerzy będą mogli wystawić juniorów z Młodej Ekstraklasy, a i tak poza ich rodzinami nikt tego nie zauważy. Teoretycznie taka sytuacja wyklucza działania korupcyjne. Nie wyklucza jednak błędów sędziów. A kiedy sędziowie się mylą, to na boisku i trybunach atmosfera gęstnieje. W sobotę sędziowie mylili się zbyt często, wypaczali wyniki, chcąc ratować autorytet, rozdawali na lewo i prawo kartki. Wystarczy wejść w skórę zawodników Legii, Polonii czy ŁKS, żeby zrozumieć ich gwałtowne reakcje po krzywdzących decyzjach. We Wrocławiu Adam Kajzer uznał dla Śląska bramkę, której uznać nie miał prawa. Remis odebrał Legii szanse na tytuł. W Warszawie Robert Małek nie zauważył, że przed golem dla Lecha Semir Stilic zagrał ręką, a Hernan Rengifo był na spalonym. Uznana bramka znacznie zmniejszyła szanse "czarnych koszul" na grę w Lidze Europejskiej. W Chorzowie Jacek Walczyński najpierw nie uznał bramki dla łodzian (ich zdaniem prawidłowej), potem przyznał Ruchowi problematyczny rzut karny, wreszcie w ostatniej minucie nie dał jedenastki dla ŁKS. Dzięki zwycięstwu Ruch utrzymał się w lidze.
Wydział Sędziowski PZPN ma problem. Z jednej strony dba o czystość w swoich szeregach i nie wyznacza na mecze arbitrów, którym prokuratura postawiła zarzuty. Pozbawił się w ten sposób kilku sędziów, w tym najlepszego w kraju Grzegorza Gilewskego. Wydział przestrzega również (chociaż nie zawsze), aby meczów nie prowadzili sędziowie z tych samych miast, z których pochodzą drużyny. Jakby z góry zakładano, że sędzia z Warszawy musi pomagać Legii lub Polonii, Ślązak – klubom z tego regionu itp. Kwestionuje się tym samym uczciwość sędziego, która powinna stanowić podstawowy warunek jego pracy. Kiedyś, w sytuacji kryzysowej, pojedynek Widzewa z Legią poprowadził Michał Listkiewicz i żadna ze stron nie miała do niego najmniejszych pretensji. Jednocześnie kluby nie przejmują się zatrzymaniami, a nawet zarzutami dla swoich piłkarzy i wstawiają ich do drużyny natychmiast po złożeniu zeznań we Wrocławiu. Zatrzymanie nie jest tym samym, co wyrok sądowy, na który czeka się latami. Ale wątpliwości pozostają, zwłaszcza że niektórzy piłkarze w prokuraturze przyznali się do winy. Co do sędziów wątpliwości jest teraz jeszcze więcej. Załóżmy, że nie mylili się dlatego, iż chcieli, tylko po prostu są słabi. Ale co to za pociecha dla skrzywdzonych drużyn?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL