Telewizja

Aktor nie może być kserokopiarką

Forum
Z Krzysztofem Stelmaszykiem rozmawia Jacek Cieślak
[b]RZ: Artyści to są bardzo szczęśliwi ludzie – mówi pana bohater w „Przyjęciu” Mike’a Leigha. Są czy nie?[/b]
[b]Krzysztof Stelmaszyk:[/b] Muszę opowiedzieć o moim bohaterze i autorze sztuki, który bardzo trafnie diagnozuje rzeczywistość. Pokazuje małżeństwo z klasy średniej przekonane, że osiągnęło prawie wszystko. Ma już piętrowy domek z ogródkiem i skórzaną kanapę z najwyższej półki. Tymczasem to są ludzie puści, cała bieda polega na tym, że o tym nie wiedzą. On jeszcze czegoś pragnie – wiesza w centralnym miejscu salonu kopię obrazu van Gogha, chwali się kolekcją oprawionych w skórę dzieł Dickensa i Szekspira, słucha V symfonii Beethovena. Myśli, że artyści są wolni i szczęśliwi, bo sam jest nieszczęśliwy. Wzbiera w nim cholesterol i go zabija.
[b]Sztuka wydaje się niepozorna – niby telenowela, tymczasem portretuje ludzi, których można nazwać współczesnymi Makbetami. Jakie czasy, tacy bohaterowie: nie mają dzieci i uprawiają zbrodnie towarzyskie, zadręczając sąsiadów swoimi nieszczęściami. Obserwuje pan takie wampiryczne typy wokół siebie?[/b] Nie wchodzimy do domów, które budują się wokół Warszawy i w całej Polsce. Nie poznajemy ich mieszkańców tak dobrze jak w spektaklu, jednak rosnąca liczba zawałów i tłok w galeriach handlowych pokazują, że styl życia oparty na konsumpcji dotarł już do nas na dobre. Tacy ludzie jak bohaterowie Leigha mają w Polsce coraz lepsze warunki do rozwoju, czyli klęski. W spektaklu pojawia się również para młodych, którym gospodarze chcą zaimponować. Ich też czeka w życiu nieszczęście. Piąta bohaterka jest już po rozwodzie. [b]20 lat temu, kiedy upadał komunizm, cieszyliśmy się wolnością i byliśmy pewni, że nie zgłupiejemy, tak jak konsumenckie społeczeństwa zachodnie. Jak pan ocenia nasze społeczeństwo dziś?[/b] Ubolewam nad tym, że groźba uniformizacji istnieje, ale jest też polski paradoks – różnią nas od zachodnich społeczeństw nasze ulubione kompleksy. Wychodzi na to, że są bezcenne. Możemy stracić tożsamość dopiero wtedy, gdy się z nich wyleczymy. To nie nastąpi szybko. Musiałby się zmienić nasz kod genetyczny. [b]Pana bohater mówi, że o szczęściu i przewadze artystów nad zwykłymi ludźmi decyduje talent. Jak by pan wytłumaczył swojemu bohaterowi, co to jest?[/b] To, co mówi, to oczywiście bzdura. Trudno to nawet skomentować. Można się tylko nad takim biednym człowiekiem pochylić. Marzy o czymś, co jest dla niego niezrozumiałe, nieosiągalne. [b]Ale co to jest talent?[/b] Sam do końca nie wiem. W przypadku aktora chodzi pewnie o umiejętność udawania kogoś innego. Dążymy do takiej doskonałości w udawaniu, żeby stworzyć w widzu iluzję prawdy. Mam też własną definicję zawodu: jesteśmy portrecistami. Bazą mojej pracy jest tekst autora, opis postaci. Moje zadanie polega na tym, żeby ją sportretować. Wspaniałą lekcje daje mi autoportret van Gogha, który mam w domu na wsi. Codziennie mnie intryguje, ciągle zauważam w nim coś nowego. Podobnie nieodgadniony jest człowiek. Każdy z nas każdego dnia wobec różnych ludzi zachowuje się inaczej. [b]Użył pan malarskiej metafory, a jest pan aktorem.[/b] Imponuje mi angielski aktor Ben Kingsley, który stwarza ze swoich ról portrety tak zróżnicowanych postaci, że tak naprawdę nie wiem, jakim jest człowiekiem prywatnie. Oglądam go na ekranie często, ale wciąż pozostaje nieodgadniony. Właśnie ta wieloznaczność podoba mi się w zawodzie aktorskim najbardziej. Ktoś mnie kiedyś zapytał, jak to jest, kiedy się gra kolejne przedstawienie. Sztuka jest z natury sztuczna. Prawdy nie osiągniemy nigdy. Ale możemy jej szukać, doskonalić się. Tworzyć kolejny portret bohatera i szukać w nim nowych barw. Dobry aktor nie jest kserokopiarką. Ile przedstawień, tyle portretów. [b]Co pana zaskoczyło w ich tworzeniu najbardziej?[/b] Trudno jest za każdym razem osiągnąć maksimum skupienia, do czego dążymy. Takie okoliczności, jak choćby zmiana ciśnienia, sprawiają, że nie jest to zawsze możliwe. Co można wtedy zrobić? Puścić życie swoim tokiem. I to jest bardzo pouczające. Często dopiero po 50. spektaklu rozumiem, dlaczego autor postawił kropkę w miejscu, które mnie wcześniej zastanawiało. Ale teatru nie tworzy tylko aktor. Artysta byłby nikim, gdyby nie wyobraźnia odbiorcy, która porusza jego serce i umysł. Teatr jest spotkaniem wyobraźni. Niestety, obecnie można zauważyć bardzo niepokojącą tendencję. Są spektakle, które chcą pominąć wyobraźnię widza. Niejednokrotnie sam, będąc na widowni, pozostaję obojętny na teatr. Oglądam obrazy, a nie dociera do mnie żadna myśl. Zastanawiam się, co się ze mną dzieje, i dochodzę do wniosku, że to nie moja wina. Spektakle, o których mówię, sprowadzają się do pokazywania przez reżysera swojej wyobraźni i obsesji. To monolog w miejsce dialogu z widownią, czyli antyteatr. [b]Scena zamienia się w kozetkę z gabinetu terapeutycznego?[/b] No tak. A czy widownia to terapeuta? Gdyby w ten sposób wyglądał teatr w przeszłości, to nie przetrwałby tysięcy lat. Problem, o którym mówię, pojawił się w XX wieku, kiedy reżyser stał się centralną postacią. Wcześniej najważniejsi byli autor i aktor. Żeby teatr przetrwał, reżyser musi z nimi prowadzić dialog. [b]W jaki sposób pan zauważył u siebie aktorskie zdolności?[/b] W szkole średniej miałem cudowną nauczycielkę, panią Reginę, asystentkę Leona Schillera. Wciągnęła mnie do ogniska teatralnego i kładła do głowy, że powinienem iść do szkoły teatralnej. Miałem inne pomysły, ale w końcu uwierzyłem, że jestem zdolny. Graliśmy „Romeo i Julię” i byłem Romeo. Pamiętam podniecenie i emocje, których nie rozpoznawałem. Rozwaliłem sobie kiedyś palec, krew ciekła, a ja, mimo to, grałem dalej. Wszystko było takie wzniosłe. Dzisiaj się z tego śmieję. Ale zdałem do szkoły z bardzo dobrą notą. Skończyłem PWST, grając dwie główne role – w „Matce” u Jana Englerta i „Karierze Alfa Omegi” Tadeusza Łomnickiego. Miałem propozycje do trzech czołowych teatrów. [b]A skończyło się wyjazdem do Kanady. Jak to zrozumieć?[/b] Wyjechałem w 1989 roku, jeszcze przed Okrągłym Stołem. To był czas najgorszej beznadziei i gospodarczej zapaści. W teatrze też się nie mogłem odnaleźć. Łączyło się to z moim mistrzem Tadeuszem Łomnickim. Spotkałem go na pierwszym roku studiów. Robiłem z nim dyplom, znaliśmy się w miarę blisko. Zaprosił mnie do spektaklu „Ja, Feuerbach”. Odebrałem to jako wyróżnienie, bo graliśmy tylko we dwóch. Dziś wiem, co się ze mną wtedy działo: zostałem przytłoczony jego osobowością. Nic nie mogłem zaproponować, bo Łomnicki reżyserował i grał główną rolę. Był teatrem, w którym nie było miejsca dla innych. [b]Ale to była również prywatna lekcja.[/b] Dzisiaj to rozumiem, ale wtedy jako aktor zacząłem się zamykać. To było straszne. Zrezygnowałem z roli i musiałem się wydostać spod wpływu mistrza. Musiałem odciąć się od czasu, kiedy ciągle mnie formatowano, wyjechać i szukać siebie od początku. Być sobą i słuchać siebie. Emigracja, która trwała ponad cztery lata, sprawiła, że musiałem zaczynać od zera. Z Łomnickim spotkałem się ostatni raz w Kanadzie. Przyjechał ze składanką wraz z innymi aktorami. Mówił fragmenty „Pana Wołodyjowskiego”. Źle się z tym czuł. Ale miło nam się rozmawiało. Nie był obrażony, że wyjechałem i wyszedłem z jego przedstawienia. [b]Wrócił pan z Kanady odmieniony?[/b] Wyjazd pozwolił mi się zdystansować od zawodu. W żadnym teatrze nie mógłbym przeżyć tyle co wtedy. Emigracji zawdzięczam spotkania z niesamowitymi osobami. Każde z nich uczyło, żeby w kontaktach z ludźmi nie kierować się stereotypami, bo każdy człowiek jest inny i trzeba go poznać osobiście. To jest dla aktora lekcja największa. [b]Kogo pan poznał?[/b] Afrykańczyka, który w swoim kraju mordował maczetą i uciekł przed więzieniem. O mnie też myślał, że jestem uciekinierem, tyle że z obozu KGB. Patrzył na świat wyłącznie przez pryzmat swojej ucieczki. To był normalny człowiek, który uciekał przed swoim okrutnym losem, przed sobą samym. Musiałem mu tłumaczyć, że są także inne ludzkie motywacje niż jego. Poznałem też Irakijczyka, uciekiniera z Bagdadu. Właśnie wybuchła wojna, oglądał ją na żywo w CNN, mając dziesięciu braci w armii Husajna i rodziców w schronie. Też był wspaniałym, normalnym facetem. To są oczywiście skrajne doświadczenia. Ale wypełniały mój czas. A jak już wypełniły, w Polsce sytuacja się zmieniła i mogłem wrócić. [b]Teatr w Polsce przed pana wyjazdem był sztucznym azylem, ucieczką od rzeczywistości. W Kanadzie przekonał się pan, że życie może być równie ciekawe, a może nawet ciekawsze od sztuki. Czy dlatego nie ma pan problemu z graniem zwykłych ludzi?[/b] No, nie mam. Gram to, co mi proponują, i mam wrażenie, że potrafię się odnaleźć w różnych formach. Używam takich środków, żeby jak najefektywniej trafić do widza. [b]I lubi pan telenowele?[/b] Prawda jest taka, że nie jestem częstym gościem w fabułach, bo nie ma takich propozycji. Kiedy wróciłem do Polski, zaczęto kręcić nowe seriale. Stałem się szmatą serialową. [b]Kim?[/b] No, tak mówią. Nic mnie to nie obchodzi. Dzisiaj w serialach grają praktycznie wszyscy. Doszło do tego, że można występować w serialach lepszych i gorszych. Taki się zrobił podział. Kiedyś były tylko złe, a teraz są lepsze i gorsze. Oczywiście chcę grać w tych lepszych. [b]A czy kiedy gra pan w Teatrze Narodowym w „Iwanowie” z Andrzejem Łapickim i Januszem Gajosem, pamięta pan o dawnych aktorskich hierarchiach czy to już przeszłość?[/b] Łapicki przyjmował mnie do szkoły. Ale uprawiam zawód już 25 lat. Bardzo cenię i szanuję profesora, jednak relacje między nami są koleżeńskie. To człowiek o wielkim dystansie do siebie, aktorstwa, rzeczywistości. Imponuje mi. [b]Może jest mistrzem antyheroicznego traktowania zawodu?[/b] Ależ oczywiście. Jest człowiekiem spełnionym i bez kompleksów. [ramka]Krzysztof Stelmaszyk Jeden z najpopularniejszych polskich aktorów średniego pokolenia, który z powodzeniem łączy udział w serialach telewizyjnych z występami na scenach najważniejszych teatrów. Obecnie związany z Narodowym, gdzie gra w „Lekkomyślnej siostrze”, „Iwanowie”, „Poduszycielu” i „Opowiadaniach dla dzieci”. Zaczynał jako uczeń Tadeusza Łomnickiego w „Ja, Feuerbach” w Teatrze Dramatycznym. Potem wyemigrował. Po powrocie pokazał się w serialach „Radio Romans” i „Złotopolscy”. Uznanie krytyki i popularność zdobył krwistymi, charakterystycznymi rolami w „Pół serio” i „Testosteronie”. Ma na koncie udział w spektaklach Macieja Englerta – „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa oraz „Wniebowstąpieniu” według Konwickiego. U Janusza Wiśniewskiego zagrał w „Walce karnawału z postem”, u Krzysztofa Zaleskiego – w „Lorenzaccio” Musseta, u Zbigniewa Zapasiewicza – w „Niebezpiecznych związkach”, a u Agnieszki Glińskiej – w „Bambini di Praga” Hrabala. Ma 50 lat, jest rodowitym warszawiakiem. [/ramka] [i]39 i pół 12.45 | TVN | NIEDZIELA 21.30 | TVN | WTOREK Przyjęcie 21.35 | TVP 1 | PONIEDZIAŁEK[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL