Kolekcje

Dobra sztuka, niskie ceny

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Rozmowa z Wojciechem Niewiarowskim, antykwariuszem z Łodzi
[b]Rz: Od kilkunastu lat jest pan prezesem łódzkiego [link=http://www.ryneksztuki.lodz.pl]domu aukcyjnego Rynek Sztuki[/link]. Wyobraźmy sobie, że stałą klientką galerii została megagwiazda, która rządzi masową wyobraźnią, np. pani Doda. Prasa zamieści jej fotografie na tle dobrych obrazów. Będzie to miało jakiś wpływ na popyt? [/b]
Wojciech Niewiarowski: Po latach pracy w branży z grubsza wiem, jak wygląda masowa wyobraźnia w tej dziedzinie. Przypuszczam, że odbiorców sztuki pani Dody nie można utożsamiać z miłośnikami malarstwa, rzemiosła artystycznego lub grafiki artystycznej. Nowy styl życia pani Dody zostałby odebrany co najwyżej jako ciekawostka lub w ogóle nie zostałby dostrzeżony. W tej dziedzinie nawet gwiazda nie znajdzie naśladowców. Jako gotowy wzór do naśladowania miałaby ograniczony wpływ na popyt.
[b]Jak zatem skutecznie edukować rodaków, żeby kupowali sztukę?[/b] Załóżmy, że gwiazda kupiła obraz Władysława Strzemińskiego i powiesiła nad kanapą. Miliony widzą to w telewizji. Dla pana redaktora byłoby interesujące, że wisi tam Strzemiński. Natomiast dla milionów byłyby to przysłowiowe bazgroły. Boję się też, że znakomita część dziennikarzy nie dostrzegłaby tego faktu. Mogłoby się okazać, że obraz Władysława Strzemińskiego nad kanapą gwiazdy to wcale nie jest wydarzenie medialne. Potrzebne byłyby dodatkowe komentarze, wyjaśnianie, że był to przed wojną europejskiej klasy artysta awangardowy. Żeby przybyło miłośników sztuki, potrzebna jest systematyczna edukacja. Na początek pani Doda mogłaby kupić coś na aukcji młodych artystów. Ósma taka aukcja odbyła się u nas 9 maja. [b]Jak pan sobie wyobraża rynek antykwaryczny za rok?[/b] To jest poważny problem dla osoby, która zarządza taką firmą jak ja. Rozsądny biznesmen powinien myśleć pięć lat naprzód. Rynek jest dla branży łaskawy, a dla naszej firmy w szczególności. Handlujemy przedmiotami w cenie od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Tak tanie rzeczy nadal dobrze się sprzedają, również w Internecie. Być może za pięć lat handel będzie się odbywał tylko przez Internet, a galerie będą jedynie miejscem spotkań towarzyskich ze stałymi klientami. [wyimek]300 złotych to cena wywoławcza obrazu młodego artysty[/wyimek] [b]W 2005 roku prorokował pan, że nastąpi zalew francuskiego malarstwa. W 2007 roku prognozował pan w „Moich pieniądzach”, że firmy Christie’s i Sotheby’s wejdą na polski rynek.[/b] Nie sprawdziło się! Tak samo nie zawsze się sprawdzają prognozy oficjalnych doradców finansowych. Jednak zachodnie firmy w ofertach aukcyjnych coraz częściej uwzględniają polskie malarstwo. Traktuję to jako przejaw sondowania naszego rynku. Zachodnie antykwariaty i domy aukcyjne nie wejdą tak długo, jak długo obowiązywać będzie rygorystyczna ustawa o ochronie zabytków, która utrudnia im lub uniemożliwia wywóz z Polski tego, czego tu nie sprzedadzą. Dopóki obce firmy nie wejdą, będzie to nadal lokalny rynek o niekiedy zawyżonych cenach. [b]Co pan chce przez to powiedzieć?[/b] Zwróciła się do nas osoba, która w ostatnich latach w jednym z warszawskich domów aukcyjnych kupiła kilkanaście niemieckich obrazów. Chce je teraz sprzedać. Zajrzałem do art price’a, sprawdziłem notowania tego rodzaju malarstwa. Klient przepłacił. Kupował, płacąc nierzadko po kilkanaście tysięcy złotych za obraz, gdy cena porównywalnego malarstwa na Zachodzie nie przekraczała tysiąca euro. Na pewno jest w Polsce więcej takich osób. Gdyby nie wspomniana powyżej rygorystyczna ustawa, zachodni antykwariusz z Niemiec lub Austrii zapakowałby swój towar w samochód i osobiście sprzedawałby go nad Wisłą. Sprzedawałby go w niższych cenach niż krajowi dostawcy antykwariatów, którzy zawodowo penetrują zachodnie rynki w poszukiwaniu towaru. Sprzedawałby go taniej, ponieważ musiałby się liczyć z konkurencją innych zachodnich antykwariuszy. Na tej samej zasadzie polscy antykwariusze mogliby w innych krajach sprzedawać dzieła sztuki. Od dawna myślę o tym, żeby utworzyć filię naszej firmy poza granicami kraju, np. w Anglii. [b]Sądzi pan, że asortyment, którym pan dysponuje, zainteresuje Brytyjczyków?[/b] Tak. Obserwuję, co sprzedaje się na targach w Anglii. Dopóki obowiązuje rygorystyczna ustawa, nie ma podstaw, by mówić o wolnym rynku. Załatwienie zaświadczenia umożliwiającego dziś legalny wywóz jakiegokolwiek obrazu z Polski trwa w Łodzi minimum trzy dni. Turysta, który zechce kupić obraz, nie da rady pokonać tej biurokratycznej przeszkody. [b]Czym można wytłumaczyć to, że w Warszawie nastąpił wysyp współczesnych obrazów w cenach istotnie wyższych niż przed ujawnieniem kryzysu?[/b] Kryzys jest faktem, ale on nie dotyka wszystkich po równo. Jeśli ktoś miał miliard złotych i stracił na przykład połowę majątku, to nadal jest bogaty i chce zachować dotychczasowy styl życia. Pan redaktor, zdaje się, usiłuje mnie przekonać, że zakup dzieła sztuki jest wydatkiem luksusowym. Natomiast dla mnie nie jest to zakup luksusowy, tylko zaspokojenie potrzeb kulturalnych. [b]Nie przypadkiem na początku pytałem o wychowywanie nowych klientów. Kierowana przez pana firma od lat realizuje program edukacyjny.[/b] Po 20 latach na dobrą sprawę antykwariusze i marszandzi nadal dopiero budują rynek w Polsce. Nasza galeria pokazuje ludziom, że nie trzeba traktować sztuki wyłącznie jako inwestycji. Przekonujemy, że po prostu człowiek lepiej się czuje, żyjąc we wnętrzu, gdzie jest sztuka, która mu odpowiada. Nasi klienci to klasa średnia, np. prawnicy, lekarze, pracownicy budżetówki, w tym nauczyciele, którzy mają zwykle dość wysokie potrzeby kulturalne. Od lat staramy się pobudzić popyt, dotrzeć do nowych klientów poprzez aukcje młodych artystów, niedawnych absolwentów łódzkiej ASP i Wydziału Architektury naszej politechniki. Aukcje promocyjne organizujemy od 2006 roku. Ceny wywoławcze obrazów wynoszą 100 – 300 zł, a grafik od 20 do 50 zł. Po trzech latach programu sprzedajemy na tych aukcjach ok. 90 proc. oferty. W ciągu niecałych trzech lat sprzedaliśmy około tysiąc obiektów. Średnia wylicytowana cena obrazu to 500 zł. Na ostatniej VIII Aukcji Promocyjnej ze 159 wystawionych prac nie sprzedały się dwie. Notowania z licytacji ukazują się w polskich mediach branżowych. Artysta zyskuje więc nie tylko pieniądze, ale wychodzi z anonimowości. Od lutego 2006 r. w aukcjach promocyjnych wzięło udział 110 artystów. Po przejściu przez aukcję promocyjną artysta, jeżeli tylko chce, na dwa tygodnie dostaje we władanie galerię na parterze w naszej siedzibie. Dyżuruje tam i rozmawia z klientami. Ceny ustalone są na 70 proc. cen rynkowych. Trzeci etap programu promocyjnego to Internetowa Galeria Młodych Talentów. [b]Za kilka dni będzie cykliczna aukcja fotografii.[/b] Od lat organizujemy te aukcje wspólnie z Łódzkim Towarzystwem Fotograficznym, ceny wywoławcze wynoszą od 60 do 120 zł. Fotografia najczęściej kupowana jest na prezenty. Sprzedajemy zwykle połowę oferty. Regularnie przychodzą kolekcjonerzy poszukujący prac np. Witolda Krymarysa. [b]Krajowi antykwariusze od lat się skarżą na brak towaru.[/b] Proszę sprawdzić, jak wyglądają wyniki sprzedaży na krajowych aukcjach, gdy chodzi o nazwiska malarzy. Stale powtarzają się te same. Dotykamy tu podstawowego problemu polskiego rynku, mianowicie słabego wyedukowania klientów. Klienci nie poszukują, rzadko sami odkrywają nowych artystów, jakby brakowało im odwagi. Polskim klientom, w tym kolekcjonerom, brak otwartości na nowości. Antykwariusze też z reguły podążają utartymi szlakami. Nasza firma oprócz obrazów i rzemiosła zawsze ma bogaty wybór grafiki artystycznej, głównie uczniów Leszka Rózgi i Stanisława Fijałkowskiego. W sumie mamy ponad tysiąc grafik kilkudziesięciu artystów, w cenach od 100 do 400 zł. rozmawiał Janusz Miliszkiewicz
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL