Ekonomia

Aktor na czas kryzysu

Clive Owen. Fot. David Light Orchard
Flickr
Clive Owen nie ma nerwowości Jamesa Deana, uroku wiecznego chłopca, jaki do dzisiaj zachował Michael Douglas, urody Brada Pitta czy interesującej arogancji Colina Farrella. Ze swoją aparycją mógłby być wicedyrektorem wielkiego banku, księgowym, nauczycielem w renomowanym liceum. A jednak jest aktorem. I to bardzo dobrym
– Amerykańscy gwiazdorzy są indywidualistami pracującymi na własne nazwisko – powiedział mi kiedyś w wywiadzie Robert Altman. – Aktorzy angielscy występują w teatrze i umieją odnaleźć się w zespole. Praca z nimi jest przyjemnością. To profesjonaliści przyzwyczajeni do tego, że na scenie cały czas są obserwowani.
Wiedzą, że któryś z widzów w każdej chwili właśnie na nich może skoncentrować uwagę. Dlatego również przed kamerą nie pozwalają sobie na słabsze momenty. Przy „Gosford Park” moi aktorzy w ogóle nie zajmowali się tym, gdzie stoi kamera i co rejestrujemy. Mieli do zagrania określone sceny i po prostu je grali. To było fantastyczne doświadczenie zawodowe, chyba najlepsze, jakie miałem w życiu. Jednym z wykonawców, którymi wówczas zachwycił się stary mistrz, był Clive Owen – przed „Gosford Park” niemal nieznany na arenie międzynarodowej. Po występie u Altmana reżyser Doug Liman zaproponował mu rolę w „Tożsamości Bourne’a”. To był początek jego wielkiej kariery.
Dzisiaj Owen należy do czołówki. Polscy widzowie mogą go właśnie oglądać w dwóch filmach „The International” i „Gra dla dwojga”. W obu wciela się w agentów, którzy poza mięśniami mają pokaźną liczbę dobrze działających szarych komórek. – Clive jest jednym z nielicznych aktorów, którzy mogą grać myślących bohaterów kina akcji – powiedział mi po berlińskiej premierze „The International” Tom Tykwer. Równie zachwycony Owenem jest twórca „Gry dla dwojga” Tony Gilroy. Spotkał się on już z nim wcześniej, na planie filmu „Tożsamość Bourne’a”, do którego napisał scenariusz. Owen zagrał tam epizodyczną rolę profesora zabójcy: – To miał być pojedynczy film – wyznał mi w wywiadzie Gilroy. – Nigdy nie planowaliśmy serii. Gdybyśmy myśleli o tym od początku, na pewno bym profesora nie zabił. Kiedy producenci przyszli do mnie z propozycją napisania drugiej części, przez kilka dni wpatrywałem się w film, żeby zobaczyć, czy nie udałoby się go wskrzesić. Niestety, było to niemożliwe. Ale nie zapomniał o Owenie. Wrócił do niego, kręcąc własny film. Zdawał sobie sprawę, że uosabia on idealny typ bohatera na czasy kryzysu. Wygląda na człowieka silnego, inteligentnego i niezależnego, który potrafi stawić czoło przeciwnościom. [srodtytul]Zawsze można powiedzieć „nie”[/srodtytul] Owen urodził się 3 października 1964 roku w Coventry, w Wielkiej Brytanii. Jego ojciec, piosenkarz country, opuścił rodzinę, gdy chłopiec miał trzy lata. Clive’a i jego czwórkę rodzeństwa wychowywała matka. Ojciec nie interesował się dziećmi. Clive spotkał się z nim dopiero jako 19-latek. Był już wtedy młodym aktorem. W teatrze zaczął występować sześć lat wcześniej, jeszcze jako uczeń. Zagrał m.in. Artfula Dodgera w „Oliverze!”. Po maturze dostał się do Royal Academy of Dramatic Arts, a po studiach trafił do Old Vic Theatre. Na ekranie zadebiutował w 1988 roku. W filmie „Vroom” razem z Davidem Thewlissem remontowali stary amerykański samochód i ruszali w drogę. Dwa lata później Owen był już znaną telewizyjną gwiazdą. Grał w serialu „Chancer”, miał stały dochód, ludzie oglądali się za nim na ulicy. Dla wielu aktorów – sytuacja marzenie. Ale on się przestraszył. Nie chciał zostać zaszufladkowany, zaczęła mu doskwierać sława, czuł, że traci prywatność. Odszedł, gdy show cieszył się największą popularnością. Kiedyś postanowił, że będzie aktorem, nie gwiazdorem, i chciał być konsekwentny. – Gwiazdor dopasowuje role do własnego wizerunku, ja mogę sobie pozwolić na to, by dopasowywać siebie do ról. To znacznie zabawniejsze – mówi. Nie bał się szokować. W filmie „Z zamkniętymi oczami” zagrał młodego mężczyznę wplątanego w kazirodczy związek ze starszą siostrą. Po premierze stracił intratny kontrakt reklamowy i przez dwa lata nie dostawał żadnych filmowych propozycji. Zarabiał na życie w telewizyjnych miniserialach, a jako artysta wyżywał się w teatrze. Tu, przed bardziej wyrobioną widownią, miał większe pole do popisu. Jedna z najciekawszych to rola biseksualisty ze sztuki Noela Cowarda „Design for Living”, zagrał również w ciekawym dramacie współczesnym „Bliżej” Patricka Marbera. W 1997 roku wrócił na duży ekran w filmie „Bent”. Grał homoseksualistę i rozpustnika, który w dekadenckich przedwojennych Niemczech odnajduje trudne, niekonwencjonalne uczucie w nazistowskim obozie. Jednak przełomem okazała się rola w „Gosford Park”. Od 2000 roku Clive Owen coraz więcej czasu spędza w Stanach. Pojawił się tam jako detektyw Rose Tanner w miniserialu „Second Sight”, by potem, w ciągu kilku lat, wdrapać się na hollywoodzkie szczyty. Wystarczy wymienić jego kolejne filmy: „Tożsamość Bourne’a”, „Król Artur”, „Bliżej”, „Sin City”, „Ludzkie dzieci”, „Elizabeth: Złoty wiek”, wreszcie „The International” i „Gra dla dwojga”. Te tytuły przyniosły mu opinię aktora wszechstronnego – zagrał w nich postacie bardzo różne: od władcy z V wieku n. e., z czasów Rycerzy Okrągłego Stołu aż do współczesnego mężczyzny zagubionego w gąszczu uczuć. – Szukam ról interesujących – przyznaje. – Ogromną wagę przywiązuję do reżysera. Jeśli mam możliwość spotkać się z twórcami takimi jak Robert Altman, Mike Nichols, Frank Miller i Robert Rodriguez, Alfonso Cuaron, Tom Tykwer czy Tony Gilroy – wchodzę w projekt niemal bez czytania scenariusza. I dodaje, że aktor jest człowiekiem do wynajęcia, ma ograniczony wpływ na przebieg własnej kariery. Ale jednak pewnych wyborów może dokonywać: kiedy tekst z daleka pachnie szmirą, ma prawo powiedzieć „nie”. Czasem pomaga przypadek. W filmie „Król Artur” dostał główną rolę, gdy odmówili Russell Crowe, Hugh Jackman i Mel Gibson. Reżyser Antoine Fouqua wspierał kandydaturę mało wówczas znanego Daniela Craiga, ale wygrał Owen, bo opowiedział się za nim producent Jerry Bruckheimer. Kilka lat później sytuacja się odwróciła. Owen uchodził za bardzo poważnego kandydata do przejęcia po Brosnanie roli Jamesa Bonda, ale zagrał ją Daniel Craig. Trzeba zresztą przyznać, że po wybuchu prasowej nagonki, gdy dziennikarze pisali, iż Craig jest na agenta 007 „za stary, za brzydki, nie potrafi strzelać i nawet źle pływa”, Owen zachował się w stosunku do niedawnego konkurenta znakomicie: – Bond to potworne wyzwanie – powtarzał w wywiadach. – Grało go tylu wspaniałych artystów, a na dodatek każdy widz ma własne wyobrażenie tej postaci. Ale Daniel jest świetnym aktorem: głębokim, niekrygującym się, na nic ani na nikogo niepozującym. Jestem pewny, że po premierze wszyscy będą nim zachwyceni. [srodtytul]Liczy się rodzina[/srodtytul] Clive Owen ma poważny stosunek do pracy. Nie pozwala sobie na łatwą ścieżkę kariery. A jednak kilka razy w życiu wystąpił w reklamach. Na początku, gdy w ten sposób musiał zarabiać na życie. I kilka lat temu, gdy stawał się już gwiazdą. – Dziennikarze często pytają, dlaczego zdecydowałem się zagrać w reklamach BMW – mówi. – Początkowo dwa razy odmówiłem. Ale kiedy dostałem scenariusze, przyjąłem propozycję natychmiast. To były małe filmiki, każdy z charakterem i własną pointą. A poza tym kręcili je najgłośniejsi artyści filmowi świata. Przysporzyły mu ogromnej popularności, a na planie rzeczywiście spotkał się m.in. z Wongiem Kar-waiem, Tonym Scottem, Guy Ritchim. Za Owenem nie ciągną się skandale, aktor bardzo rzadko bywa bohaterem rubryk towarzyskich. – Unikam szumu medialnego. Nie bywam w miejscach, gdzie za każdym rogiem czają się paparazzi, nie dałbym im zresztą ani satysfakcji, ani możliwości zarobienia godziwych pieniędzy. Bo i po co fotoreporterzy mieliby tracić czas, czatując na faceta tak nudnego jak ja? – pyta z uśmiechem. Owen od lat związany jest z tą samą kobietą, aktorką Sarah-Jane Fenton. Poznanie było romantyczne. W Old Vic grali w „Romeo i Julii”. Zakochał się, kiedy jako Romeo śpiewał serenady pod jej oknem. Pobrali się w 1995 roku, dziś mają dwie córeczki – Hannah i Eve. – One są dla mnie najważniejsze – mówi otwarcie. – Kiedy kręciliśmy „Króla Artura”, na planie często kręciły się dwie małe dziewczynki, córeczki Owena – wspomina polski operator Sławomir Idziak, który robił do tej superprodukcji zdjęcia. – Owen jest jednym z najbardziej „rodzinnych” gwiazd, jakie spotkałem. To zresztą człowiek bardzo sympatyczny i ciepły. Sprawia wrażenie zupełnie zwyczajnego. Nie zwariował z powodu sławy, traktuje zawód z dystansem, bez chorobliwych ambicji. Owen nie uległ namowom amerykańskiego agenta i nie przeniósł się do Los Angeles. – Moja rodzina ma swoje życie w Londynie – mówi. – Dlaczego dla własnej kariery miałbym burzyć ich świat? Cena za to jest niemała, bo jestem „niedzielnym ojcem”. Stale na planach, w rozjazdach. Ale w końcu świat się dzisiaj skurczył, samoloty latają. Dziewczynki przyjeżdżają do mnie podczas wakacji, a poza tym okresy pomiędzy filmami w całości należą do nich. Wtedy jestem z nimi bez przerwy, na co może sobie pozwolić rzadko który mężczyzna. Na wyniki rankingów na „najseksowniejszych mężczyzn świata”, w których zajmuje wysokie miejsca, reaguje wzruszeniem ramion: – Facet, który może się poczuć „symbolem seksu”, musi mieć poważne problemy z samym sobą – mówi. Ale może właśnie ta zwyczajność jest siłą Owena? W trudnych czasach widzowie szukają bohaterów budzących zaufanie. I akcje Brytyjczyka wciąż idą w górę. Niedługo odbędzie się premiera kolejnego filmu z jego udziałem – „The Boys Are Back”. A na rok 2010 zapowiadane są kolejne części „Sin City” i „Planu doskonałego”. [ramka][srodtytul]Najważniejsze filmy:[/srodtytul] + Gra dla dwojga 2009 reż. Tony Gilroy + The International 2009 reż. Tom Tykwer + Elizabeth: Złoty wiek 2007 reż. Shekhar Kapur + Ludzkie dzieci 2006 reż. Alfonso Cuaron + Plan doskonały 2006 reż. Spike Lee + Król Artur 2004 reż. Antoine Fuqua + Bliżej 2004 reż. Mike Nichols [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL