Piłka nożna

Angielski patent

Leo Messi – z Realem dwa gole, z Chelsea – niewidoczny
PAP/EPA
Dziś gra Chelsea z Barceloną. Jeśli drużyna Josepa Guardioli naprawdę chce być wielka, musi zapomnieć o sobotniej wiktorii z Realem i znaleźć sposób na rywali z Anglii. Transmisja w TVP 2 o 20.45
Chelsea, Liverpool i Manchester United to nie tylko tegoroczne podium Premiership. Chelsea w 2005, Liverpool w 2007, a Manchester rok temu eliminowały Barcelonę w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Nie była to oczywiście jeszcze Barcelona marzeń, bo ta narodziła się ponoć dopiero teraz, ale zderzenia z brytyjskim futbolem dla Katalończyków często bywały bolesne.
Porównania do ubiegłorocznych półfinałów są natręctwem niepozwalającym Katalończykom zasnąć. Manchester przyjechał na pierwszy mecz na Camp Nou, zamurował bramkę i utrzymał bezbramkowy remis do końca. W rewanżu na Old Trafford wygrał 1:0. Powtórki z rozrywki nie wykluczają bukmacherzy, dla których zwycięstwo Chelsea jest gorzej płatne od triumfu drużyny, która w sobotę rozgromiła w Madrycie Real aż 6:2. [srodtytul]Dwie kultury[/srodtytul]
Od sobotniego meczu nie da się uciec. Wspomnienia są miłe, chwała Barcelony wielka, ale wiara w to, że beton obrony każdej drużyny uda się skruszyć – jeśli nie pierwszym, to setnym atakiem – runęła już tydzień temu w starciu z Chelsea. Barcelona wygrała tylko 20 z 50 meczów przeciwko angielskim drużynom. Z ostatnich pięciu półfinałów europejskich Pucharów, w których mierzyła się z rywalami z Premiership, przebrnęła jeden – w 1982 roku z Tottenhamem. Z Chelsea w Lidze Mistrzów niby udało się wygrać (2:1 w roku 2006 w Londynie), ale dziennik „Guardian” przypomina, że drużyna z Londynu kończyła mecz w dziesiątkę, podobnie jak Arsenal, który przegrał z Katalończykami finał trzy lata temu w Paryżu 1:2. Strach przed Anglikami nie jest sztuczny, nie opiera się tylko na statystykach. To zderzenie dwóch zupełnie innych kultur, a ponieważ futbol to nie łyżwiarstwo figurowe i nie ma punktów za wrażenia artystyczne, w ostatnich latach Primera Division postawiła się w cieniu Premiership. Na ligowy mecz do Madrytu Barcelona wybrała się tego samego dnia rano, do Londynu trzeba było polecieć wcześniej, bo i dystans większy, i inne przepisy. Guardiola nigdy nie koszaruje piłkarzy, nie ściga ich po dyskotekach, bo uważa, że są inteligentni i nie zasługują na takie traktowanie. Poza efektem „dream-teamu”, czyli zbytniej wiary w siebie, która mogła przyjść po triumfie na Santiago Bernabeu, trener ma jednak jeszcze inne problemy – brak środkowych obrońców. [srodtytul]Kto na środku[/srodtytul] Carles Puyol poleciał do Londynu tylko dlatego, że jest kapitanem drużyny, ale nie zagra za żółte kartki. W Barcelonie zostali kontuzjowani Rafael Marquez i Gabriel Milito. Zdrowy i zdolny do gry jest tylko Gerard Pique – ostatnio świetny, ale w Londynie może być zmuszony pracować za dwóch, a takiej roli jeszcze nie odgrywał. Guardiola może dać mu do pomocy Martina Caceresa, czyli piłkarza, który w Barcelonie głównie grzeje się w blasku sławy świetnych kolegów. Hiszpańska prasa pisze także, że miejsce na środku obrony mógłby zająć Eric Abidal, gdy na lewej stronie zastąpiłby go 35-letni Sylvinho. Możliwe jest także, że Pique zagra w parze z Yaya Toure. Toure jest wysoki, silny i idealnie pasowałby na mecz z angielską drużyną, ale Guardiola nie lubi eksperymentować na żywym organizmie przy włączonych światłach i w obecności kilkudziesięciu tysięcy kibiców. Jeszcze wczoraj rano wiadomo było, że przeciwko Chelsea nie będzie mógł zagrać także Thierry Henry, którego po meczu z Realem rozbolało kolano. Jedynie „Marca” napisała, że to nieprawda, a wersję tej gazety po południu potwierdził oficjalnie klub. Henry trenuje, a przed meczem przejdzie test na wytrzymałość. Dzisiejszy mecz dla jednych i drugich będzie jednak testem także na cierpliwość. Dwa tygodnie temu Guus Hiddink powiedział Leo Beenhakkerowi, że wie, iż jego drużyna nie może grać z Barceloną w otwarte karty, ale wygra, bo jest silniejsza. Na Camp Nou Chelsea rzeczywiście nie grała w piłkę, ale i Barcelona zbyt szybko przestała wierzyć we własne możliwości i zaczęła walczyć po angielsku. W czym oczywiście nie mogła być lepsza. Dla londyńczyków trudniejszy będzie jednak dzisiejszy rewanż, bo nie wystarczy już taktyka „na ścianę”, od której odbijać się będą przeciwnicy. Teraz trzeba strzelić gola. Jeśli starczy im cierpliwości, mogą to zrobić w ostatnich minutach, tak żeby nie dać rywalowi za dużo czasu na kontratak. A jeśli Barcelonie starczy cierpliwości – nie da się na to nabrać. Zatrzymać tercet napastników: Leo Messi – Thierry Henry – Samuel Eto’o, który we wszystkich rozgrywkach w tym sezonie zdobył 94 gole, to trudne, ale wykonalne. Tym bardziej że do składu wraca już Ashley Cole. W sobotnim wygranym 3:1 meczu z Fulham Hiddink wystawił do gry w ataku nie tylko osamotnionego Didiera Drogbę, ale też Nicolasa Anelkę, i obaj strzelili po golu. [srodtytul]Ballack musi uważać[/srodtytul] Holender przyznał, że ćwiczył ten wariant właśnie na środę. – Nie chciałem, żeby drużyna spanikowała, kiedy trzeba będzie zmienić system – powiedział. Pierwszy półfinał był daniem na ostro, piłkarze Chelsea faulowali 20 razy, a sędziowanie Guardiola nazwał skandalem. Uważał, że Barcelonie należał się rzut karny, a Michael Ballack nie został wyrzucony z boiska tylko dlatego, że arbiter też był Niemcem. Dziś Ballack musi uważać, by nie dostać żółtej kartki, która w przypadku zwycięstwa wyeliminowałaby go z finału. A finał marzy mu się bardzo, bo do tej pory grał o złoto mistrzostw świata, mistrzostw Europy i dwukrotnie o Puchar Mistrzów, ale za każdym razem przegrywał. [ramka]146 goli strzeliła Barcelona w 55 meczach w tym sezonie[/ramka] Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [mail=m.kolodziejczyk@rp.pl]m.kolodziejczyk@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL