Styl życia

Wożenie sera do lasu

Joanna Bojańczyk, autorka felietonu
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Lubię mój wiejski sklep. Jest w nim ser koryciński, kozi twaróg polski, nie holenderski, biały ser z certyfikatem gospodarstwa ekologicznego.
[link=http://blog.rp.pl/bojanczyk/2009/06/25/wozenie-sera-do-lasu/]skomentuj na blogu[/link]
Można dostać jajka od kur, które dziobią ziarno z ziemi, a nie karmę z mączki rybnej oraz szynkę nienafaszerowaną truciznami. Jest kiełbasa o smaku kiełbasy i jabłka urody mało okazałej, za to smaczne. Wiejski sklep niestety nie jest tani. Za niewielkie zakupy – parę kawałków sera, jajka i kilka smacznych naleśników płacę tam stówę. Jadąc na wieś na Mazury, zabieram jedzenie z wiejskiego sklepu. Bo wbrew nazwie oraz zawartości znajduje się on w Warszawie. A w miejscowości Lidzbark Welski, w pobliżu której leży maleńka wieś, gdzie jeździmy, próżno by szukać wiejskiego sklepu. Tam są wyłącznie sklepy i produkty miejskie.
Pieczywa innego niż mocno nadmuchane powietrzem (żeby tylko!) w ogóle brak. Chleb jest tylko pokrojony na plasterki w foliowych workach, bochenek o wyglądzie dawnego kilogramowego waży niespełna pół kilo. Ser biały jest wyłącznie w przemysłowych kostkach albo smaczna skądinąd Piątnica (– Pani, kto tu kupuje biały ser – usłyszałam w sklepie), jajka produkcji anonimowej. O kurze domowego chowu pamiętają tylko ludzie starsi, bo dzisiaj hodowla kur na wsi już się nie kalkuluje. Podobnie jak hodowla ryb. W okolicy pełnej jezior i stawów najbardziej dostępną rybą jest panga i dorsz. Problem wędlin w Biedronce, gdzie zaopatruje się cała ludność, zmilczę litościwie. W sklepie miejskim na wsi za to bez problemu dostanie się przywiędłe mango o zdrewniałym smaku, ananasa z przebiegiem kilkunastu tysięcy mil oraz winogrona, które przyjechały, jak się domyślam, stamtąd, gdzie obecnie jest jesień, czyli z Chile, Nowej Zelandii itp. Rozumiem, że ludzie na wsi nie chcą, by ograniczać ich wybór do kapusty i golonki. Mają rację. Ale nie rozumiem, dlaczego nie są zainteresowani zdrowym, prostym jedzeniem z własnej okolicy dostępnym w sprzedaży bezpośredniej. Żywność ekologiczna jest droga. Ale gdyby nie przechodziła przez dziesiątki pośredników i hurtowni, nie byłaby dostarczana samolotami i statkami, byłaby tańsza. I nie byłaby posypana tonami proszków, żeby wytrzymać podróż. Gdzie są te wszystkie rzeczy, które moglibyśmy jeść na polskiej wsi i których tam nie mamy? Kapusta kwaszona solą, nie octem, chleb na zakwasie z małej piekarni, świeże sery, jabłka z sadu i kaszanka ze świeżo zabitej świni? Chłopskie jadło jak dotąd robi karierę w mieście i wśród turystów. Czy chłopskie jadło na wsi to jakiś wstyd?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL