fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Zapracowani na szaro

W handlu odsetek osób pracujących bez umów należy do najwyższych
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Część zamiast umów woli większe pensje. Innym pracodawcy nie zostawiają wyboru. Ostatecznie zadowoleni są jednak i jedni, i drudzy. Sama praca jest dziś bardzo cenna
Kamil nie może się nachwalić swego pracodawcy. 26-latek od dwóch lat pracuje w sporej firmie z branży spożywczej. Płatne nadgodziny, paczki na święta, przyjazny szef i dobra pensja. Wprawdzie oficjalnie zarabia niewiele więcej, niż wynosi płaca minimalna, drugie tyle dostaje do ręki – bez żadnych kwitów. Sądzi, że na podobnych zasadach pracuje większość jego kolegów, choć nikt się tym specjalnie nie chwali.
– Tak po prostu jest u prywaciarzy, jeśli ma się średnie rzemieślnicze wykształcenie i chce trochę więcej zarobić – podsumowuje jego żona. Prawdziwą pensję też ma sporo większą od tej oficjalnej. W ciągu kilku lat od skończenia szkoły pracowała tylko raz w 100 proc. legalnie – zarabiała grosze w jednej z dużych sieci handlowych. W nowej pracy dostała od razu dwa razy więcej. No i co z tego, że część „do ręki”. [srodtytul]Jeśli pełna stawka, to bez żadnej umowy [/srodtytul]
– Szef najchętniej przyjmuje studentów zaocznych. Nie musi płacić za nich ZUS, a mogą pracować praktycznie cały tydzień, jak zwykli pracownicy – mówi Marcin, student II roku politechniki, który od miesiąca dorabia w jednej z warszawskich pizzerii. Początkowo (za radą matki) zapytał o możliwość pracy na umowę-zlecenie, ale wtedy usłyszał, że stawka spada o ok. 30 proc. Wybrał więc wersję bez potrącenia. I tak przecież nie zamierza w swoim CV wpisywać pracy w pizzerii czy roznoszenia ulotek, czym się zajmował (też na czarno) w ostatnie wakacje. [wyimek]Mój ojciec prowadzi firmę od wielu lat – mówi Ula. – Gdyby jednak chciał wszystkich pracowników zatrudniać legalnie, dawno by upadł[/wyimek] W „jego” pizzerii umowy mają chyba tylko kierownicy i dwóch najbardziej doświadczonych pracowników z dwuletnim stażem. Reszta co sobotę zgłasza się do pokoju szefa, który skrupulatnie wylicza zarobioną tygodniówkę. Na umowie nie zależy też Uli, która od grudnia pracuje w herbaciarni w jednym z centrów handlowych. Jej rodzice od kilkudziesięciu lat prowadzą prywatny zakład, ona studiuje zarządzanie, więc świetnie wie, jak wysokie są koszty legalnego zatrudnienia. – Płacąc wszystkie ZUS i podatki, ojciec nie przetrwałby miesiąca – twierdzi z przekonaniem Ula, która liczy jednak, że po studiach znajdzie dobrze płatną pracę na etacie. [srodtytul]Urzędowo wepchnięci w szarą strefę [/srodtytul] Jak wynika z danych CBOS, które na podstawie ubiegłorocznych badań wśród pracowników ocenia udział szarej strefy na 15 proc., najczęściej można się spotkać z tym zjawiskiem w małych i średnich firmach, zwłaszcza w budownictwie, transporcie, handlu i usługach. – Legalnie to pracuję w szkole za śmieszne pieniądze – mówi Magda, doświadczona anglistka, która od lat dorabia prywatnymi lekcjami, oczywiście bez żadnych podatków. Na konkurencję szarej strefy narzekają często firmy ochroniarskie. Ich zdaniem sprzyjają jej przetargi organizowane przez urzędy i instytucje publiczne, które wybierają najtańszą ofertę, i to nawet poniżej legalnych stawek. Według kalkulacji Krajowego Związku Pracodawców Ochrona koszt godziny pracy zatrudnionego legalnie pracownika bez licencji (przy minimalnym wynagrodzeniu) wynosi prawie 13 zł. Tymczasem w przetargach wygrywają firmy, które są gotowe świadczyć usługi nawet za niecałe 5 zł za godzinę. – Takich stawek na pewno nie da się utrzymać bez wchodzenia w szarą strefę. Nie ma w takiej sytuacji mowy o żadnym legalnym zatrudnieniu – mówi Dorota Godlewska, właścicielka firmy Dosa i prezes Krajowego Związku Pracodawców Ochrona. O podobnym problemie mówią też firmy sprzątające. – Nawet 20 proc. przypada na szarą strefę, staramy się z tym zjawiskiem walczyć, ale trudno zdobyć poparcie nawet ministerstw – mówi Marek Kowalski, prezes Polskiej Organizacji Czystości zrzeszającej 140 firm tej branży. Izba chce teraz wprowadzić dla każdego pracownika książeczkę przebiegu pracy zawodowej i szkoleń, co pomogłoby zwalczyć szarą strefę. Ministerstwo Gospodarki jednak nie zainteresowało się pomysłem. Dzięki Forum Związków Zawodowych jest szansa, że trafi on pod obrady Komisji Trójstronnej. Jak ocenia Marek Kowalski, w tej branży pole do nadużyć jest ogromne. Przetargi na sprzątanie biurowców czy nawet urzędów wygrywają firmy oficjalnie zatrudniające tylko kilku pracowników, co pozwala im na znaczne obniżenie ceny. Jednak już w trakcie realizacji umowy okazuje się, że do pracy zazwyczaj w nocy pojawia się znacznie więcej sprzątaczy, oczywiście zatrudnionych nielegalnie. – Rzadko kiedy komukolwiek chce się po prostu policzyć, czy oferta na starcie nie wygląda podejrzanie – dodaje Kowalski. – Nie interesuje nas, ile osób sprząta, zresztą robią to w nocy. Podpisujemy umowę z firmą i egzekwujemy jej wykonanie, nieważne w jaki sposób – mówi dyrektor w jednej z firm doradczych, z biurami w ścisłym centrum Warszawy. W sklepie całodobowym na warszawskiej Pradze znajoma ekspedientka przyznaje, że tylko dwie osoby pracują tam legalnie, reszta ma płacone „pod stołem”. – Gdyby jakikolwiek urzędnik się zastanowił, od razu widać, że praktycznie musiałyby pracować na zmianę po 12 godzin dziennie, przez cały tydzień. Ja studiuję, więc na umowie niespecjalnie mi zależy, a zresztą szef i tak powiedział, że jak chcemy umowę i mniejsze zarobki, to musimy iść do Biedronki – dodaje. – Usłyszałam, że jeśli chcę więcej zarobić, umowa jest niepotrzebna. Zresztą lepiej poczekać, a dopiero jak się sprawdzę, będzie umowa – wspomina jedna z pracownic, którą zwodzono tak przez ponad rok. Dopiero przechodząc do międzynarodowej sieci, dostała stałą umowę, choć faktycznie jej zarobki spadły. [srodtytul]Nawet nie wiesz, jak pracujesz[/srodtytul] Bywa i tak, że pracownik nie jest świadomy, że pracuje na szaro. – Co jakiś czas mamy klienta chcącego kupić telefon, który dostarcza nawet zaświadczenie o zatrudnieniu. Gdy sprawdzamy je w firmie, często dopiero właściciel mówi nam, że choć je wydał, to pracownik w rzeczywistości zatrudniony jest nielegalnie – mówi Marek, pracujący w biurze obsługi klienta jednego z operatorów komórkowych. Swobodne podejście do praw pracowniczych nie jest tylko domeną małych sklepów czy firm sprzątających. Jedna z dużych spółek giełdowych zatrudnia rzeszę współpracowników, którzy muszą stawiać się w pracy codziennie w określonych godzinach, mają przydzielone obowiązki, ale nic poza tym. – Przez rok nie podpisałam ani jednego dokumentu. Powiedziano mi, że pracuję na podstawie umowy o dzieło, choć nie widziałam jej na oczy. Oczywiście pieniądze co miesiąc wpływały mi na konto, ale podanie jego numeru było jedyną formalnością, jakiej wymagano – mówi już była pracownica firmy. – Szara strefa to zwykle wybór mniejszego zła, ale wielu ludziom pomaga przetrwać najgorsze czasy – twierdzi Przemek, który od kilku lat już w 100 proc. „na biało” jest kierownikiem działu w jednej z firm logistycznych. W latach 90. też przez pewien czas dostawał część pensji do ręki. Miał na utrzymaniu niepracującą żonę z małym dzieckiem i różnica kilkuset złotych pozwalała mu na wynajęcie kawalerki. Też oczywiście bez żadnej umowy. Dziś korzysta z szarej strefy już jako pracodawca; opiekunka do młodszej córki, student, który uczy niemieckiego jego syna, czy sąsiad, który wykonuje drobne naprawy w domu, nie dają przecież żadnych rachunków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA