fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Walka dwóch żywiołów

Konferencja prasowa w Oberstdorfie. Od lewej Gregor Schlierenzauer, Simon Ammann i Thomas Morgenstern
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Dziś o 16.30 pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni. Będzie starciem Simona Ammanna z Austriakami – w kwalifikacjach górą byli ci drudzy. Raczej nie będzie powrotem Adama Małysza do czołówki: Polak w kwalifikacjach był dopiero 28.
Miejsce od trzech lat się nie zmienia: Hohes Licht, hotel i klinika dla kobiet w jednym. Tam polska kadra zatrzymywała się w Oberstdorfie, od kiedy trenerem został Hannu Lepistoe, i tak pozostało.
Łukasz Kruczek przywiózł swoich skoczków w sobotę wieczorem, dość późno w porównaniu z innymi drużynami, ale też Polacy nie mieli się do czego spieszyć. Małysz tym razem nie był potrzebny na konferencjach prasowych. Teraz scena należy do innych, choć Polak ma swoje ważne miejsce w folderze turnieju, nawet w rubryce „faworyci”. Miły ukłon w stronę jednego z byłych zwycięzców. Jest ich wśród skaczących jeszcze tylko dwóch, Anders Jacobsen i Jakub Janda.
Wszyscy mają podobne szanse na powtórzenie sukcesu – niewielkie. Turniej widział już różne rzeczy, ale skok po zwycięstwo albo choćby na podium z 28. miejsca w Pucharze Świata, które zajmuje teraz Małysz, to byłyby czary, a nie sport.
Nadzieję dał pierwszy trening, gdy Polak był siódmy (133,5 m), potem nastąpił szybki powrót do rzeczywistości. W kwalifikacjach po skoku na 120 m Małysz wylądował dokładnie tam, gdzie jest w PŚ, na 28. pozycji. Dziś w pierwszej serii będzie rywalizował z Czechem Romanem Koudelką, nieznacznie lepszym w eliminacjach (123 m).
Awansował też Piotr Żyła, ale z 49. miejsca (112,5 m), a to oznacza wątpliwą przyjemność zmierzenia się w pierwszej serii z Gregorem Schlierenzauerem, faworytem turnieju. Austriak nigdy w konkursie w Oberstdorfie nie był niżej niż na drugim miejscu, w Pucharze Świata ustępuje tylko Simonowi Ammannowi, wygrał ostatni konkurs w Engelbergu. Ammann ma równie mocne karty. Zwyciężał w tym sezonie PŚ na każdej skoczni, po jednym razie w Kuusamo, Trondheim, Pragelato i Engelbergu. On i Schlierenzauer to dwa różne żywioły. Dojrzałość kontra młodość, siła odbicia przeciw panowaniu nad powietrzem w locie. Szwajcar nie ma jak uciekać przed presją, ze Szwajcarów zostali na skoczniach tylko on i Andreas Küttel.
Schlierenzauer ma za plecami najsilniejszą drużynę. Na konferencję przed turniejem zaproszono trzech Austriaków: jego, Thomasa Morgensterna i Wolfganga Loitzla. Zasiedli za stołem w identycznych szarych marynarkach, Morgenstern nawet pod krawatem, na najważniejszych miejscach. Ammann, posadzony z brzegu, przyglądał im się spod czapki z daszkiem z zaciekawioną miną. Kwalifikacje wygrał Loitzl, ciągle szukający swojego pierwszego zwycięstwa w PŚ, przed Schlierenzauerem, a Austriaków rozdzielił na czołowych miejscach tylko Ammann. Był trzeci. Po treningach wydawało się, że problemy ma Morgenstern, ale kiedy przyszło do walki o punkty, skoczył lekko i daleko, zajął czwarte miejsce.
Jeśli ktoś ma przeszkodzić Ammannowi i trójce Austriaków, to być może Ville Larinto, nowy, niespodziewany lider Finów. W skoku eliminacyjnym poniosło go aż na 139. metr, zdecydowanie najdalej, ale lądowanie było dużo gorsze i znalazł się za Morgensternem.
Niemcy wierzą, że tym, który przeciśnie się na podium, będzie Martin Schmitt. Jego powrót do czołowej dziesiątki PŚ to najlepszy prezent, jaki mogła dostać niemiecka część turnieju. Podczas kwalifikacji na Schattenbergschanze trybuny były pełne, Schmitt zajął szóste miejsce i pokazywał napis na swoim kasku w kolorze lila: „Dziesięć lat z Milką”. Niektórzy twierdzą, że tylko ta umowa reklamowa, warta podobno milion euro rocznie, trzymała go na skoczniach przez ostatnie chude lata. Serce bolało i podpowiadało, żeby się wycofać, bo czterokrotnemu mistrzowi świata takie wyniki nie przystoją, ale rozum kazał zostać. Dziś Schmitt znów się śmieje, a organizatorzy razem z nim.
Niezależnie od tego, kto wygra turniej, jeden zwycięzca już jest znany: nowy trener Niemców Austriak Werner Schuster. Zanim został trenerem dorosłych skoczków, wychował w Stams na mistrza Schlierenzauera. Przez ostatni rok pracował w Szwajcarii z Simonem Ammannem i zostawił go swojemu następcy w znakomitej formie. W Niemczech wystarczyło mu kilka miesięcy, by wepchnąć z powrotem na dobrą drogę Schmitta, opowiada o skokach ciekawie i cierpliwie.
Schustera to zainteresowanie zaczyna trochę bawić. – Dwa lata temu Schlierenzauer, rok temu Ammann, teraz Schmitt. Co pan osiągnie za rok? – zapytał go jeden z dziennikarzy. Austriak odpowiedział bez mrugnięcia powieką. – Za rok to chyba będę prezydentem USA.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA