fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ja, cień pisarza

Carlos Marrodan Casas
Fotorzepa, Darek Golik
Ani jakość, ani liczba recenzji prasowych w żaden sposób nie wpływają na zainteresowanie czytelników. Właściwie jest jeszcze inaczej – im więcej pozytywnych recenzji, tym gorzej się książka sprzedaje - mówi w rozmowie z Bartoszem Marcem tłumacz prozy iberoamerykańskiej Carlos Marrodan Casas
Jest pan współautorem polskiego sukcesu dwóch bestsellerowych powieści Carlosa Ruiza Zafona – „Cienia wiatru” i właśnie wydanej „Gry anioła”. Czy spodziewał się pan, że książka, która podbiła serca Hiszpanów i sprzedała się w ponadmilionowym nakładzie, zostanie tak świetnie przyjęta także u nas?
Przeczuwałem, że „Cień wiatru” trafi i tu do swego czytelnika. Przez myśl mi jednak nie przeszło, że książka Zafona, gdziekolwiek tylko się pojawi – w Anglii, Niemczech czy Polsce, powtórzy swą zadziwiającą hiszpańską drogę.
Powieść miała się z początku nie ukazać, bo w konkursie zorganizowanym przez wydawnictwo Planeta zajęła dopiero drugie miejsce...
... szef oficyny uległ jednak namowom redaktorów. „Cień wiatru” trafił do księgarń w dość symbolicznym nakładzie. I wtedy zaczęła działać poczta pantoflowa. Bardzo pomogli też barcelońscy księgarze, którzy po pierwsze znali i cenili cztery pierwsze powieści Zafona pisane dla młodzieży, po drugie zaś sami przeczytali „Cień wiatru” i rekomendowali go swoim stałym klientom. Tak rozeszła się wieść, że pojawiła się wspaniała proza o Barcelonie. Faktycznie, przez pierwszy rok powieść sprzedawała się właściwie tylko w stolicy Katalonii. I mimo że wydawnictwo nie wyłożyło na promocję tytułu ani jednego euro, sprzedano ponad 100 tysięcy egzemplarzy. Jednak prawdziwy sukces przyszedł po tym, jak „Cień wiatru” otrzymał nagrodę księgarzy barcelońskich. Rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo.
Szeptana propaganda zadziałała również w Polsce. Mówiono, że książka przypomina „Hrabiego Monte Christo”, „Imię róży” i „Miłość w czasach zarazy” równocześnie.
Tak, również i u nas czytelnicy sami wypromowali powieść. Bardzo to krzepiące. Oczywiście, miło mi było, że książkę dostrzegli i pozytywnie ocenili recenzenci – zresztą jako pierwsza bardzo profesjonalnie zareagowała „Rzeczpospolita”. Entuzjastyczne komentarze zamieścili najpierw Elżbieta Sawicka, później zaś Andrzej Rostocki, Krzysztof Masłoń i Grzegorz Sowula. Wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie jednak, że ani jakość, ani liczba recenzji prasowych w żaden sposób nie wpływają na zainteresowanie czytelników. Właściwie jest jeszcze inaczej – im więcej pozytywnych recenzji, tym gorzej się książka sprzedaje.
Zafon dokonał też innej sztuki – udało mu się powtórzyć zdumiewający sukces „Cienia wiatru”. Wierzył pan, że to mu się uda?
Lękałem się, że nie napisze kolejnej książki. Do czasu „Cienia wiatru” nie był przecież zawodowym pisarzem – to znaczy nie żył tylko z książek. Wszystko odmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nagle znalazł się w klubie najbardziej poczytnych i świetnie zarabiających autorów. A przecież myśl, że książkę czytało kilkanaście milionów ludzi, może podziałać na autora obezwładniająco. Poza tym Zafon z pewnością wiedział, czego po nowym tytule będą się spodziewali czytelnicy – albo kontynuacji losów bohaterów, albo prequelu, dajmy na to opowieści o rodzicach narratora – Daniela Sempere. Ja z kolei poznałbym chętnie losy Fermina Romero de Torresa, postaci w tej książce najbardziej chyba tajemniczej. Ale Zafon poszedł inną drogą.
Choć są przecież w „Grze anioła” odwołania do „Cienia wiatru”.
Owszem. I tym razem akcja powieści rozgrywa się w Barcelonie, gdzie działa księgarnia Sempere i Synowie. Ponownie odwiedzamy Cmentarz Zapomnianych Książek, który będzie także wspomniany w pozostałych tomach zapowiedzianej przez Zafona tetralogii. I na tym, prawdę mówiąc, podobieństwa się kończą, bo książki mają zupełnie inną temperaturę emocjonalną. W obu tych dziełach autorowi chodziło o różne sprawy. Natomiast i w „Cieniu wiatru”, i w „Grze anioła” dostrzegam odwołania do tradycji, którą autor uważa za niezwykle dla literatury istotną. Chodzi o zapoczątkowaną przez Aleksandra Dumasa, a kontynuowaną następnie przez Dickensa i Stevensona tradycję wspaniałych rzemieślników pisarskich – autorów, którzy pisali dużo, z odcinka na odcinek, trafiając do masowego czytelnika i dając mu rozrywkę. Wiek XX starał się tę literaturę – jako brukową – zepchnąć na margines, przeciwstawiając jej dzieła Prousta i Joyce’a. Zafon świadomie nawiązuje do tamtej wzgardzonej prozy. Czy jest w tym coś złego? Czy ma sens rozgraniczanie literatury wysokiej od popularnej? Ken Folett, rozmawiając z jednym z modnych dziś brytyjskich autorów, powiedział: „Ty tworzysz dla siebie, nie dla czytelnika, i w związku z tym jesteś wielkim pisarzem. Ja jestem milionerem”. Jeśli chodzi o mnie, mogę czerpać radość z lektury książki, po którą sięgnie 1000 osób, ale równie dobrze będę się bawił, czytając dzieło skierowane do milionowego czytelnika.
W czym upatruje pan siłę „Gry anioła”?
Czytałem tę powieść kilkakrotnie. Do dziś jednak nie potrafię nazwać wszystkich walorów powieści. Nie mogę powiedzieć, o czym w istocie traktuje, dlaczego tak, a nie inaczej, poprowadzono fabułę. Wydaje mi się, że „Grę anioła” można analizować na wiele sposobów, ale jedno jest chyba pewne: to książka autotematyczna. Przedstawia sytuację, w jakiej znalazł się sam Zafon. Mówi o ambicjach, ekonomicznym sukcesie i wielkim wyzwaniu. Stworzeniu księgi nad księgami.
W porównaniu z „Grą anioła” „Cień wiatru” jest dziełem bardziej jednoznacznym?
Tak. To książka inicjacyjna, dedykowana tym, dla których czytanie jest pasją, a nie zabijaniem czasu. Przypomniała mi pierwsze kroki, jakie stawiałem w świecie literatury.
I to, że przez jakiś czas, śledząc losy książkowych bohaterów, żyłem cudzym życiem.
Jak zaczęła się pańska miłość do literatury?
Należałem do dzieci, które trzeba było odciągać od książek. A gdy rodzicom udało się mnie w końcu zapędzić do łóżka, czytałem pod kołdrą z latarką w ręce. Czytałem, zamiast odrabiać lekcje – gdy pojawiał się ojciec, by sprawdzić, jak mi idzie, książki zakrywałem zeszytami.
Jak wyglądał domowy księgozbiór?
Na półkach stała cała XIX-wieczna klasyka francuska w oryginale, ale wydana w ZSRR, w bibliotece Innostronnaja Literatura. Nie mogło tam zabraknąć „Hrabiego Monte Christo” – należał do moich pierwszych lektur. Dla porządku dodam, że obok francuskiego i hiszpańskiego kanonu literackiego, który ochoczo zgłębiałem, znalazło się miejsce dla dzieł laureatów nagród leninowskich i stalinowskich. Usiłowałem czytać także i to, ale dość szybko dałem za wygraną. W tłumaczeniu na hiszpański książki te brzmiały jeszcze gorzej niż po rosyjsku. Dziś pamiętam takie tytuły jak „Opowieść o prawdziwym człowieku” i „Daleko od Moskwy”.
Pana rodzice byli Hiszpanami, ale wiele lat spędzili we Francji.
Tata pochodził z Madrytu. Urodził się w robotniczej dzielnicy, gdzie silny wpływy mieli socjaliści i komuniści. Po buncie generała Franco uciekł z domu i zgłosił się do wojska. Miał 16 lat i musiał skłamać, żeby go przyjęli. Trafił do czołgów i walczył za republikę w bitwie nad Ebro. Po zwycięstwie rebeliantów przedostał się do Francji. Tam poznał moją mamę. Ona z kolei pochodzi z Aragonii, spod Pirenejów. Rodzice pobrali się we Francji i tam się urodziłem, w 1948 r. w Tuluzie.
Kiedy pańska rodzina przeniosła się do Polski?
W 1952 r. rodzice zostali zmuszeni do opuszczenia Francji, o którą przez pięć lat walczyli w ruchu oporu. Jak inni hiszpańscy emigranci polityczni liczyli, że po zakończeniu II wojny światowej demokratyczne mocarstwa zwrócą się przeciw generałowi Franco. Tymczasem francuskie władze widziały w nich moskiewską piątą kolumnę. Na mocy rządowego dekretu zostali zesłani do kolonii: część trafiła do Algierii. Mój ojciec znalazł się na Korsyce. Warto wspomnieć, że hańbiący Francuzów dekret podpisał Francois Mitterrand, późniejszy socjalistyczny prezydent. Republikańskim weteranom azylu politycznego udzieliły tzw. demoludy. Ojciec postanowił osiąść na Węgrzech, ale zdaje się zbyt wielu Hiszpanów było szybszych od niego. Tatę odesłano z kwitkiem. Zdecydował się więc na Polskę, dokąd przybył na pokładzie statku, który nomen omen nazywał się „Świerczewski”. Ja z mamą dołączyliśmy później.
Pamięta pan pierwszą polską książkę, która zrobiła na panu wrażenie?
Kiedy skończyłem 12 lat, ojciec kupił mi na kiermaszu w Alejach Ujazdowskich przepiękne wydanie „Pana Tadeusza” z ilustracjami Andriollego. Poematem się zachłysnąłem. Nie wiem, co z niego rozumiałem, pamiętam jednak, że podjąłem stanowcze postanowienie, by napisać rozprawę o „Panu Tadeuszu” i w tym celu kupiłem specjalny zeszyt. Gryzmoliłem tam piórem z obsadką absolutnie przekonany, że o dziele Mickiewicza mam do powiedzenia coś istotnego. Być może pomyślałem wtedy, że kiedyś pójdę na polonistykę. A „Pana Tadeusza” czytam w zachwycie do dziś.
Biblioteka ojca, o której tyle mówiłem, miała pewną istotną lukę – brakowało hiszpańskich przekładów najwybitniejszych autorów rosyjskich. Te zaległości nadrobiłem dopiero dzięki wspaniałym polskim przekładom. Moimi literackimi odkryciami stali się wtedy Bułkahow i Babel. Pisarzem życia – Dostojewski.
A kiedy odkrył pan dla siebie Gabriela Garcię Marqueza?
Powaliła mnie już pierwsza jego książka, jaka wpadła mi w ręce. Była to „Zła godzina”, której – o dziwo – nie przeczytałem po hiszpańsku, ale po polsku, w tłumaczeniu Jana Zycha. Był rok 1971, a ja kończyłem studia na wydziale polonistyki. Rozpoczynałem je jako człowiek absolutnie rozkochany w polskiej poezji. O literaturze iberoamerykańskiej nie wiedziałem prawie nic. Natomiast moi przyjaciele z wydziału sądzili, że z racji pochodzenia muszę wiedzieć wszystko o Ernesto Sabato, Julio Cortazarze i Carlosie Fuentesie. Nie wyprowadzałem ich z błędu, tylko po cichu przystąpiłem do nadrabiania zaległości i odkryłem zupełnie nowy świat. Jeździłem wówczas regularnie do Hiszpanii. Generał Franco rządził jeszcze, ale system się liberalizował. Kupiłem wszystko, co tylko mogłem znaleźć na interesujący mnie temat. Olśnili mnie zwłaszcza Vargas Llosa i Marquez. Kiedy jednak wróciłem do Warszawy, okazało się, że „Rozmowa w Katedrze” i „Sto lat samotności” znajdują się już w przekładzie.
Zatem od razu podjął pan decyzję o tym, że zajmie się przekładami?
To stało się poza mną. Pióro samo rwało się do tłumaczeń. Przeczytałem „Szczeniaki” Llosy, otworzyłem zeszyt i zacząłem pracę. Oczarowała siła tej literatury i nawet nie zadałem sobie pytania: „Człowieku, po co to robisz? Może ta książka została już w wydawnictwie złożona?”. Tak samo było z Marquezem. Gdy w moje ręce trafiały jego opowiadania, po prostu musiałem je tłumaczyć.
Jakie były pana pierwsze doświadczenia w tym fachu?
Bardzo szybko nauczyłem się pokory. Panie redaktorki uświadomiły mi, jak wiele błędów w polszczyźnie popełniam i jak wiele muszę się jeszcze uczyć. To zresztą zawód wymagający nieustannego kształcenia. Bronisław Zieliński, tłumacz i przyjaciel Hemingwaya i Steinbecka, mawiał, że tłumacz przypomina pianistę. Obaj przenoszą pewne treści – pierwszy z języka na język, drugi z zapisu nutowego na dźwięki. Inny jest tylko ich los – biegnie się na Zimermana bardziej niż na Chopina, książkę kupuje się natomiast bardziej dla nazwiska autora niż tłumacza. Cóż, mogę się pod tym podpisać. Jestem cieniem pisarza.
Tu pojawia się kwestia, która zajmuje mnie od jakiegoś czasu. W naszej historii literatury nie uwzględnia się przekładów. Oczywiście, wiemy, że Piotr Kochanowski przełożył „Jerozolimę wyzwoloną” Tasso, a Mickiewicz tłumaczył Goethego. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, jak przekład dzieła Tasso wpływał na pisarzy polskich. Ten obszar pozostawiony został sam sobie. I druga sprawa: Czasem myślę, że warto stworzyć słownik frazeologiczny, w którym uwzględniono by przekłady. Dlaczego? Ostatnio czytałem Czechowa w tłumaczeniu Iwaszkiewicza, który całym jestestwem czuł język rosyjski. Iwaszkiewicz używał określeń, których nie znajdziemy w słowniku języka polskiego, ale dzięki temu dało się wyczuć oddech Wschodu. To ogromna zasługa tłumacza.
Jest pan twórcą kilku literackich mód. Jak się pan z tym czuje?
Świetnie! Czasami jednak daje o sobie znać odpowiedzialność. Cały czas wymaga się ode mnie, że wyciągnę asa z rękawa. Że za każdym razem powtórzę sukces „Pantaleona i wizytantek” Llosy czy „Kroniki zapowiedzianej śmierci” Marqueza. A mam przecież na koncie także spektakularne porażki, by wymienić tylko „Jutro, w czasie bitwy, o mnie myśl” Javiera Mariasa czy „Gwiazdę daleką” Roberta Bolano. To znakomici autorzy, ale ich książki przeszły zupełnie bez echa. Prawdopodobnie nie trafiły w swój czas.
Do książek szczególnie kochanych przez czytelników należy „Miłość w czasach zarazy”. Czy pan zakochał się w tej książce od pierwszego wejrzenia?
A skąd! Po pierwszej lekturze byłem rozczarowany. W porównaniu ze „Stu latami samotności” lub „Jesienią patriarchy” książka ta wydawała mi się błaha. Pytałem: gdzie ten epicko-liryczny oddech? Słowem: czegoś mi brakowało. A jak się potem okazało, po prostu brakowało mi lat. Musiałem dojrzeć, ale – Bogu dzięki! – książka dała mi na to czas. Agentka Marqueza Carmen Balcells wstrzymywała się bowiem ze sprzedażą praw. Sprawa trwała kilka lat i to wystarczyło, abym zakochał się w powieści. Dziś uważam ją za arcydzieło. Sądzę też, że nieźle ją przetłumaczyłem.
Zdarza się panu być niezadowolonym z własnego przekładu?
Zwykle jestem niezadowolony. Przy okazji wznowień redaktorzy namawiają mnie, abym ponownie zajrzał do książki. Proszę wtedy, żeby zwolnili mnie z tego obowiązku, bowiem w pierwszym odruchu chcę rzecz tłumaczyć od nowa. W końcu chodzi o to, aby czytelnik po lekturze dzieła obcego autora odniósł wrażenie, że tę książkę mógł napisać tylko Polak.
Jak wygląda pana warsztat pracy?
Należę do tłumaczy, którzy nie potrzebują kontaktować się ze swymi pisarzami. Może bierze się to stąd, że kiedyś napisałem kilka listów do Marqueza i na żaden nie dostałem odpowiedzi? (śmiech). Rozumiem taką reakcję autora. Tłumacz powinien być jego najlepszym czytelnikiem. Znałem kiedyś autorkę znakomitych przekładów Federico Garcii Lorki, panią Irenę Kuran-Bogucką. Otóż ona niemal całe stypendium spędziła na podróżach szlakiem poety. To tajemnicza sprawa, być może związana z energią danego miejsca. Ja siedziałbym w bibliotece.
W pracy korzystam z komputera. Stukot klawiatury nadaje dialogom odpowiedni rytm. Za pióro chwytam, kiedy mam przełożyć partie opisowe. Gdy pracuję nad sonetem, często wstaję od biurka. Niektóre frazy muszę wychodzić.
Przyjaciel powiedział mi niedawno, że tak jak pan tłumaczyć może tylko człowiek o temperamencie południowca.
Wychowałem się w hiszpańskim domu. Rodzice nigdy nie nauczyli się dobrze mówić po polsku. Tęsknili za ojczyzną, która w ich wspomnieniach stała się szczęśliwą krainą. Tak sobie myślę, że gdy oglądam mecze, kibicuję Polsce. No, chyba że biało-czerwoni grają przeciw Hiszpanii. Wtedy odzywa się we mnie krew przodków. Obok futbolu znam jeszcze jedno istotne kryterium narodowości – w jakim języku się liczy. Moja koleżanka urodzona w Katalonii na co dzień mówi po kastylijsku, czyli po hiszpańsku lub po polsku. Ale rachuje po katalońsku.
A pan?
Od pewnego czasu po polsku. Tylko po polsku.
 
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA