fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Koniec świata Wokulskiego

"Lalka" Wiktora Rubina
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Wrocławski spektakl "Lalka" plasuje Wiktora Rubina w ścisłej czołówce. 30-letni reżyser imponuje inscenizacyjnym rozmachem i krytycznym patriotyzmem
"Wyp...... z tym swoim pamiętnikiem!" – krzyczy Wokulski do Rzeckiego. To knock out dla naszej narodowej tradycji i martyrologii. Ale gdy pan Stanisław wybiera nowoczesność – staje się salonową marionetką.
Spektakl jest kubłem zimnej wody na polskie głowy. Reżyser pokazuje, kim staliśmy się 20 lat po przełomie. Jesteśmy skansenem albo pawiem Europy. Ciągle popadamy w skrajności. Brakuje złotego środka.
Wiktor Rubin przekonuje o tym w inscenizacji kipiącej od pomysłów formalnych i interpretacyjnych. Przełożył powieść Prusa na nasze realia, dopisał mocne współczesne pointy zaczerpnięte m.in. z "Szewców" Witkacego i "Traktatu o manekinach" Schulza. Dwie filmowe ekranizacje książki podkreślały, że zagubienie bohaterów brało się z ich romantyzmu i szlachetności. Lektura po latach zaskakuje wrażeniem słabości i śmieszności postaci, co reżyser wrocławskiego spektaklu wydobył z całą mocą. Nie wszystko musi się podobać, być zrozumiałe. I to również mieści się w logice spektaklu rejestrującego nową rzeczywistość, w której do końca nie rozumiemy, co się z nami dzieje.
Wokulski (Bartosz Porczyk) wraca do Polski AD 2008 w czasie kryzysu. Apel ofiar polskiej biedy trwa w spektaklu dziesięć minut. Kowalski z Rzeszowa zarabia 1300, ale szef dał mu linkę wspinaczkową, by związał koniec z końcem. I tak dalej. To apel zapitych mężczyzn, upokorzonych kobiet, niedożywionych dzieci.
Stanowi on społeczne tło "balu na "Titanicu"", który rozgrywa się w salonie Łęckiej. Ona sama jest wcieleniem "trendy i cool". Widzimy ją w kreacji z obrazów Velazqueza, w stroju gejszy, w futrze po kostki. Ciągle zmienia makijaż i sposób mówienia. Przed posągiem Apollina modli się o faceta, który by jej sprostał.
Rewelacyjna Kinga Preis zagrała postać z krwi i kości, ducha i naturę kobiecości. Jednocześnie jest uosobieniem wiary we własną wartość, ma pewność siebie i dumę niepodszytą kompleksami. To, czego zazwyczaj brakuje Polakom. Łęcka to także personifikacja wyzwania, któremu człowiek o niepewnej tożsamości jak Wokulski nie umie sprostać. Jego beznadziejna próba przypodobania się Izabeli pokazuje, że klonujemy obce wzorce, gdy nie umiemy się odnaleźć w świecie. W święta modne towarzystwo z panem Stanisławem w kostiumie Batmana nuci "Merry Christmas"!
Spektakl Rubina jest multimedialną interakcją. Na ścianie zawisły olbrzymie złocone ramy. Zmieniają się w ekran, na którym Wokulski śledzi programy o życiu celebrities. Chce w nich uczestniczyć, więc wchodzi w ramy, dosłownie, i staje się gwiazdą reality show. Reżyser przedstawił tak sceny towarzyskich umizgów w Zasławiu. Wąsowska galopuje na atrapie konia. Jest taniec gwiazd. Konkurs gotowania. Wielki Brat.
Kłótnie baronostwa Krzeszowskich Rubin pokazał jako grę z kolorowymi mediami. To Wiśniewski i Mandaryna, którzy po serii romansów ogłosili, że znowu chcą być razem. I zarobić na kolejnej reklamie.
W scenie kwesty reżyser wykpił księży, którzy promują się jak dyktatorzy mody i robią z Kościoła wybieg. Trendy ksiądz w koloratce sam wchodzi na krzyż, a jego znajome maszerują z chustą Magdaleny na twarzy i Jezuskiem przy piersi. Pokazał dwuznaczność dobroczynności gwiazd i zażenowanie, jakie wywołuje wyciągnięta co chwilę w naszą stronę ręka. Kiedy Wokulski karmi dzieci z sierocińca, a w chwilę potem szasta milionami – nie wiemy już, co jest lansem, a co wartością.
Matka Polka Stawska, która dzieli życie między gary i szmatę do mycia podłogi, śledzi te sensacje w plazmie zamontowanej przez Rzeckiego (świetny Michał Chorosiński). W ułańskiej kurtce musztruje subiektów i sam ćwiczy defiladowy krok. Po powrocie Wokulskiego grają i śpiewają patriotyczne pieśni. U Rubina stary subiekt należy do LPR i ma antysemickie ciągotki. Licytacja kamienicy Łęckich została pokazana a rebours. Żydzi cytują fragmenty "Strachu" Grossa o tym, jak Polacy kupowali na niemieckiej aukcji rzeczy po żydowskich sąsiadach, a wcześniej plądrowali ich domy. W finale scenę wypełnia lalka olbrzym. Na miarę naszej niedojrzałości i niemożności.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA