fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zbrodnie mariensztackie

Piszemy do jednej gazety, a widzimy co innego. Podobnie jak Krzysztof Kłopotowski oglądałem film dokumentalny poświęcony Januszowi Głowackiemu „Depresja Mona Amour”. Teraz już wiem, że oglądałem, ale bielmo miałem na oczach, ślepy byłem na to, co ważne.
Zauważyłem sekwencje o „Rejsie” pociętym niemiłosiernie przez cenzurę, o cynizmie lat 70. przedstawionym w „Trzeba zabić tę miłość”. Myślałem o „Kopciuchu” i dziewczynach z peerelowskiego poprawczaka, o opowiadaniach „Wirówka nonsensu”, o felietonach „W nocy gorzej widać” i „Powrót hrabiego Monte Christo”, powieści „Moc truchleje”, zatrzymanej przez cenzurę i wydanej w podziemiu, o emigracji Głowackiego po wprowadzeniu stanu wojennego, o obecności jego sztuk na West Endzie i Broadwayu (takie tam prowincjonalne teatry).O jego spotkaniu z Arthurem Millerem myślałem (mało znaczący pisarzyna znany z romansu z Marylin Monroe, wiecie Państwo, tą kochanką Kennedy’ego zamordowaną przez CIA). Przy okazji scen poświęconych moskiewskiej premierze „Czwartej siostry” widziałem na ekranie Wieniedikta Jerofiejewa - ależ bruździ przeciwko Putinowi, no po prostu wstyd. Wszystko to była gra mająca na celu zafałszowanie prawdy.Dopiero po przeczytaniu demaskatorskiego...
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA