fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Co bawi Europę

Lejdis
Materiały Promocyjne
Filmowcy żartują z narodowych i regionalnych stereotypów, z polityki, historii. Coraz częściej łamią tabu
"Raj to miejsce, gdzie Anglicy są policjantami, Francuzi kucharzami, Niemcy mechanikami, Włosi kochankami, a Szwajcarzy wszystko organizują. Piekło to miejsce, gdzie Niemcy są policjantami, Anglicy kucharzami, Francuzi mechanikami, Szwajcarzy kochankami, a Włosi wszystko organizują".
Ten dowcip znakomicie obrazuje funkcjonujące na Starym Kontynencie stereotypy. Można jeszcze oczywiście dodać, kto jest symbolem skąpca, bałaganiarza, pedanta bez fantazji czy pijaka. Na takich umiejętnie wykorzystanych stereotypach oparta była komedia "Jeden dzień w Europie" Hannesa Stöhra.
W Ameryce triumfy święci kino akcji i przygody, a Europa chce się śmiać. Z innych i z siebie. Chętnie wyszydza narodowe przywary. Południowcy drwią z ludzi Północy, ludzie Północy – z południowców. Mieszkańcy wsi – z mieszczuchów, mieszkańcy miast – z wieśniaków. Lubimy oglądać w krzywym zwierciadle polityków, żartujemy z demokracji i biurokracji, z królowych.
Francuzi śmieją się z Anglosasów, wyszydzając ich słabe możliwości seksualne. Rumuni drwią z Rosjan. Rosjanie z policjantów, Włosi z polityków. Niemcy z Hitlera. Ci ostatni zresztą uchodzą za naród o ciężkawym poczuciu humoru. Znowu stereotyp? Możliwe, choć wystarczy obejrzeć niemiecką komedię albo odwiedzić kabaret, żeby się o tym przekonać.

Narody i tematy tabu

Europejska Akademia Filmowa zorganizowała w Kopenhadze seminarium o europejskich komediach.
– Próby zrobienia filmu śmiesznego dla wszystkich zwykle kończą się fiaskiem – mówił podczas tego spotkania Derek Malcolm, jeden z najlepszych brytyjskich krytyków filmowych. – Lepiej przemawiają do ludzi filmy oparte na humorze narodowym.
Anglia, ojczyzna Monty Pythona, ma w tej dziedzinie silną tradycję, podtrzymywaną w kinie przez takie komedie jak "Cztery wesela i pogrzeb" czy "Dziennik Bridget Jones". Doskonałym przykładem jest wyrafinowany humor "Królowej" Stephena Frearsa.
Również "Jabłka Adama" Duńczyka Andersa Thomasa Jensena zyskały świetne recenzje w wielu krajach.
– To jest film głęboko zakorzeniony w duńskiej kulturze i tradycji – mówi Jensen. – Bohaterowie i sytuacje stają się jednak uniwersalne.
Bywa, że chcąc przekraczać granice, współcześni twórcy stawiają na humor sytuacyjny i obraz. Szwed Bent Hamer w "Historiach kuchennych" zrealizował całe sekwencje jak w kinie niemym.
– Najtrudniejsza część pracy nad komedią to pisanie dialogów – mówi Hamer. – Tu często wykorzystuje się niuanse, nieprzetłumaczalne na obce języki. Dlatego słowa podróżują najtrudniej.
Są też tematy, które przez niektórych widzów i niektóre nacje traktowane są jak tabu. Niechętnie śmiejemy się ze świętości.
– W kabarecie napisaliśmy kiedyś skecz o Janie Pawle II – mówi Maciej Stuhr. – Gdy pierwszy raz go wykonaliśmy, publiczność była tak zmieszana, że nigdy więcej do tego tekstu nie wróciliśmy.
Trudno nam zaakceptować komediową formę, gdy twórcy mierzą się z cierpieniem i śmiercią całych narodów. Pozwalamy na to ofiarom. Świat uznał za wielki film "Życie jest piękne" Benigniego, Polacy śmiali się z Franka Dolasa, bohatera "Jak rozpętałem II wojnę światową". Ale już mocno kontrowersyjna wydaje się historia Hitlera na wesoło "Adolf H. – Ja wam pokażę" Niemca Daniego Levy.
– Od początku wiedziałem, że to ryzykowne przedsięwzięcie – mówi Levy. – W niektórych krajach publiczność bawiła się świetnie, ale w innych siedziała wbita w krzesła i zniesmaczona. Nie przyjmowała tego typu humoru. Nie chciała się śmiać z Hitlera i nazistów. Byłem zdziwiony, jak bardzo różniły się te reakcje. Levy twierdzi, że najlepszym przyjęciem film cieszył się w Niemczech i w Austrii, gdzie śmiech miał znaczenie oczyszczające.
Obojętna pozostała neutralna w czasie II wojny światowej Szwajcaria. Z różnymi reakcjami – od zachwytu do oburzenia – spotkał się w Rosji. Tu jednak chyba Levy przesadził. Przed projekcją filmu na festiwalu moskiewskim zażartował: "No i wreszcie Hitler dotarł do Moskwy". Widzowie różnie reagują na podśmiewanie się z historii, wojen, ale także w codzienności są tematy zastrzeżone do poważnego traktowania.
– W "Jabłkach Adama" publiczność śmiała się z żartów z neonazimu – mówi Anders Thomas Jensen. – Znacznie gorzej reagowała na żarty z niepełnosprawnego dziecka. Połowa widowni rechotała nerwowo, druga była oburzona. Śmiech i łzy Komedia jest gatunkiem popularnym, ale też mało wdzięcznym. Jej autorzy nie mają takiego poważania jak twórcy dramatów. Poza tym gatunek jest mało przewidywalny. – Są czasem fantastycznie napisane sceny, a nikt się nie śmieje. I kiepskie, na których ludzie bawią się rewelacyjnie – mówi Derek Malcolm. – Wiele zależy od osobowości wykonawcy.
Inny wybitny krytyk europejski, Francuz Jean Roy z "L'Humanité", mówiąc o niechęci krytyków do gatunku komediowego, dodaje: – Może wynika to ze specyfiki dzisiejszego show-biznesu. O większości współczesnych komedii zapomina się następnego dnia po ich obejrzeniu. A przecież to jest gatunek, który uprawiali Charlie Chaplin czy Buster Keaton. Tyle że oni obaj wiedzieli, że nie ma śmiechu bez łez, nie ma komedii bez szczypty tragizmu.
Dobrze, żeby twórcy o tej zasadzie pamiętali, zwłaszcza że w czasach kryzysu komedie rozkwitają. W chaosie gospodarczego krachu mądry śmiech może pomóc w nabieraniu dystansu do świata i dla wielu widzów okazać się zbawieniem.
 
 
Nie zdobywają prestiżowych nagród, nie stają się objawieniami na wielkich festiwalach. Ale to komedie przyciągają do kin tłumy widzów. Największym przebojem wszech czasów we Francji jest "Jeszcze dalej niż północ" Danny'ego Boona. Ten zabawny obraz o przełamywaniu odwiecznej niechęci mieszkańców południowej Francji do rodaków z północy kraju obejrzało 20 mln widzów. Film, który kosztował 11 mln euro, w czasie pierwszego weekendu przyniósł 25 mln.
Drugie miejsce na tegorocznej liście francuskich hitów zajmuje "Asterix na olimpiadzie" Frederika Forestiera. We Włoszech w rankingach najchętniej oglądanych tytułów wcale nie króluje nagradzana na festiwalach "Gomorra" Mattea Garrone, lecz dwie komedie: "Grande, grosso e Verdone" Carla Verdone'a oraz "Scusa ma ti chiamo amore" Federico Moccii o romansie 32-letniego faceta z 17-latką.
Na Węgrzech największym rodzimym hitem okazała się komedia "9 i randki" Tamása Sasa o egocentrycznym pisarzu, który w dziesięć dni zalicza dziesięć kobiet. Duńczycy najchętniej chodzili na thriller "Flammen og Citronen", ale w drugiej kolejności wybierali iskrzącą się humorem "Weź kosz na śmieci" Rasmusa Heide.
Hiszpanie preferują kino hollywoodzkie, ale największy ich rodzimy przebój to znów zwariowany obraz "Mortadelo y Filemón" Miguela Bardema o pewnym profesorze, któremu dyktator Tiranii kradnie groźny dla świata wynalazek. Rosja śmiała się z "Najlepszego filmu" Kirilla Kuzina. Nasi południowi sąsiedzi najczęściej wybierali się na obraz Juraja Jakubisko "Bathory", ale zaraz za tym tytułem i "Mamma Mia!" na liście kasowych przebojów znalazła się nowa komedia Jana Hřebejka "Nestyda".
Polacy chodzili na "Lejdis" Tomasza Koneckiego (scenariusz Andrzeja Saramonowicza) oraz "Nie kłam kochanie" Piotra Wereśniaka (scenariusz Ilony Łepkowskiej). Filmy te otwierają polską listę przebojów z frekwencją odpowiednio: 2,5 oraz 1,3 mln widzów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA