fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Książę nie przyjechał

Fotorzepa
Z Maciejem Dejczerem rozmawia Barbara Hollender
[b]RZ Od tygodnia telewidzowie oglądają „Ojca Mateusza”. Jak przenosi się włoski format o działalności mafii w realia polskiej, spokojnej prowincji?[/b]
W oryginale miejscowy ksiądz pomaga w wykrywaniu sprawców morderstw, napadów i innych poważnych przestępstw. U nas wprawdzie kamorry nie ma, ale polska rzeczywistość również dostarcza tematów do serialu kryminalnego. Zresztą przypadki, które znalazły się w formacie włoskim, nie dotyczą wyłącznie spraw gangstersko-mafijnych, ale również zwyczajnych ludzkich słabości – nałogów, chciwości, zemsty, namiętności. I tak będzie też w polskiej wersji.
[b]Włosi szczycili się wyszukaną formą estetyczną „Dona Matteo” i pięknymi plenerami.[/b]
Urok Sandomierza w niczym nie ustępuje miasteczku Gubbio. Włosi oglądają dziś nasze materiały z zachwytem. Mam wrażenie, że my podeszliśmy do tematu bardziej filmowo: częściej wychodzimy w plener i wykorzystujemy wnętrza naturalne. Sandomierz przyjął nas zresztą bardzo gościnnie, mieliśmy tam wszelkie ułatwienia, mogliśmy bez ograniczeń kręcić w każdym miejscu miasta – w katedrze, na rynku. Ludzie przyzwyczaili się do ekipy i chyba nas polubili. Nie zapomnę pewnego starszego pana, który – gdy pracowaliśmy na jego ulicy – wyszedł do nas i poczęstował domowym winem.
[b]Co sprawiło panu największą trudność?[/b]
Zależało mi, żeby serial nie był jedynie obyczajowy, chciałem, żeby sensacja i obyczaj mieszały się z humorem. Włoska tradycja komediowa ma korzenie w komedii dell'arte. Oni mają większą niż my łatwość w graniu typów ludzkich, nie boją się pokazywania ludzkich wad. W oryginalnej wersji jest sporo gagów. My mamy z tą lekkością problem.
W ogóle jako naród jesteśmy bardziej zamknięci, pewnie dlatego, że mamy mniej słońca. Namawiałem więc aktorów biorących udział w przedsięwzięciu, żeby tej lekkości szukali. W rolach policjantów obsadziłem Piotra Polka i Michała Pielę, którzy zagrali postacie charakterystyczne, zresztą sami o sobie mówią Flip i Flap. Natalkę, gosposię księdza, pięknie i zabawnie zagrała Kinga Preis. Artur Żmijewski też nie jest takim nobliwym księdzem.
[b]Czy „Ojciec Mateusz” jest rodzajem odpowiedzi na „Plebanię”?[/b]
Pokazałem księdza, jakiego sam chciałbym spotkać. Człowieka, który widzi w ludziach dobro i potrafi im pomóc. Trudno porównywać oba te seriale, to zupełnie inna materia.
[b]Realizuje pan seriale i telenowele od wielu lat. Co pana, laureata Europejskiej Nagrody Filmowej za „300 mil do nieba”, trzyma w telewizji?[/b]
Przyzwyczajenie do wyjścia rano do pracy (śmiech). Nie liczę już odcinków seriali, które reżyserowałem, a do tego trzeba dodać pięć lat na rynku marketingowym – 70 – 80 filmów reklamowych, 60 teledysków. A jeszcze kilkanaście teatrów telewizji i dwa filmy dokumentalne.
Telenowelę reżyseruje zwykle trzech – czterech reżyserów. Odcinki muszą do siebie pasować. Żeby zachować jednorodny styl, trzeba chyba wszystko uśredniać.
W telenoweli trudno mówić o jakimkolwiek stylu. Ale już w trzynastoodcinkowym, zamkniętym serialu można. W „Oficerze” była sekwencja napadu na bank i odbijania zakładników. Kręciliśmy ją sześć dni, wykorzystując osiem kamer, 100 statystów i ogromną ilość broni. Takie sekwencje rzadko się dzisiaj w polskim kinie ogląda, nawet w fabule. Z kolei w „Magdzie M.” udało nam się zrobić pięciominutową sekwencję bez słowa. Taniec. Ale zdaję sobie sprawę, że serial to zawsze tylko namiastka kina.
Film fabularny przygotowuje się długo, czasami latami. Na przygotowanie serialu jest mało czasu. „Oficerowie” zostali skierowani do realizacji w lipcu, a emisja była zaplanowana na wczesną jesień. Zdjęcia do jednego odcinka trwały zwykle osiem – dziewięć dni. Kręci się od czterech do ośmiu scen dziennie, stale przerzucając się z miejsca na miejsce. Liczy się nawet to, ile czasu przenosi się kamerę. W Stanach inna ekipa przygotowuje plan, oświetla nowy obiekt, reżyser z aktorami przyjeżdżają na gotowe.
U nas nie ma takich możliwości. Dlatego uważam, że zarówno w „Magdzie M.”, jak w „Oficerze” udało nam się bardzo dużo zrobić. Ale to wynik wysiłku całej ekipy. Naprawdę bardzo ciężko pracowaliśmy od operatorów kamer po kierowców.
[b]Ale za to jaką sprawność uzyskuje reżyser![/b]
Wydaje mi się, że robiąc 39 odcinków „Oficera”, „Oficerów”, a wreszcie „Trzeciego oficera”, sporo się nauczyłem. Przede wszystkim pracy z aktorem. Pamiętam, że ze szkoły filmowej wyszedłem przerażony, każdy aktor wydawał mi się wrogiem, bo pytał: „No to co ja mam teraz robić?”. Może dlatego w swoich pierwszych produkcjach „Dzieci śmieci” i „300 mil do nieba” wolałem pracować z dziećmi, ich się nie bałem.
W telenowelach i serialach przed pana kamerą stanęła armia wykonawców.W samym „Oficerze” wzięło udział 350 aktorów. Poza Januszem Gajosem i Markiem Kondratem niewielu jest takich aktorów w Polsce, z którymi nie pracowałem.
[b]Pomyślał pan kiedyś, że chciałby pracować z którymś z mniej znanych aktorów w fabule?[/b]
Wielokrotnie. Z ochotą zrobiłbym film z Jackiem Braciakiem, Erykiem Lubosem. To są aktorzy zbyt mało wykorzystani. Eryk zagrał wprawdzie ostatnio główną rolę w filmie Marcina Wrony, ale Jacek na taką rolę ciągle czeka. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze z nimi pracować. Bardzo chciałbym spotkać się w dużym projekcie z Bartkami Topą i Kasprzykowskim, w ogóle w Polsce mamy fantastycznych aktorów.
[b]Mówiliśmy o plusach pracy przy serialach. A minusy? Ma pan jakikolwiek wpływ na kształt scenariusza?[/b]
Kiedyś było inaczej, dzisiaj coraz częściej panuje zasada, że reżyser staje się wynajętym człowiekiem do określonych zadań. Jak nie chcesz, to czeka kolejka chętnych, na coraz mniej rzeczy masz wpływ. Czasami udaje się mi pewne rzeczy scenarzystom sugerować, a czasami kręcę sceny, których nie ma w scenariuszu, a w moim odczuciu powinny być – trochę konspiracja, ale efekt końcowy i tak idzie na konto scenarzysty, więc nie mają pretensji… (śmiech).
[b]Czy do takiej pracy nie wkrada się rutyna? Nie wychodzi pan do pracy jak do biura?[/b]
Rutyna? Codziennie mam do czynienia z innymi ludźmi, kręcę inne sceny w innych miejscach. Nie, rutyny się nie boję. Widzę inne zagrożenie: przestałem umieć odpoczywać. Bardzo chciałbym się przestawić na inny tryb życia i pracy. Tęsknię za fabułą.
[b]Podobno zrezygnował pan z reżyserii filmu „Kochaj i tańcz”, a potem serialu „Tancerze”.[/b]
Powiedzmy: nie dogadaliśmy się. Nie chcę do tego wracać.Czwartej serii „Oficera” też nie będzie?
Gdyby pojawił się ciekawy scenariusz, to czemu nie? Ale wtedy chciałbym, żeby było nieschematycznie – żeby np. Kruszon był człowiekiem, który przestał być sprawnym policjantem. Jest właścicielem firmy ochroniarskiej, ale to inni pracują na niego, a on obstawia gonitwy na Służewcu. Żeby Grand był bandytą na emeryturze, który ma krótki oddech i brzuszek. I tacy bohaterowie rozpoczynają walkę o przetrwanie. Sam chciałbym coś takiego zobaczyć.
[b]Ciągle rozmawiamy o serialach. A ja chciałabym przypomnieć: „Chłopcy” i „Dzieci śmieci” – wyróżnienia w Monachium, „300 mil do nieba” – Europejska Nagroda Filmowa, wtedy nazywana jeszcze Feliksem, dla nadziei europejskiej. Wreszcie „Bandyta” z Tilem Schweigerem, Polly Walker, Johnem Hurtem, Petem Postlethwaitem. Dlaczego nie powstał kolejny film?[/b]
Kiedyś wydawało mi się, że po sukcesach ktoś wyciągnie rękę i powie: masz tutaj pieniądze, kręć. Czekałem jak Kopciuszek na to, że jakiś książę mnie odnajdzie i będziemy długo i szczęśliwie… kręcić filmy. Dziś, kiedy patrzę na to z perspektywy, powiem po prostu: nie umiałem unieść tego sukcesu i pójść za ciosem. Czekałem, zamiast wiedzieć, że tylko ja mam wpływ na moje życie, i działać.
[b]Niedawno dostał pan wreszcie przyznaną panu 18 lat temu nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej.[/b]
Tak, małą jej część wykorzystano przy produkcji „Bandyty”, resztę zespół Tor, gdzie powstawało „300 mil do nieba”, przekazał do Agencji Produkcji Filmowej. Teraz nagroda do mnie trafiła: to pieniądze, które dostałem jako wsparcie na następny film. Przy okazji znalazłem dyplom podpisany przez Liv Ullmann. Zrobiło się tak jakoś... Pomyślałem, że może powinienem jakoś to oblać?
[b]No i zrobić wreszcie następny film.[/b]
Trochę się przy „Oficerach” nauczyłem i nie chciałbym tej wiedzy zabierać ze sobą do grobu. Zrobiłbym dobre kino sensacyjne z dobrą psychologią – takie w duchu „Ultimatum Bourne'a”. Pobawiłbym się też przy dobrej komedii. A na razie planuję film o dyrektorze warszawskiego zoo Janie Żabińskim i jego żonie Antoninie, którzy w czasie wojny pomagali ratować Żydów z warszawskiego getta, dostali za to medal w instytucie Yad Vashem. Spotykam się z ich rodziną i mam nadzieję, że doprowadzimy ten film do realizacji. Bardzo w to wierzę.
[ramka][b]Maciej Dejczer[/b]Rodowity gdańszczanin, rocznik 1953. Ukończył filologię polską, potem reżyserię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Jego kinowy debiut – „300 mil do nieba” (1990) był wydarzeniem, zdobył kilkanaście nagród w Polsce i za granicą. Potem pochłonęła go telewizja, kręcił seriale „M jak miłość”, „Na dobre i na złe”, „Oficer”, „Magda M.”, „Oficerowie”, „Trzeci oficer”. W 1997 roku zrealizował „Bandytę” – dobrze przyjęty film według scenariusza Cezarego Harasimowicza, uhonorowanego wcześniej prestiżową amerykańską nagrodą Hartley – Merrill. Z powodzeniem reżyserował teledyski i filmy reklamowe. Jest twórcą serialu „Ojciec Mateusz”, który od ubiegłego tygodnia możemy oglądać w Jedynce. Ale polskie kino wciąż czeka na jego powrót. [/ramka]
[i]Ojciec Mateusz
17.20 | TVP 1 | niedziela[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA