Publicystyka

Rząd chaotycznych skoków

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Gabinet Tuska nie działa w sposób przemyślany. To nie jest ani polityka wielkich reform, ani małych, lecz konsekwentnych kroków. To raczej polityka skoków w miejscu - pisze Igor Janke.
Mało kto dziś pamięta, jak wyglądała umowa koalicyjna PO – PSL. Kartka papieru zawierająca same ogólniki. Tak było łatwiej. Można było pokazać zgodę. Łatwiej opowiadać o możliwych cudach. Brak wizji, jasnego planu, brak precyzyjnych ustaleń przy tworzeniu gabinetu i budowaniu koalicji z PSL odbija się dziś czkawką. W krajach zachodnich umowy koalicyjne nierzadko mają objętość książek. Wszystko jest tam spisane precyzyjnie, zaplanowane i ustalone. Różnice w efektach prac widać gołym okiem.
Nie jest bardzo odkrywcze stwierdzenie, że rząd Donalda Tuska kieruje się przede wszystkim sondażami. I choć jest za to często krytykowany, w samym tym fakcie nie ma niczego złego. Polityk musi się liczyć z oczekiwaniami i reakcjami obywateli. Nie ma w tym niczego złego tak długo, jak długo te działania mają jakiś sens, są przemyślane i w miarę spójne.
Problem polega na tym, że rząd nie działa w sposób przemyślany. Że nie jest to ani polityka wielkich reform, ani małych rozsądnych, ale konsekwentnych kroków, jak zapowiadał kiedyś Michał Boni. To raczej polityka wykonywania zaskakujących skoków, często bardzo chaotycznych, z których większość - jak na razie – jest skokami w miejscu. Tymczasem nadchodzą ciężkie czasy, kiedy wpływy do budżetu mogą się zacząć zmniejszać, a wydatków – i tych potrzebnych, i tych zupełnie niepotrzebnych – jest coraz więcej. Niestety ani rząd PiS, ani obecny Platformy – nie przygotowały i dalej nie przygotowują Polski na trudne czasy. Marnowaliśmy i marnujemy czas koniunktury, zamiast wykorzystać go do wielkich porządków. Dla Jarosława Kaczyńskiego sprawy gospodarki i budżetu były trzeciorzędne i nikt nie był tym zaskoczony. Dla Donalda Tuska i jego środowiska wydawało się, że odwrotnie – uporządkowanie finansów, cięcie kosztów, odważne reformowanie będzie priorytetem. Ale nie jest. Priorytetem ciągle jest walka o wizerunek. A w działaniach widać ciągle brak przygotowania, doraźność i przypadkowość. Co oczywiście nie oznacza, że wszystko, co robi obecna ekipa, jest złe. Ale jakiegokolwiek porządku, konsekwencji i myśli głównej, jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa, trudno w tym się dopatrzyć. Niedawno słyszeliśmy, że rząd nie strzela jak z karabinu nowymi ustawami, bo jest ich i tak za dużo. Premier przekonywał, że nie chodzi o ilość, tylko o jakość. Ale minęło pół roku, okazało się, że rząd coraz częściej jest postrzegany jako ten, który niewiele robi i okazuje się, że w październiku ma wpłynąć do Sejmu jakieś 140 projektów rządowych i poselskich przygotowanych przez PO. To jednak ustawy są ważne? Coś się zmieniło? Żeby jakiś projekt konsekwentnie przeprowadzić, zwłaszcza projekt trudny, potrzebna jest wizja, precyzyjny plan i konsekwencja w jego realizacji. Do każdego przedsięwzięcia trzeba się dobrze przygotować. Urobić grunt i przekonać niechętnych. Trudne projekty wymagają pełnej komunikacji i dużego zaufania. Spróbujmy pod tym kątem spojrzeć na to, jak rząd Donalda Tuska podchodzi np. do kwestii wprowadzenia euro w Polsce. Najpierw, jeszcze przed wyborami, szef Platformy Obywatelskie wielokrotnie powtarzał o tym, że Polska jak najszybciej powinna przyjąć wspólną walutę. Potem przestał mówić o datach, najwyraźniej trafiły do niego argumenty przeciwników nadmiernego przyspieszania tego procesu. I nagle premier pojawia się w Krynicy, ogłasza, że chcemy być w strefie euro za niecałe trzy lata. Swoim oświadczeniem wprawił w osłupienie nie tylko ekonomistów i ludzi biznesu, ale nawet – choć to starali się ukrywać – ministrów swojego rządu. Minister finansów przyznał otwartym tekstem, że spodziewał się takiej deklaracji później. Wśród komentatorów ekonomicznych nikt nie miał wątpliwości, że premier ogłosił ten bardzo ważny cel bez uzgodnienia z kimkolwiek. Nawet życzliwa rządowi prof. Lena Kolarska-Bobińska powiedziała w Radiu PiN, że premier musiał coś ciekawego powiedzieć ludziom biznesu, którzy zjechali do Krynicy „bo ciągle wszyscy podkreślają, że Polska jest wyjątkowo niekonkurencyjna, jeśli chodzi o bariery stwarzane dla biznesu. Nie widać tutaj dużych ułatwień, zmian, w związku z tym przynajmniej coś takiego konkretnego obiecał”. Właśnie. Premier musiał obiecać cos atrakcyjnego w Krynicy, bo po roku rządów nie mógł powiedzieć, że w jakikolwiek sposób warunki do prowadzenia biznesu w Polsce się poprawiły. Nie mógł pochwalić się dokonaniami. Musiał wiec coś obiecać. I musiało to zabrzmieć mocno, by wywrzeć odpowiednie wrażenie. Stąd zapewne nierealistyczna data rok 2011. Już teraz otoczenie premiera wysyła sygnały, że to nie data przyjęcia euro, a gotowości do jego przyjęcia. Drobna różnica, ale znacząca. Gdyby powiedział bardziej realistycznie: 2012 – wrażenie byłoby mniejsze. Bardzo dobrze, że premier ogłosił ambitny cel. Jednak gołym okiem widać, że zrobił to trochę przez przypadek. Strzelił na wiwat. Wręcz wyglądało na to, ze sam był zaskoczony wstrząsem, jaki wywołała. Na szczęście poszedł za ciosem i natychmiast rozpoczął rozmowy z RPP i NBP. Miejmy nadziej, ze za tym pójdzie wiele innych decyzji porządkujących stan finansów tak, by przyszłoroczny budżet, który będzie niezwykle trudny, był już budżetem zbliżającym nas do sytuacji, w której możemy wejść do strefy ERM. Problem w tym, że nie przygotował tego wcześniej. Tak jak wcześniej nie przygotował planu działań mających ułatwiać inwestycje w Polsce, zakładanie firm, prowadzenie działalności gospodarczej. Nie miał tego, wiec musiał wrzucić coś innego. I chwyciło. I to jak. Donald Tusk w kampanii wyborczej opowiadał jak to trudno w Polsce jest zakładać firmę, jak wysokie są koszty pracy i jak usuwając te trudności i „wyzwalając energię”, można osiągnąć cud. Na razie nawet jaskółki tego cudu nie zapowiadają. A przecież nikt nie czeka na cud, ale na konkretne ułatwienia. Tymczasem firmy rejestruje się w taki sam skomplikowany sposób jak do tej pory. Koszty pracy są takie, jak były, o upraszczaniu podatków nikt nie słyszał, a na ich obniżanie musimy jeszcze poczekać. Na razie będą obniżki – co za paradoks – które prowadził nieudolny gospodarczo rząd poprzedników. Reforma KRUS jest wyśmiewana nawet przez gorących zwolenników rządu. Budżet dopłaci rolnikom ponad 16 miliardów. Miejmy nadzieje, ze z emeryturami pomostowymi pójdzie obecnej ekipie lepiej. Skąd taka pasywność w sprawach związanych z wolnością gospodarczą w działaniach polityków, którzy zasłynęli niegdyś jako miłośnicy liberalizmu? Nie podejrzewam, żeby serce Donalda Tuska biło teraz po innej stronie, by zmienił radykalnie poglądy. Oprócz pewnego koniunkturalizmu związanego z obawą przed jakimikolwiek trudnymi działaniami, które mogłyby wiązać się ze spadkiem poparcia, przede wszystkim wychodzi po raz kolejny brak dobrego przygotowania do rządzenia. Niestety nie wygląda na to, by był to jedyny taki wyskok. To raczej metoda pracy obecnego rządu. Kiedy premier zapowiedział wprowadzenie farmakologicznej kastracji, jego ministrowie, którzy tego samego dnia wypowiadali się na ten temat, z trudem próbowali ukryć zaskoczenie. Minister Ćwiąkalski musiał dokonywać rozmaitych wygibasów, by tłumaczyć wypowiedzi premiera i jeszcze pokazać, jak możliwe jest wprowadzenia takiego rozwiązania. Ale media miały się czym zajmować przez parę dobrych dni. Przynajmniej do czasu kiedy premier nie ogłosił rewelacji o terminie wejścia do strefy euro. Wcześniej, dobrych kilka miesięcy temu, pojawiła się zapowiedź rozpoczęcia debaty i prac nad zmianami w konstytucji. I cisza. Nic się w tej sprawie nie dzieje. Przypadkowa zapowiedź i brak jakichkolwiek prac. Warto jeszcze przypomnieć biały szczyt. To nie był dobrze przemyślany pomysł na przekonanie środowiska medycznego do trudnych reform. To był wymyślony naprędce zabieg PR-owski, mający przykryć nieprzygotowanie rządu do pracy w tej dziedzinie. A gdzie bon edukacyjny, o którym mówił szef rządu? Ktoś słyszał choćby o jakichkolwiek rozmowach na ten temat? Na razie jest wielkie zamieszanie z sześciolatkami w szkołach, które w chaosie przygotowują się do zmiany, która nastąpi albo nie nastąpi. Kto nie wie, co się dzieje, niech sprawdzi w najbliższej podstawówce lub przedszkolu, co się dzieje. Okazało się za to, że komisja Palikota wyprodukowała dużo projektów, więc można zalać Sejm ustawami i na rocznicę powstania rządu sprawić wrażenie, jak dużo dobrego zrobiono. Ekipa Platformy przyszła nieprzygotowana, działa bez planu, nie ma jasno wyznaczonych celów, nie ma priorytetów. Ambitne prace Michała Boniego nie zmieniają tego obrazu, bo to, jak na razie, ciągle opracowania teoretyczne, które nie mają wielkiego wpływu na pracę resortów. Na pytanie o to, co jest najważniejsze dla obecnego rządu, można uzyskać jedynie bardzo ogólnikowe, ale entuzjastycznie brzmiące zapowiedzi o skoku cywilizacyjnym. Na razie skaczemy w miejscu. A czas świetnej koniunktury mija. Idzie kryzys, na który nie przygotował naszego państwa ani rząd Jarosława Kaczyńskiego, ani – jak na razie – nie robi tego ekipa Donalda Tuska. Oczywiście nie wszystko jeszcze stracone. Dlatego warto męczyć obecną ekipę, bo ma przed sobą trzy lata i ciągle jeszcze szansę czegoś dokonać.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL