Biznes

Rosyjska ruletka włoskich związkowców

Jeśli nie zdarzy się cud, włoskie linie lotnicze Alitalia przestaną istnieć jeszcze w tym miesiącu. Takie są efekty ingerencji polityków i rozpasania związkowców
W tej chwili Alitalia jest zadłużona na 1,9 miliarda euro, przynosi dziennie 2 mln euro strat, a wydajność pracy statystycznego pracownika linii jest o połowę mniejsza niż w Lufthansie czy Air France. Negocjacje między konsorcjum włoskich przedsiębiorców CAI, którzy złożyli ofertę wykupienia linii (większościowym udziałowcem jest państwo), a związkami zawodowymi załamały się z powodu uporu jednej z czterech lewicowych centrali związkowych CGIL i zarabiających 120 – 250 tys. euro rocznie pilotów, którzy zawsze znajdą pracę gdzie indziej.
Jeśli w ciągu najbliższych dni nie znajdzie się nowy kupiec, Alitalia ogłosi bankructwo i rozpocznie wyprzedaż majątku. Oczywiście kupcom wygodniej jest czekać i kupić to samo w częściach i taniej. Jedyną, choć mało realną nadzieją blisko 20 tysięcy pracowników Alitalii i dalszych 40 tysięcy kooperantów jest to, że CGIL i piloci przystaną na wycofaną ofertę CAI, a konsorcjum łaskawie się zgodzi. W Alitalii stanowiska zawsze były łupem politycznym i miały niewiele wspólnego z kompetencjami. Parasol polityczny i pozycja monopolisty pozwalały nie liczyć się z kosztami, co prowadziło do takich absurdów jak utrzymywanie biura i personelu w Meksyku przez osiem lat po wylądowaniu tam ostatniego samolotu Alitalii.
Polityka prezesów i zarządów linii polegała głównie na zapewnieniu kolejnym rządom głosów i spokoju poprzez obłaskawianie związków zawodowych. W rezultacie Alitalia, gdzie działa aż dziewięć często skłóconych ze sobą związków, stała się ich zakładnikiem. Gdy w 2001 roku nastał kryzys i pojawiła się konkurencja tanich linii, wszelkie próby obniżenia kosztów, prywatyzacji części usług i zmniejszenia zatrudnienia kończyły się strajkiem. By sprostać konkurencji i zaspokoić żądania związków, Alitalia zaczęła żyć na kredyt i przynosić kolosalne straty. Rządowi Sivia Berlusconiego w latach 2001 – 2006 zabrakło odwagi, by to zmienić. Romano Prodi po objęciu rządów postanowił sprzedać udziały państwa, ale kolejni kupcy rezygnowali po spotkaniu ze związkowcami. Gdy wreszcie pojawiła się w miarę sensowna oferta Air France, do gry weszła polityka. Berlusconi tuż przed tegorocznymi wyborami oświadczył, że to wyprzedaż majątku narodowego i przyrzekł zorganizować włoskie konsorcjum. Związki zresztą ofertę Francuzów odrzuciły. Odrzuconej we czwartek ofercie CEI najbardziej zaszkodziło to, że porozumienie byłoby kolejnym po neapolitańskich śmieciach sukcesem Berlusconiego. Odrzuciła ją tylko lewicowa centrala związkowa CGIL i związani z nią piloci, i to mimo, że gwarantowała zwolnionym (5 tys. osób) 80 proc. poborów przez siedem lat. Co więcej, ku oburzeniu całych Włoch, piloci i stewardessy na Fiumicino wpadli w szał radości, gdy negocjacje upadły. Najwyraźniej liczyli, że rząd znów ustąpi i wykupi Alitalię. Rozżaleni związkowcy, którzy na ofertę CEI przystali, mówią, że CGIL znów zagrała w rosyjską ruletkę, ale tym razem pistolet wypalił. Minister gospodarki Giulio Tremonti zapowiedział, że renacjonalizacji nie będzie. Zgadza się z nim 90 procent Włochów, którzy nie chcą dopłacać do Alitalii 2 milionów euro dziennie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL