fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Ameryka nie boi się konkurencji, bo wciąż ma przewagę

Edmund Phelps, laureat Nagrody Nobla sprzed dwóch lat
AP
– Nie wierzę, by rozwój gospodarczy miał jakieś granice – mówi w wywiadzie dla „Rz” amerykański ekonomista Edmund Phelps, laureat Nagrody Nobla sprzed dwóch lat
* Lista 500 największych firm naszego regionu
Rz: Czy jest coś, co pana zaskoczyło w ostatnich 20 latach rozwoju gospodarczego świata?
Edmund Phelps: Jedną z tych rzeczy na pewno był upadek Związku Radzieckiego i wykształconego w tym regionie systemu ekonomicznego. Oczywiście, gdyby ktoś mnie przed laty zapytał, czy moim zdaniem system ten będzie trwał wiecznie, odpowiedziałbym przecząco. Ale było to jednak coś niespodziewanego.
Wydaje mi się, że większość osiągnięć ludzkości jest w dużej mierze zaskakująca. Jednym z zarzutów, jakie postawiłbym klasycznej szkole ekonomicznej, jest to, że nie przewiduje możliwości istnienia zaskakujących zmian, np. strukturalnych.
W początkowych okresie rozwoju gospodarek postkomunistycznych dziwiłem się, że odbywał się on bardzo powoli. Ale zrozumiałem, że na to potrzeba czasu, i jak widać to tempo rozwoju w ostatnich latach gwałtownie przyspieszyło.
Poza tym w pewnym momencie zacząłem mieć wrażenie, że amerykańska gospodarka przeżywa stagnację. Ale nagle, bez widocznej przyczyny, Ameryka znowu przyspieszyła.
W tym stuleciu świat doświadczył już dwóch kryzysów – pęknięcia bańki internetowej w latach 2000 – 2001 i obecnego kryzysu finansowego. Czy którykolwiek z nich można było przewidzieć?
Myślę, że były nieprzewidywalne. Obecny kryzys jest poważniejszy niż ten z początku wieku. Tam można wyróżnić tylko jeden element spekulacyjny, który był groźny. Wiele obszarów gospodarki było zdrowych. Ale zaletą tego okresu było jednak stworzenie gigantycznej infrastruktury internetowej, np. światłowodowej. W ostatnich latach pojawiło się wiele innowacji opartych na pomysłach i rozwiązaniach, które narodziły się w czasie bańki internetowej. Nie uważam, że korekta gospodarcza, która nastąpiła później, była jakąś katastrofą. Był to rodzaj kryzysu, ale np. system bankowy zniósł go bardzo dobrze. Banki po prostu wstrzymały finansowanie niektórych inwestycji.
Podobnie jest teraz. Banki też ograniczają finansowanie. Ale podobieństw jest chyba więcej.
Teraz mamy do czynienia z kryzysem wywołanym boomem na rynku hipotecznym. I ma on dużo bardziej spekulacyjny charakter niż kryzys internetowy. Indeks NASDAQ potrzebował tyko kilku lat, by podnieść się po wydarzeniach z 2000 i 2001 r. Obecny kryzys jest dla mnie tym bardziej zaskakujący, że nie zdawałem sobie sprawy, że jest on tak blisko powiązany z sektorem bankowym. Zdawałem sobie sprawę, iż działania na rynku hipotecznym niosą duże ryzyko, ale nie wiedziałem, że mogą wyrządzić takie szkody systemowe.
Na całym świecie w ostatnich latach zauważalne jest rozszerzanie się sfery bogactwa. Czy myśli pan, że są jakieś granice tego zjawiska? W końcu nie wszystkie kraje świata mogą być tak zamożne jak np. USA czy państwa Europy Zachodniej.
Myślę, że takie granice nie istnieją. Wzorzec rozwoju jest prosty – systematyczny wzrost bez końca. Nie wierzę, by rozwój gospodarczy miał jakieś granice. PKB, płace, poziom zamożności zawsze będą rosły. Jeśli jednak spojrzeć na to z punktu widzenia ludzkiej samorealizacji, nie oznacza to jednak, że jest lepiej. Najbardziej rozwinięte społeczeństwa czy najbardziej utalentowani, dynamiczni ludzie nie są teraz wcale szczęśliwsi niż byli w Wiedniu w 1819 r., Londynie w 1776 r. czy Nowym Jorku w 1940 r. Te daty nie są przypadkowe – dla mnie są to miejsca i czas, w którym byłbym szczęśliwszy niż obecnie.
Nie uważa pan, że poszerzanie się obszaru bogactwa odbywa się poprzez szybki rozwój krajów niskokosztowych? To one zapewniają bogatym tanie dobra, zwiększając poczucie zamożności. Jeśli więc nie ma granicy ekspansji bogactwa, to co się stanie, gdy zabranie efektywnych rynków niskokosztowych?
Problemem w tej sytuacji jest raczej to, że krajów takich jak Polska jest wiele, a takich jak Stany Zjednoczono ledwie kilka. Gdyby nagle Chiny, kraj obecnie niskokosztowy, stały się drugą Ameryką, to z punktu widzenia mniejszych gospodarek, takich jak Polska, byłoby to tylko z korzyścią. Po pierwsze krajów skąd pochodziłby kapitał inwestycyjny i dokąd można by eksportować polskie produkty byłoby nagle dwa razy więcej. Gospodarek podobnej wielkości i o podobnych aspiracjach jak Polska jest sporo – np. Wietnam czy kraje Ameryki Łacińskiej takie jak Kolumbia.
Polska prędzej czy później oczywiście dołączy do grona krajów bogatych, ale jest też wiele krajów, które dążą do tego samego, co relatywnie wydłuży Polsce okres dochodzenia do tego momentu. Gdyby taki kraj był jeden – płynęłyby do niego wszystkie inwestycje i napływali zdolni ludzie. Gdy takich krajów jest więcej, dochodzenie do pewnego poziomu się opóźnia.
Polska nagle wraz ze wzrostem zamożności przestała być krajem niskokosztowym. Co możemy zrobić, żeby mieć jakąś przewagę w ściganiu poziomu tych najbogatszych?
Gdy kraj wchodzi do grupy państw rozwiniętych, nie może już konkurować tanią siłą roboczą, a napływ kapitału czy rozwój wymiany handlowej nie dają już takich efektów gospodarczych. Jedyne co wtedy można zrobić, to zwiększenie innowacyjności. A przedsiębiorstwa muszą gonić standardem i jakością produkcji lub usług najwyższe dostępne standardy – np. te stosowane przez firmy amerykańskie. No i do tego dochodzi wyrównywanie szans we własnym kraju.
Proces znikania krajów niskokosztowych może jednak dotknąć Stany Zjednoczone. W końcu tanie dobra z Chin czy Wietnamu zwiększają siłę nabywczą Amerykanów. Kiedyś japońskie samochody były tanią, gorszą alternatywą amerykańskich, dzisiaj to one wyznaczają standard, a koncerny motoryzacyjne z USA mają problemy, rywalizując z nimi. Tak samo może być w przyszłości z Chinami.
Nie sądzę, by poczucie sukcesu i zamożności, które mają Amerykanie, było uzależnione od ceny i jakości samochodów. To nawet nie jest uzależnione od wymiany handlowej. Może to zabrzmi szokująco, ale myślę, że większość Amerykanów w ogóle nie przejmuje się cenami samochodów, domów, biletów do kina czy importowanych produktów. Martwią się swoją pracą czy ich rolą w społeczeństwie. Oczywiście, boją się rosnącej ceny benzyny i czy z tego powodu będą w stanie bez problemu codziennie bezpiecznie dotrzeć do pracy albo czy będą w stanie wykarmić własne dzieci bez konieczności całkowitej zmiany swojego życia.
Jeśli USA tak jak dotychczas mogą wykazywać stabilny wzrost wydajności w tempie 3 proc. rocznie, nie ma powodu, by bać się konkurencji handlowej aspirujących krajów.
Na dodatek większość przewag konkurencyjnych w tym względzie wynika z różnic technologicznych. A tu Stany Zjednoczone wciąż mają przewagę.
Edmund Strother Phelps, amerykański ekonomista urodzony 26 lipca 1933 roku, laureat Nagrody Nobla w 2006 roku w dziedzinie ekonomii za badania polityki makroekonomicznej. Studiował w Yale University, jego profesorami byli m.in. znani ekonomiści oraz nobliści James Tobin i Thomas Schelling. Po uzyskaniu tytułu doktora w Tale Phelps wykładał na Uniwersytecie Pensylwania, a obecnie jest wykładowcą ekonomii politycznej na Uniwersytecie Columbia. Nagrodę Nobla otrzymał za opracowanie jednego z modeli zależności między inflacją a bezrobociem, którego efektem jest tzw. krzywa Friedmana-Phelpsa.
W analizie krzywej wykazano, że nie można w sposób trwały za pomocą polityki makroekonomicznej, monetarnej lub fiskalnej obniżyć poziomu bezrobocia. Zostało to potwierdzone przez kryzys lat 70. i doprowadziło do uniezależnienia decyzyjnego banków centralnych i wprowadzenia przez nie w latach 80. strategii kontroli podaży pieniądza, której pozytywnym efektem była niska inflacja.
—eg
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA