Historia

Cytaty z donosów

„Bardzo pracowita, przedsiębiorcza, udaje dziecinną – fałszywa, co innego mówi, co innego myśli, a jeszcze co innego robi. Nie można na nią liczyć. […] Pieniądze nie odgrywają wielkiej roli.
(H. Tomaszewski KP/TW „T.H” o Elżbiecie Jaroszewicz-Marceau-Bortnowskiej) „Klerykał, nienawidzi ustroju w jakim żyjemy, nienawidzi ZSRR, nie kryje się z tymi poglądami. W sprawie orędzia biskupów polskich miałem z nim sprzeczkę w ostrym tonie w garderobie w teatrze w Monachium, gdzie przyniósł radio tranzystorowe, aby słuchać tłumaczenia tego orędzia przez Wolną Europę. Krupa hołduje we wszystkim co zachodnie, co amerykańskie. Nie widzi nic dobrego w tym, co się dzieje u nas”. (J. Uryga TW „Zawisza” o Anatolu Krupie)
Przy tym dziwią się wszyscy, że Wańkowicz jako stary pisarz wiekiem i stażem oraz posiadający duży autorytet wśród społeczeństwa mógł sobie pozwolić na taką kompromitację. Mówi się również wśród literatów, że Wańkowicz uchodził w świecie literackim za wielkiego dygnitarza, gdyż pozwalał sobie na więcej niż mógłby sobie pozwolić niejeden pisarz w Polsce, np. za wieczorki autorskie kazał sobie płacić po 2 tys. zł, czego nie dostawał nigdy żaden z innych pisarzy. Przy tym w teren wyjeżdżał zawsze luksusowym autem, przez co chciał również podkreślić swoją wyższość. Ogólnie literaci Wańkowicza uważają za jednego z większych zarozumialców. Jak twierdzi TW „Konar”, ogólnie w rozmowach z literatami się wyczuwa, że nikt go specjalnie nie żałuje. Jedynie obserwuje się zainteresowanie tym, jakie Wańkowicz przekazał materiały i jaka była ich treść oraz gdzie. (TW „Konar” czyli H. Worcell 30.10.1964 r.) Zgodnie z opinią TW – Gisges ocenił bardzo pesymistycznie sytuację w środowisku twórczym Warszawy oświadczając, że istnieje tam silna grupa opozycji, która zmierza wyraźnie w kierunku rozwiązania samego Związku Literatów. Uważają oni, że taki związek w aktualnej sytuacji politycznej jest im niepotrzebny. Podczas tej rozmowy Gisges nie wymienił wprawdzie żadnego nazwiska z tej grupy, lecz TW domyśla się, że chodzi tu m.in. o takich pisarzy, jak: Antoni Słonimski, Paweł Jasienica i inni. Według opinii Gisgesa wszystkie te sprawy znajdą się na porządku obrad walnego zjazdu pisarzy i wyborów do nowego Zarządu Głównego, jaki jest przewidziany na grudzień 1968 r. Kiedy TW poinformował, że środowisko wrocławskie także wybrało swoich delegatów na ten zjazd i podał ich nazwiska – wtedy Gisges oświadczył: „No właśnie – to jest ta opozycja”. (TW „Konar” o sytuacji przed zjazdem literatów w Bydgoszczy, 28.11.1968 r.) W trakcie rozmowy ujawnił się jako zagorzały stronnik kard. Wyszyńskiego, dobrze zorientowany jest w ostatnich zdarzeniach związanych z Leszkiem Kołakowskim, wie, że wydalony Hindus wystąpił już w Radiu Wolna Europa. Opowiedziałem mu o znanej w „Kulturze” paryskiej karykaturze Wyszyńskiego i Gomułki z podpisem „Nieszczęścia chodzą parami”. Odpowiedział z oburzeniem: „To bezczelność stawiać Wyszyńskiego na równi z Gomułką”. Później też dał wyraz swojej niechęci, wręcz pogardy do Gomułki, określając go jako bardzo ograniczonego i parodiując sposób jego przemówienia. (TW „Konar” o ks. Tadeuszu Jani 27.01.1967 r.) Nie obeszło się też za kulisami zjazdu bez pewnych zajść. I tak np. Stanisław Grochowiak w obecności Mikołajki i innych ostro zaatakował prezesa szczecińskiego oddziału Gwidona Kamińskiego za jego głośny artykuł w „Trybunie Ludu”. Zresztą ten artykuł przypominający, by o przyjmowaniu członków do ZLP decydowały czynniki partyjne, nie podobał się także innym, a Grochowiak swoją niechęć do Kamińskiego wyraził w formie wyjątkowo ostrej, bo radził mu, by sam siebie ze związku usunął. Oburzenie Grochowiaka na Kamińskiego wydaje się zrozumiałe z tego względu, że do pisarzy polskich zaliczają się też pisarze katoliccy, którzy są patriotami i zwolennikami socjalizmu. (TW „Konar” o Zjeździe Pisarzy Ziem Zachodnich i Północnych 11.06.1968 r.) W momencie debiutu poetyckiego Stanisława Barańczaka czy Ryszarda Krynickiego – poetów, którym przyświecał cel odfałszowania rzeczywistości rozumianej z jednej strony jako rzeczywistość polityczna, społeczna i ekonomiczna kraju, z drugiej zaś jako rzeczywistość artystyczna, która w poezji lat 60. była w Polsce zafałszowana równie skutecznie poprzez operowanie takimi środkami stylistycznymi i używanie takich rekwizytów, które ową rzeczywistość gmatwały – nikt nie przypuszczał zapewne (wymienieni poeci też nie), że spowoduje wytworzenie całej lawiny poetyckich kontestatorów – epigonów tego ruchu, którzy w imię odfałszowania świadomości, będą fałszować wszystko dookoła brakiem poetyckiego talentu przede wszystkim, a wiersze ich bardziej opuchłe frazeologiczną papką szpalty gazet będą przypominać niż prawdziwą artystyczną twórczość. (TW „Kasander”, Lech Isakiewicz, o nowej fali poetyckiej, 1.071974 r.) Na pytanie, co zmieniło się w „Odrze” od momentu objęcia stanowiska naczelnego redaktora przez Kubikowskigo – kontakt odpowiedział w zasadzie nic. W dalszym ciągu „Odra” jest pismem zamkniętym, zwłaszcza dla środowiska pisarzy partyjnych i młodzieży literackiej. Dalej preferuje się tam określony materiał publicystyczny i literacki. Najczęściej sięga się po autorów warszawskich takich jak Woroszylski, Jastrun, Andrzejewski i inni, którzy nieraz dawali przy różnych okazjach dowody swojej nielojalności wobec polityki kulturalnej państwa. Nie jest także rzeczą przypadku, iż do składu kolegium redakcyjnego dokooptowano Andrzeja Szczypiorskiego, redaktora i krytyka literackiego z Warszawy. Robi się to po to, by wzmocnić pozycję „Odry” autorytetami i utrwalić jej ogólnokrajowy charakter. (KO „JCz”, czyli Jan Czopik-Leżachowski, na temat sytaucji w „Odrze”, 23.01.1974 r.) Bardzo kłopotliwy jest problem Rafała Wojaczka. Ten uzdolniony poeta zachowuje się zupełnie po chuligańsku, jest notorycznym pijakiem i po pijanemu kaleczy ludzi, rzucając w nich szklankami lub popielniczkami. Tak było niedawno, gdy w MPiK skaleczył młodego kolegę (czego świadkiem był………. ). Tak było na zebraniu Koła Młodych, kiedy uderzył Jagodzińskiego ciężką szklaną popielniczką (gdyby go trafił w głowę i zabił – wtedy – jak sam Jagodziński powiedział – problem Wojaczka przestałby istnieć). Parę dni temu do zarządu oddziału nadeszło pismo z izby wytrzeźwień, żądające wyegzekwowania 270 zł od Wojaczka za jego pobyt. Jest jakimś nieporozumieniem fakt, że Wojaczkowi często przyznaje się stypendia, bo natychmiast po otrzymaniu pieniędzy zapija się i kaleczy ludzi. Można twierdzić, że każde przyznane mu stypendium to jedna rozbita przez niego twarz więcej. Zachodzi poważne niebezpieczeństwo, że kiedyś w stanie nietrzeźwym popełni zabójstwo. Związek Literatów jest wobec niego bezsilny, jedynie co mógł zrobić, to nie zakwalifikować go jako członka ZLP. Natomiast zadziwiająca jest bezsilność władz wobec tego chuligana. Władze często go aresztują, ale i natychmiast puszczają go na wolność, bo ma tzw. papiery wariackie, jakieś orzeczenie lekarskie z pobytu w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Kraszewskiego. Dokąd więc ten niebezpieczny wariat będzie rozrabiał i kaleczył ludzi? Dopóki kogoś nie zabije?Władze powinny wreszcie znaleźć sposób ukrócenia samowoli tego niebezpiecznego faceta. (TW „Konar” o Rafale Wojaczku, 9.03.1971 r.) Podczas zjazdu w prywatnych rozmowach z Putramentem i Leopoldem Lewinem usłyszałem ich pretensje do mnie, do zarządu naszego oddziału o to, że nie byliśmy dobrze zorientowani i zaprosiliśmy na Wiosnę Kłodzką takich ludzi jak Słonimski, Seweryn Pollak i Sandauer, że trzeba ich było na parę tygodni przed Wiosną skreślać z listy zaproszonych. Usprawiedliwiałem się tym, że co roku zapraszamy różnych ludzi, co do których nie jesteśmy zorientowani, ale przecież Wydział Kultury i Komitet Wojewódzki ma wgląd w tę listę i może dość zawczasu zasięgnąć co do zaproszonych informacji u władz centralnych i wcześniej zwrócić nam uwagę, byśmy zaproszeń do tych ludzi nie wysyłali. Trzeba będzie o tym pamiętać przy organizowaniu następnej Wiosny – o ile ona w ogóle się odbędzie. (TW „Konar” w sprawie skreślenia Antoniego Słonimskiego, Artura Sandauera oraz Seweryna Pollaka z listy zaproszonych na coroczną Kłodzką Wiosnę Poetycką, 12.05.1970 r.) Członkowie Ugrupowania 66 uważają, że poezja, aby była twórcza i prawdziwie współczesna, powinna za swój punkt zerowy uznać osiągnięcia poezji lingwistycznej, jej nieufność do słowa i całą wieloznaczność tegoż. „Poeta musi” – piszą w manifeście – „odznaczać się twórczym stosunkiem do słowa, widzieć kostnienie, ciągłą nieprecyzyjność i niedokładność języka poetyckiego”. Nie sposób stwierdzeniu temu odmówić słuszności. Nie sposób dlatego, że stwierdzenie to powinno być naczelną maksymą każdego, kto naprawdę twórcze pisanie pojmuje w kontekście zjawisk i przeobrażeń współczesnego mu społeczeństwa, kto stara się być sejsmografem tych zjawisk. „Jeśli skłonni jesteśmy uznać niektóre głosy o kryzysowej pozycji sztuki we współczesnej kulturze, to tym bardziej chcemy szukać dla niej nowych funkcji, nowych zastosowań” – piszą dalej w swym manifeście poeci Ugrupowania 66. Zastanawiające jest, że członkowie Ugrupowania 66 w swej twórczości ani jednego ze stawianych wyżej postulatów nie zrealizowali. Grupa, która w 1966 roku ogłosiła się „grupą”,powstała na zasadach strategicznych, według starego powiedzenia „kupą mości panowie”. (TW „Kasander” o Ugrupowaniu 66, 1.02.1971 r.) Andrzej Waligórski – satyryk. Czyni złośliwe uwagi na temat:a) organizowania nagonek na określone grupy ludzi („Upadek rodu Dreptaków”); b) stojących przed nami zadań („Korzyść”); c) zbiórek pieniężnych („Dyskusja”); d) wyrazów wdzięczności składanych za trud i pracę przez różne osobistości przy różnych okazjach; e) zakłamania i obłudy wynikających z postawy akceptującej otaczającą rzeczywistość. (Konsultant „Zenon”, wtedy jeszcze kandydat AS, czyli Aleksander Soszyński, o twórczości Andrzeja Waligórskiego, 12.07.1975 r.) Przedstawił po dwa wiersze tłumaczone, poety amerykańskiego Kamienca [?] i rosyjskiego Josifa Brodzkiego. Stwierdził, że ich tłumaczenia przedstawia, gdyż poeci ci najbliżsi są jemu w formie i treści. Następnie przedstawił 19 utworów z tomiku, który kompletuje do wydania, a nosi roboczy tytuł „Wiem, że tak nie jest”. Stwierdzam, że wszystkie utwory napisane czytelnie, w formie swej ciekawe, ale w treści naszpikowane krytyką status quo w Polsce. Jak sam mówił, odpowiadając na wiele pytań stawianych mu przez młodzież, że „poezja powinna być krytyczna, jako przeciwwaga stanu euforii zachwytu – och jak u nas dobrze – na co dzień tłoczone ludziom w głowy w prasie i wystąpieniach”. Stwierdził również, że nie lubi ludzi typu Filipski, ludzi silnych, z silną pięścią, którzy swą pięścią mózg wgniatają. (TW „Czar” o spotkaniu Stanisława Barańczaka z czytelnikami we Wrocławiu, 9.04.1976 r.) 8 maja zostałem zaproszony do p. Worcellów. Rozmawialiśmy przede wszystkim na temat minionych wyborów, a także perspektyw pracy nowego zarządu. Henryk Worcell powiedział mi, że we właściwym czasie zażegnał niebezpieczeństwo unieważnienia wyborów, o czym mówiła i chciała spowodować Urszula Kozioł. Rzecz dotyczyła kandydatury Stanisława Srokowskiego, który przyjął funkcję w Zarządzie Głównym ZLP – nie wiedząc o tym, że statut zabrania w takich przypadkach kandydowanie do zarządu oddziału. W każdym razie, ażeby przeciwdziałać ewentualnym próbom wycofania Stanisława Srokowskiego, zarówno Stanisław Srokowski, jak i Henryk Worcell porozumieli się w tej sprawie ze swoimi znajomymi w ZLP w Warszawie, uprzedzając w ten sposób ew. wizytę kogoś z grupy odrzańskiej. (TW „Zabłocki”, czyli Danuta Kostewicz, 11.05.1978 r.) Większość młodych kontestuje. Kontestacja wzmogła się wskutek niedrukowalności liderów nowej fali (Kornhauser, Barańczak, Zagajewski, Krynicki). Stali się oni bohaterami młodych. Realizacje epigonów nowej fali są słabe literacko i artystycznie, są w pewnym sensie powielaniem tego, co już zostało powiedziane pełniej i znacznie lepiej. Z talentem. (Konsultant „Zenon” o nowej fali, 8.12.1976 r.) Stanisław Srokowski dowiedział się w Warszawie, rzekomo z absolutnie kompetentnych źródeł, że Urszula Kozioł pomimo gwałtownej zmiany kursu należała do osób bezpośrednio chronionych i protegowanych przez Łukasiewicza z KC. Podobno, jak twierdzi Srokowski, Łukasiewicz osobiście zastrzegł w cenzurze jej nazwisko – to znaczy – nie wolno było publikować żadnych krytycznych uwag na temat twórczości Urszuli Kozioł, we wszystkich wydawnictwach miała także glejt pierwszeństwa. Dowodem na tę szczególną sytuację była też jej nietykalność we Wrocławiu. Podobno, ilekroć zgłaszano w KW jakieś krytyczne uwagi pod jej adresem, zostawały one pomijane milczeniem lub uwagą, z której wynikało, że trzeba jej dać spokój. Protekcji Łukasiewicza zawdzięcza ona też stypendia na wyjazdy zagraniczne – były to Włochy i Belgia, gdzie prywatny wyjazd i pobyt (bez motywacji oficjalnej – zawodowej) zostały sfinansowane przez władze polskie – na polecenie Łukasiewicza. Takie same przywileje objęły ją w kwestii mieszkaniowej i w wielu innych. Jeden z wydawców krakowskich powiedział Srokowskiemu, że Koziołówna złożyła „grafomańskie felietony z Odry” celem wydrukowania ich w postaci książkowej – pomimo skrajnie negatywnych recenzji, nie mógł odrzucić tych tekstów, gdyż naraziłby się Łukasiewiczowi. (TW „Zabłocki” o Urszuli Kozioł, 9.01.1981 r.) Neurastenik, sprawia wrażenie zagubionego w życiu, chorowity, „żołądkowiec” i do tego trochę hipochondryk. Cichy, niepijący. […] Tzw. cicha woda. Nie ujawnia swoich przekonań, nie intryguje, nie obmawia. Często przebywa w Warszawie. […] Dorobek literacki: dobrze notowany jako pisarz. Studia polonistyczne. Uczciwy finansowo, takie sprawia wrażenie. Niechciwy na zarobki. (TW „Joanna”, czyli Danuta Lipińska, o Bogdanie Loeblu, 18.02.1981 r.) Należy jednak rzecz widzieć jasno: jeżeli idzie o sprawę Kołakowskiego, to w środowisku pisarzy są różne głosy. I takie, że Kołakowski sam chciał do tego doprowadzić, dążył do demonstracji, chciał być usunięty z partii, nie chciał się sam z niej usunąć, mimo iż niewątpliwie przekroczył limit ideowej dyscypliny partyjnej. I dlatego głosy w sprawie Kołakowskiego byłyby chyba podzielone. Natomiast opinia w sprawie Listu 15, a ściślej reakcji na ten list, jest jak dotąd jednolita: zdziwienie, przygnębienie, niezrozumienie decyzji kierownictwa. (Kazimierz Koźniewski, konsultant, KO, TW „K”, „33” o Liście 15 i wyrzuceniu L. Kołakowskiego z PZPR, 2. 12. 1966 r.) Na uwagę środowiska zasługuje wystąpienie płk. [Janusza] Przymanowskiego. Mówi się, iż wystąpił przeciwko Putramentowi. Przymanowski, omawiając sprawę Listu 34 powiedział, iż środowisko literackie zostało podzielone przez opinię kawiarnianą na grupy: – osoby, które bez oporu podpisały kontrlist do Wolnej Europy, zostały przez tę opinię nazwane folksdojczami. (W tym momencie Putrament krzyknął „Odwołać to, jesteśmy obrażeni”, poparły go inne osoby, na co Przymanowski miał odpowiedzieć: ja też potrafię krzyczeć)– osoby, które z pewnymi oporami podpisały ten konrtlist – literaci, którzy nie podpisali listu, dając obszerne wyjaśnienia, iż swą pracą i postawą dowiedli pozytywnego stosunku do socjalizmu, a poza tym nie słuchają Wolnej Europy, tych ludzi Przymanowski chwalił– grupę ostatnią stanowią demonstranci, którzy bez jakiegokolwiek uzasadnienia odpowiedzieli odmownie na prośbę podpisania kontrlistu. (TW „Zalewski”, czyli Aleksander Minkowski, o wystąpieniu płk. Janusza Przymanowskiego, 21.031965 r.) Decyzja zamknięcia Krzywego Koła wywołała głośne echo w środowisku literackim. O ile sam fakt zamknięcia oceniany jest rozmaicie: od potępień do aprobaty, o tyle pretekst (ta bójka jakiś chuliganów…) budzi zdecydowany krytycyzm. Poważna grupa pisarzy partyjnych, m.in. Zaleski, Putrament, Koźniewski, Lenart, Lewin, i inni uważają, iż Krzywe Koło było ostatnio szkodliwe, ale należało je zamknąć z wyraźnym politycznym rozegraniem sprawy, a nie pod drażniącym sztucznością pretekstem. Jasienica rozsyła do redakcji listy oświetlające właśnie ten pretekst – jest to forma protestu. Spotyka się wśród uczestników Krzywego Koła zdania ciekawe. Np. oskarżenia Jasienicy o… prowokację, gdyż w ten sposób prowadził on KK, że władze musiały ingerować: w ten sposób przyczynił się do zamknięcia placówki pewnej liberalnej i swobodnej dyskusji. Zarzuca się Jasienicy, iż zamiast prowadzić Krzywe Koło jako placówkę wolnej dyskusji podejmowanej z pozycji marksistowskich, komunistycznych – uczynił zeń ekspozyturę prawicowej reakcji. Jasienica, gdy mu powiedziano, iż być może decyzja będzie cofnięta – skoro pretekst jest tak nieprawdziwy, odpowiedział, że „do tego teraz trzeba dwóch, zgody dwóch” – dał do zrozumienia, że Krzywe Koło może nie chcieć istnieć.W każdym razie decyzja zamknięcia pod takim pretekstem budzi duże zastrzeżenia. (KO „33” o zamknięciu KKK, 7.03.1962 r.) KP „Grześ” dostarczył mi w toku spotkania materiały omawiające sytuację materialną członków warszawskiego Koła Młodych przy OW ZLP. W uzupełnieniu KP dodał, że w najbliższej przyszłości planuje się uporządkowanie spraw młodych literatów. Zmiany pójdą w kierunku rozwiązania dotychczas istniejącego Koła Młodych przy OW ZLP, a następnie stworzenia nowego Koła Młodych Literatów na bazie Klubu Korespondencyjnego Młodych Pisarzy przy ZG ZMW, Klubu Literackiego przy klubie studenckim „Hybrydy” oraz Koła Młodych Polonistów przy Wydziale Filologicznym UW. Z dotychczasowego Koła Młodych przewiduje się do zakwalifikowania około siedmiu początkujących literatów. (KP „Grześ”, czyli Henryk Gaworski, 19.04.1968 r.) Poniżej przytoczę opinie i poglądy literatów z tzw. grupy starców dotyczące procesu Melchiora Wańkowicza. Są to zebrane i podzielone na poszczególne nazwiska wypowiedzi dotyczące różnych faz procesu, wygłaszane na terenie PIW, Zw[iązku] Literatów oraz w domach prywatnych o okresie od 10 listopada do 28 listopada br.: Antoni Słonimski z uporem maniaka powtarza, że były i są inne formy wydalania wrogów ustroju z kraju (uważa za dobrą i słuszną formę, w jakiej swego czasu i podobno jeszcze dziś robią władze francuskie. Osławiona metoda policji [Julesa] Mocha, odstawianie podejrzanych o komunistyczną robotę cudzoziemców w ciągu 24 godzin na lotnisko, bez dyskusji i możliwości interwencji w ambasadach). Tego typu metody popiera Słonimski, uważając je za bardzo słuszne i humanitarne, natomiast proces przeciw M.W. jest jego zdaniem „dręczeniem zasłużonego dla spraw literatury polskiej staruszka”. Jan Józef Lipski bardzo egzaltował się całym przebiegiem sprawy Wańkowicza. Rozpatrywał każde posunięcie prokuratora z aspektu prawnego. Notował co wieczór wszystkie komentarze Wolnej Europy i konfrontował je w dzień z bezpośrednimi wiadomościami z sali sądowej. Bardzo podobała mu się obrona Wańkowicza, ale wypisał wiele nieścisłości i nielogiczności w jego przemówieniu. Lipskiemu bardzo chodziło o to, żeby proces odbił się głośnym echem w całym społeczeństwie, ale w sensie negatywnym. Napisał około 20 listów do Krakowa i Lublina do swoich przyjaciół (nazwisk, niestety, ani razu nie wymieniał), komentując przebieg procesu i zalecając słuchanie Wolnej Europy, bo „nasze stanowisko coraz częściej pokrywa się z komentarzami Zachodu, to smutne, ale prawdziwe” (stwierdził w ten sposób parę razy). W bardzo wąskim gronie Lipski wyraził się, że mimo niedobrej metody procesu, to jednak „ten Wańkowicz to duża świnia”.Artura Sandauera już od dawna nazywają w tym środowisku człowiekiem strachu. W okresie procesu i zaraz po tym nigdzie się nie udzielał. Pokazał się mocno przerażony po historii z J. N. Millerem. Zjawił się w PIW, żeby się dowiedzieć, „jak to było”. Opowiedział mu Duracz. Przeraził się najbardziej zainteresowaniem władz „Kulturą” paryską i jej wydawnictwami. Rozpaczał: „Mam tyle tego, gdzie ja to wyniosę, teraz nikt nie weźmie ze strachu na przechowanie!”. (TW „Ewa”, czyli Zofia O’Bratenny, żona Pawła Jasienicy, 3.12.1964 r.) 28 lutego 1968 r. o godzinie 19 widziałam się z Pawłem Jasienicą, który przekazał mi następujące wiadomości: […] Wystąpienie Jasienicy będzie zależne od wytworzonej na sali sytuacji, z tym że bardzo szybko będą on i Kijowski starać się o zapisanie do głosu, ponieważ liczą się oni z dużą ilością chętnych, która to ilość może zablokować miejsca. Jasienica na pewno w swym wystąpieniu poruszy sprawę antysemityzmu, którym kompromitujemy się przed całym światem. I niewykluczone, że będzie występował w obronie młodzieży uniwersyteckiej. Nic go nie zdołało przekonać, żeby nie ruszał problemów żydowskich, na pewno z całą ostrością poruszy to zagadnienie i łączące się z tym różne prowokacje polityczne i – jego zdaniem – jak najbardziej wiąże się z tym sprawa „Dziadów”. (TW „Ewa”, czyli Zofia O’Bretenny, żona Pawła Jasienicy, 29.02.1968 r.)Przeprowadzić najpierw weryfikację w łonie paruosobowej ścisłej komisji, która bez pośpiechu, dokładnie przedyskutuje każdego oddzielnie członka ZLP – bez jego uczestnictwa. To będzie praca na parę tygodni. W jej efekcie osiągnie się następujący podział: I. Pisarze autentyczni, prawdziwi, którzy są, politycznie biorąc, po stronie partii i rządu, tych trzeba zostawić w ZLP i w spokoju.II. Pisarze autentyczni, prawdziwi, których stanowisko polityczne jest niejasne, skryte, którzy być może głosują w masie przeciw partii, ale się nie wypowiadają, nie angażują. Trzeba ich zostawić w spokoju, choć należy unikać, aby mieli okazję do takich głosowań politycznych. To już jest jednak inna sprawa. III. Pisarze autentyczni, prawdziwi, którzy są zdecydowanie przeciw partii i rządowi, którzy tak działają lub działali. Tych jednak trzeba w ZLP zostawić, dążąc do osłabienia ich otoczenia, otoczki politycznej. IV. Pisarze, którzy tak naprawdę to pisarzami nie są, pisarze zadni – tych jest sporo – którzy zajmują stanowisko po stronie partii i rządu. Tych trzeba w ZLP tolerować, zostawić, nie ruszać ich, jako że oni są niezbędni dla przeciwdziałania pisarzom z grupy II i III. A tych m.in. dotknęłaby weryfikacja grupowa i dlatego nie należy jej robić. V. Pisarze zerowi o nieujawnionym, niejasnym, być może nam niechętnym stanowisku politycznym. Tych należy zewidencjonować ściśle i wobec każdego z nich należy oddzielnie rozpatrzyć sposoby pozbycia się ich. Sposoby takie jak: tłumacz do tłumaczów, inny – składki, jeszcze inny – coś innego. Być może, że nie uda się pozbyć wszystkich, ale trzeba poczynić starania. Wiedząc, jaki zakres ilościowy tutaj występuje. A tego nie wiemy. VI. Wreszcie grupa ostatnia: pisarze zerowi, o wyraźnym, przeciw rządowi i partii obliczu i działaniu politycznym (np. Bartoszewski, Krzysztof Wolicki, nawet – tu już można dyskutować – Jan Józef Lipski) ich jest pewna ilość. W stosunku do tych należy – z o wiele większą inwencją i energią – znaleźć indywidualne sposoby, by każdego z nich wyeliminować z ZLP. (Konsultant „33” o weryfikacji członków ZLP, 14.01.1982 r.) Zaskoczeniem były te spektakle, w których dochodziło do rozbierania się, zwłaszcza mężczyzn. Np. „Comuna Baires” z Argentyny, „Le Plan K” z Brukseli, C.U.T. z Meksyku. Jedynie zespół z Nancy, występujący ze sztuką Gombrowicza „Iwona, księżniczka Burgunda” potrafił z nagości zrobić chwyt artystyczny. Pozostałe rozbieranki były na granicy kabotyństwa i tak też ocenione przez publiczność, mimo iż się tym trochę podniecała. (TW „Zdzisław” o V MFFTO, 7.11.1975 r.) Opracował Sebastian Ligarski
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL