fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Maciej Rybiński: Michnik gra na trąbie, choć nie umie

Maciej Rybiński
Fotorzepa, Darek Golik
Od tytułu wpływowego dżentelmena zaszczytniejsze i bardziej pochlebne jest osadzenie mnie przez Michnika w gronie jego osobistych wrogów – pisze Maciej Rybiński
W minionym tygodniu spotkały mnie dwa miłe wyróżnienia. Miesięcznik „Gentleman” wpisał mnie na listę 100 najbardziej wpływowych dżentelmenów w Polsce, przyznając tytuł najdowcipniejszego komentatora współczesności, a Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” umieścił mnie w spisie swoich typów. Znowu znalazłem się w sytuacji, jak wiele lat temu w Bonn, kiedy na jakimś przyjęciu, w toalecie urzędu kanclerskiego powiedziałem do Klausa Kinkela:
– Przed chwilą ściskałem dłoń kanclerza, teraz sikam obok ministra spraw zagranicznych. Sam nie wiem, którą okoliczność cenić bardziej.
Dziś skłaniam się ku laniu, toteż wydaje mi się, że zaszczytniejsze i bardziej pochlebne od tytułu wpływowego dżentelmena jest osadzenie mnie przez Michnika w gronie jego osobistych wrogów. Pod warunkiem że Michnik nadal nie będzie miał realnej możliwości osadzenia nas gdzie indziej.
W ankiecie, jaką wypełniałem dla „Gentlemana”, podałem moją ulubioną definicję dżentelmena. Jest to facet, który potrafi grać na trąbie, ale nie gra.
W świetle tej definicji Adam Michnik nie jest dżentelmenem ani od przodu, ani od tyłu. Gra na trąbie, choć nie umie. Aby naśladować Kisiela, trzeba mieć choć szczątkowe poczucie humoru. W odniesieniu do własnej osoby jest to poczucie śmieszności. Taki zdrowy rodzaj autorefleksji.
Niestety, ideolodzy, dogmatycy, kaznodzieje uliczni i guru sekt są zawsze, nieodmiennie śmiertelnie poważni. Wszystkie próby naśladowania żartów ludzi wolnych i umysłowo niezależnych, obciążone i ograniczone doraźnym celem propagandowym, kończą się żałośnie. Tak i w tym przypadku, gdy nieudolne naśladowanie sporządzonej w stanie wojennym przez Kisiela listy partyjnych propagandzistów na usługach Jaruzelskiego i Kiszczaka (bądź co bądź ludzi honoru) doprowadziło Michnika do umieszczenia obok siebie Marka Barańskiego i Ryszarda Bugaja. Chociażby.
A przecież dla zachowania choćby pozorów obiektywizmu Adam Michnik mógłby dodać do tej listy kogoś ze swego otoczenia. Choćby Lesława Maleszkę – „Ketmana”, do ubiegłego tygodnia redaktora tekstów publicystycznych w „Gazecie Wyborczej”. Jak się na liście pomyślanej jako spis szumowin umieszcza Bronisława Wildsteina, to dla Maleszki też powinno się znaleźć miejsce.
W ogóle Nadredaktor mógłby na chwilę zleźć z cokołu, napić się wyjątkowo zimnej wody i popatrzeć, jakie to też typy wyhodował na własnym łonie. W tym samym numerze „Gazety Wyborczej” ukazały się obszerne analizy psychologiczno-polityczne autorów najgłośniejszej dziś książki historycznej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka.
Autorami sylwetki Gontarczyka są Wojciech Czuchnowski i Adam Leszczyński. Oto fragment, ciurkiem jak leci. „W rodzinnym Żyrardowie, gdzie pod koniec lat 80. kończył liceum, Gontarczyk nie został zapamiętany z aktywności społecznej czy politycznej. Dopiero podczas studiów na Wydziale Nauk Politycznych UW wstąpił do korporacji akademickiej Res Publica.
I to właśnie ruch korporancki – według samego Gontarczyka – jest formacją, która najmocniej ukształtowała jego światopogląd. W 1938 r. Związek Polskich Korporacji Akademickich uchwalił rezolucję, w której czytamy m.in „Ustawodawstwo polskie winno pozbawić Żydów wszelkich praw politycznych. Podobnie ustawowo musi być odjęta żydostwu możność oddziaływania na dusze społeczeństwa polskiego, tak w dziedzinie prasy, radia i teatru, jak i nauczania”„.
I wszystko jasne. Pogromca „Bolka”, lustrator zawołany uchylał się od pracy społeczno-politycznej w końcu lat 80., ale w 1938 był już walczącym antysemitą. Szkoda, z punktu widzenia „Gazety”, że Lech Wałęsa nie jest z pochodzenia Żydem. Dopiero wtedy można by przenieść całą dyskusję o faktach i dokumentach na właściwy i pewny grunt.
Współautor tego tekstu Wojciech Czuchnowski jest wybitnym specjalistą od moralnie słusznych manipulacji. Dwa lata temu, kiedy redakcja krakowskiego „Dziennika Polskiego” jako pierwsza w Polsce przeprowadziła lustrację swoich dziennikarzy, Czuchnowski oburzył się, przypominając, że zarząd Jagiellonii, wydawcy dziennika, składa się z dziennikarzy aktywnych w PRL, zaś wiceprezes Tomasz Domalewski był członkiem PZPR. Kiedy okazało się, że Domalewski nigdy w partii nie był, Czuchnowski tłumaczył, że taką wiadomość powziął od anonimowego informatora. Ładne, co?
Roman Daszczyński z kolei zajął się duchową sylwetką Sławomira Cenckiewicza. Składają się na nią dwa najważniejsze elementy. Po pierwsze – tradycyjnie katolickie przekonania religijne, co naturalnie musi Cenckiewicza całkowicie dezawuować jako historyka, a po drugie – sprawy rodzinne. Dziadek Cenckiewicza był ubekiem i denuncjatorem, czego jego wnuk, mając takie możliwości, nie ukrył. Nie powyrywał kartek, nie zniszczył dokumentów. Ujawnił. Jest oczywiste, że człowiek o tak zbrodniczym charakterze nie cofnie się przed niczym.
Swoją drogą, o ile pamiętam, już nie tylko analizowanie, ale nawet wspominanie o parantelach rodzinnych rozmaitych osobistości, niezamieszanych w popieranie lustracji i badanie dokumentów IPN, na czele z Adamem Michnikiem, jest podłością i rynsztokiem. Ale „Gazeta” nie z takimi sprzecznościami sobie radziła.
Co łączy Cenckiewicza i Gontarczyka? Przeświadczenie, że rewolucja francuska była dziełem masonerii. Tu akurat obaj historycy się mylą, chyba że masoni też mieli dość płacenia ceł za wino na rogatkach Paryża. W Paryżu wino było trzykrotnie droższe niż za murami. Rewolucja wybuchła naprawdę 11 lipca 1789 roku, kiedy dwaj łotrzykowie,Monnier i Darbon spalili rogatkę celną w okolicach Rue St. Lazare.
Cło na wina, a nie ideały oświecenia były powodem powstania. Przez dwa lata rocznicę rewolucji obchodzono 11 lipca, dopiero potem Zgromadzenie Narodowe uznało, że to nie wypada i przeniosło święto na 14 lipca, dzień zburzenia Bastylii.
Parę lat temu, kiedy występowałem w kabarecie Pod Egidą u Janka Pietrzaka, przez kilka przedstawień zbierałem spory aplauz za dowcip tej treści: „Buchalter z Wieliczki po powrocie do domu zastał żonę w łóżku z kochankiem. „Gazeta Wyborcza” potępiła męża za dziką lustrację”.
Było to wiele lat temu i nic się nie zmieniło. Buchalter ciągle zastaje żonę z kochankiem, a „Wyborcza” nadal go potępia. Teraz to potępienie zostało nawet, mówiąc zgodnie z nowymi kanonami poprawnej polszczyzny, ubogacone. Buduje się przekonanie, że wszelkie badanie przeszłości, a już zwłaszcza ogłaszanie efektów tego badania nie jest rezultatem przemożnego wpływu i na jednostki, i na społeczeństwa jednego z najpotężniejszych czynników życia – ciekawości. Pragnienia wiedzy. Ciekawość, pierwszy stopień do piekła, więc lustrację napędza spisek, zmowa, działanie ciemnych i wstecznych sił. Nazwiska znane redakcji. Oczywiście „Gazety Wyborczej”.
A co z prawdą? Prawda została już dawno zlustrowana i wypadła negatywnie. Nie nadaje się na dzisiejsze czasy. Jest za mało relatywna.
Autor jest publicystą i felietonistą dziennika „Fakt”
„Rzeczpospolita” i Polsat News podały informację, że polski wywiad stracił kontakt z kilkoma agentami w miejscach kluczowych dla naszych interesów (...). Jeżeli informacja jest prawdziwa, jest prawdziwą sensacją (...) i z pewnością zasługuje na pierwszą stronę w ogólnopolskiej gazecie i komentarze redakcyjne. Jednak notatka „Rz” była ledwo zauważalna, co jest o tyle dziwne, że każda redakcja chwali się własnymi informacjami (...). Zapewne większość czytelników „Rz” do niej nie dotarła, gdyż wcześniej musiała się przedrzeć przez kilka sążnistych kolumn poświęconych rzekomej współpracy Lecha Wałęsy z tajnymi służbami PRL.
Publicysta Witold Gadomski w „Gazecie Wyborczej” (21 – 22.06.2008)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA