fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Wskoczę jeszcze do niejednego basenu

BULLS
Z Angeliną Jolie rozmawia Barbara Hollender
Rz: Przed laty dziennikarze pisali, że Angelina Jolie robi sobie kolejne tatuaże, bawi się nożami, kocha seks i ekstrawaganckie wybryki. Ostatnio w kolorowych magazynach ukazują się pani zdjęcia z Bradem Pittem i gromadką dzieci. Z „niegrzecznej dziewczynki” zamieniła się pani w ambasadora dobrej woli Komisji do spraw Uchodźców przy ONZ i stateczną matkę.
Młodość nie jest łatwa. W każdym razie moja była pełna kompleksów. Wychowywałam się bez ojca, brakowało mi pewności siebie, miałam nadwagę, czułam się nieatrakcyjna i niekochana. Stale musiałam udowadniać sobie i światu, że jestem niezależna, silna i niesztampowa. Szalałam. Byłam punkiem w kurtce nabijanej gwoździami, z kolorowymi włosami. Ale całe to wariactwo wynikało z niepewności. Dziś jestem dojrzałą kobietą i wiem, co jest naprawdę ważne. Dlatego się uspokoiłam. Choć buntuję się, gdy ludzie usiłują mi wmówić, że straciłam fantazję i spontaniczność. Po prostu weszłam w inny etap życia. Nikt nie pozostaje do śmierci nastolatką.
Czy to życiowe dojrzewanie ma wpływ na pani wybory zawodowe? Od czasu „Przerwanej lekcji muzyki” zawsze przeplatała pani kreacje w filmach poważnych i dramatycznych rolami w hitach w rodzaju „Lary Croft”. To się chyba nie zmienia?
Zostałam aktorką, żeby się nie nudzić. Lubię zmieniać światy, czasem powiedzieć z ekranu coś ważnego, a czasem dobrze się bawić. Poza tym każda rola kosztuje. Kiedy w „Cenie odwagi” grałam Mariane Pearl, na wiele tygodni stałam się kobietą, która szuka męża porwanego przez terrorystów w Pakistanie, a potem musi przeżyć wiadomość o jego egzekucji. Proszę mi wierzyć, że byłam potwornie zmęczona, nie mogłam wieczorami zasnąć. Takie stresy trzeba odreagować. Lekkie kino akcji wydaje się wtedy wybawieniem.
Użyczenie swego głosu tygrysicy z „Kung Fu Pandy” też było taką ucieczką?
Tak, zwłaszcza że moja bohaterka jest wyjątkowo interesującym stworzeniem. To typ bojowniczki. Niezależnej i silnej. Zawsze imponowały mi takie osobowości. Poza tym lubię tygrysy, bo na pierwszy rzut oka widać, że są majestatyczne i pełne godności. Jeden z moich tatuaży przedstawia właśnie to zwierzę. Poza tym dubbing jest bardzo sympatyczną pracą. Aktorzy nie robią tego dla pieniędzy. Raczej dla zabawy, dla nieograniczonej wolności, którą mają jako osły, misie i rekiny. Na chwilę znów czują się dziećmi, puszczają wodze wyobraźni. Zakosztowałam wcześniej takiej przyjemności w „Rybkach z ferajny”. Przy „Kung Fu Pandzie” miałam dodatkową motywację. Akcja tego filmu zatopiona jest w azjatyckiej kulturze, a dwoje moich dzieci pochodzi właśnie z tamtego kontynentu.
Wychowuje je pani w poszanowaniu dla własnych korzeni?
Oczywiście! One są Amerykanami, ale dokładnie wiedzą, skąd pochodzą. Chłopcy czują się dumni ze swoich azjatyckich korzeni, a Zahara kocha Afrykę. Myślę, że animacje Dreamworks spełniają ważną rolę. Uczą dzieci tolerancji dla inności, otwierają na inne kultury. Moi synowie byli zachwyceni „Kung Fu Pandą”.
Wkrótce pani rodzina znów się powiększy. Podobno mają być bliźniaki?
Mój kolega z „Pandy” Jack Black nie wytrzymał i obwieścił to w Cannes, podczas naszego wspólnego wywiadu. Musiałam potwierdzić. Tylko proszę nie pytać o ich płeć, sama nie wiem. Chcemy, żeby to była niespodzianka. A swoją drogą, cóż to za informacja dla prasy? Tysiące kobiet rodzi bliźniaki. Jestem już zmęczona tym zainteresowaniem naszym życiem. Zwłaszcza „sensacjami”, o jakich czasem czytam. Raz rozchodzę się z Bradem, raz schodzę. Raz nie dbam o adoptowane dzieci, to znów nie kocham rodzonej córki. A zapewniam: w naszym życiu nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Jesteśmy z Bradem szczęśliwi, że trafiliśmy na siebie. I tyle. A spełniając się w życiu prywatnym, stajemy się odważniejsi przed kamerą.
W ostatnich dwóch latach zagrała pani w kilku filmach, m.in. we wspomnianej przez panią „Cenie odwagi” i „Zamianie” Clinta Eastwooda, świetnie przyjętej w Cannes. Rzeczywiście dostaje pani coraz ciekawsze propozycje i tworzy dojrzałe, dramatyczne kreacje.
Nie umiem mówić spokojnie o Clincie, natychmiast wpadam w euforię. To niezwykły artysta. Reżyser, o jakim marzy każdy wykonawca. Mądry, z charyzmą, doskonale wiedzący, czego oczekuje od operatora, scenografa, wykonawców. A jednocześnie otwarty i miły.
Teraz, z powodu ciąży, od kilku miesięcy pani nie pracuje. Nie tęskni pani za kinem?
Nie. I wcale się przed kamerę nie spieszę. Od roku nie przeczytałam żadnego scenariusza. Nie szukam ról. Najlepiej czuję się w domu. Po porodzie, który planowany jest na sierpień, nie zamierzam wyjeżdżać na plan co najmniej przez rok. Mam jeden projekt, zresztą kina akcji, ale on na mnie poczeka. A potem też nie będę grać tak często. Im jestem starsza, tym bardziej życie staje się ważniejsze od kina.
Macierzyństwo tak panią zmieniło?
Bycie matką jest najpiękniejszą rolą, jaką los mógł mi ofiarować. Sama jestem zaskoczona, że dzieci stały się dla mnie tak ogromnie ważne. Jako dziewczynka nie bawiłam się w dom i nie ubierałam lalek. Potem, kiedy znajomi pytali mnie, czy chcę wziąć na ręce ich dziecko, odpowiadałam krótko: „Nie”.
Co zadecydowało, że postanowiła pani adoptować Maddoksa?
Sama nie wiem. Życie nas czasem zaskakuje. W czasie zdjęć do „Lary Croft” trafiłam do małego sierocińca w Kambodży. Tam było 14 dzieci. Maddox miał wtedy trzy miesiące. Spał. Nagle otworzył oczy i uśmiechnął się do mnie. Cztery miesiące później zaadaptowałam go. Dzisiaj jest już świetnym sześciolatkiem. Ma czteroletniego brata Paksa i trzyletnią siostrę Zaharę. Pax dołączył do nas niedawno. To było nowe doświadczenie, bo kiedy go usynowiliśmy, miał już trzy lata. Na początku wszystkiego się bał i uczył. Przez pierwsze dni spałam z nim w jednym pokoju. Kiedy się w nocy budziłam, widziałam tylko jego wielkie oczy. Pax stał przy łóżku i patrzył na mnie. W naszym domu pierwszy raz w życiu się wykąpał. Tak mu się spodobało, że potem brał po pięć kąpieli dziennie. Nagle rozbierał się i biegł do łazienki. Ale teraz już uwierzył, że ma swoją przystań i że jest kochany. Dwa lata temu przybyła nam też Shiloh, która jest moją biologiczną córką. To była kolejna niespodzianka, jaką przyniosło mi życie. Kiedy zatęskniłam za założeniem rodziny, zawsze myślałam o adopcji. Dopiero, gdy poznałam Brada i zobaczyłam, jak bardzo on kocha Mada i Zaharę, powiedziałam mu: „Dobrze, spróbujmy mieć też własne dziecko”. W sierpniu do Shiloh dołączy kolejna dwójka. Będzie nas już ośmioro. I to jest prawdziwe życie.
Prawdziwe życie to również pani działalność charytatywna. Od kilku lat odwiedza pani obozy dla uchodźców, przeznaczając ogromne sumy na pomoc dla nich.
W Kambodży zobaczyłam tragedie, o jakich mi się w ogóle nie śniło. To tam otworzyły mi się oczy. Po powrocie do Stanów zgłosiłam się do Komisji do spraw Uchodźców, chciałam z nimi współpracować. Od tej pory jestem ambasadorem dobrej woli, jeżdżę do obozów uchodźców, spotykam się tam nierzadko ze wspaniałymi, dzielnymi ludźmi. Staram się organizować dla nich pomoc. W Azji, w Afryce jest tak straszna bieda i taki bezmiar cierpienia, że nie można pozostawać obojętnym. Oboje z Bradem uważamy, że nie wolno strawić życia tylko na zabawie. Los dał nam tak dużo, jesteśmy mu coś winni.
Czy to prawda, że przeprowadzają się państwo na stałe do Europy?
Jeszcze nie jestem pewna. Czytałam w gazetach, że kupiliśmy dom w Szwajcarii, ale to plotka. Nie podjęliśmy ostatecznej decyzji. Choć rzeczywiście szukamy nowego lokum. A właściwie Brad go szuka. On jest w tym doskonały. Zwraca uwagę na wszystko, sprawdza, czy ogród jest słoneczny i dobry dla dzieci, czy pasuje nam rozkład sypialni. Ja jestem w takich sytuacjach bezradna i niepraktyczna. Kiedy adoptowałam Maddoksa, nie byłam jeszcze z Bradem. Przywiozłam chłopca do nowego domu w Anglii, zamówiłam półki na zabawki i książki, a zapomniałam o stole do jadalni. Przez tydzień jedliśmy na podłodze.
Kino przestało być dla pani tak ważne jak kiedyś, za to chętnie mówi pani o dzieciach i domu. Tymczasem kultura masowa potrzebuje odrobiny ekstrawagancji i szaleństwa. Proszę się nie dziwić, że dziennikarze wzdychają do Angeliny Jolie, która dostała Złoty Glob i na przyjęciu, z radości, wskoczyła w ubraniu do basenu...
Tamta dziewczyna nie bardzo jeszcze wiedziała, gdzie jest jej miejsce w życiu. Ja już wiem. A jeśli chodzi o drobne szaleństwa? Wskoczę jeszcze do niejednego basenu.
Przez całe lata była bohaterką skandali, uchodziła za osobę ekstrawagancką i nieokiełznaną. Paparazzi nadal śledzą każdy jej krok, bo razem z Bradem Pittem tworzy najgorętszą parę fabryki snów. Ale córka Marcheline Bertrand i Jona Voighta nie jest lalką masowej kultury, lecz znakomitą aktorką. Jako najmłodsza uczennica trafiła do nowojorskiego Actor’s Studio. Za kreację w „Przerwanej lekcji muzyki” zdobyła Oscara. Ważne role zagrała m.in. w filmach: „Gra w serca”, „Udając Boga”, „Kolekcjoner kości”, „Gia” (Złoty Glob), „Lara Croft: Tomb Rider”, „Pan i pani Smith”, „Aleksander”, „Dobry agent”, „Cena odwagi”, „Zamiana”. 4 lipca na polskie ekrany wejdzie film „Kung Fu Panda”, w którym użyczyła głosu Tygrysicy.
W rozmowie jest otwarta i bezpośrednia. Opowiada o dzieciach, miłości do męża, szczęściu. Niczego nie udaje. Nie musi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA