fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Śpiewam, bo mi smutno

Ania Dąbrowska na planie teledysku nowej piosenki „Nigdy więcej nie tańcz ze mną”
Asia Karwecka
Rozmowa z Anią Dąbrowską. Wokalistka wydała trzecią solową płytę, "W spodniach czy w sukience?". Opowiada "Rz" o samotnym dzieciństwie, studiach z psychologii i gustach polskich słuchaczy
Rz: Skąd bierze się smutek pani piosenek?
Ania dąbrowska: Taka moja natura. Zawsze wyraźniej widziałam minusy niż plusy, byłam samotnikiem. W dzieciństwie zamykałam się w pokoju z magnetofonem i ulubionymi kasetami. To był mój bunt. Inne dzieci uciekały z domów, jeździły po dyskotekach i piły wino w krzakach. Ja nie. Byłam zadżumionym, zakapturzonym dzieckiem. Chyba taka się urodziłam.
To niemożliwe – taką się urodzić.
Wcześnie straciłam ojca, mama sama wychowywała mnie i siostrę. Czasy były świeżo postkomunistyczne, nie mogłyśmy sobie na wiele pozwolić. Nie miałyśmy dostępu do zabawek, słodyczy. Dnie spędzałyśmy same w domu. Może stąd ten smutek.
Wielu muzyków traktuje komponowanie i pisanie tekstów jak autoterapię. Czy pani leczy się muzyką?
Nie potrafiłabym samej sobie pomóc. Kiedy piszę, nie stawiam takich pytań. Ale zabawna rzecz dzieje się już po wydaniu płyt, kiedy spotykam się z dziennikarzami. To ich analizy dają mi najwięcej, wtedy uświadamiam sobie, o czym są moje teksty.
Co nowego wie pani o sobie po nagraniu "W spodniach czy w sukience?"?
Mam syndrom ciągłego niespełnienia w muzyce. Dążę do czegoś nieokreślonego, jeszcze tego nie osiągnęłam. Jestem z płyty zadowolona, ale to wciąż nie to.
Może, goniąc naprzód, traci pani szansę, by ucieszyć się tym, co się udało?
Radość nie jest moją mocną stroną. Rzadko się ekscytuję. Bardziej cieszę się z wakacji w Chorwacji niż z wydania płyty. Bo nie wiążą się ze stresem ani pracą. Długie godziny w studiu to mój żywioł, lubię wymyślać coś z niczego. Ale nie chce mi się promować muzyki – jeździć, wcześnie wstawać.
Jak większość artystów przed wydaniem singla testuje pani reakcję stacji radiowych. Czego nie chcą grać?
Wszystkiego, co się różni od ich oferty. Niebezpieczne są nowe elementy kompozycji, nieznane albo bardziej skomplikowane. Mogą spowodować, że słuchacz zmieni stację. Przyjęło się u nas, że rację ma większość. Jej gust plasuje się gdzieś między tanim disco a jazzem. Muzyka środka brzmi miałko, nie budzi emocji, i takie są polskie radia.
Dostosowuje się pani do tych realiów?
Nie muszę, po prostu jestem wokalistką popową. Wychowałam się na piosenkach, które mają czytelną melodię. Nie szukam eksperymentów, cenię dobry śpiew.
A nie marzyła pani, by nagrać coś, czego jeszcze nie było?
Można wyprzedzić czas, ale nie można tego zaplanować. Nie chcę robić niczego na siłę, bo stanę się niewiarygodna. Może właśnie to jest mój cel: stworzyć coś, co dla mnie samej będzie odkryciem. Widocznie jako muzyk i człowiek jeszcze do tego nie dojrzałam.
Kiedy po raz pierwszy zdała sobie pani sprawę z upływu czasu?
Kiedy skończyłam 25 lat. Zastanawiałam się, co będzie potem, po życiu. Rozważałam swoją wiarę i niewiarę w Boga. Zadawałam sobie wielkie pytania.
Znalazła pani odpowiedzi?
Wolę żyć w nieświadomości. Zrozumiałam jednak, że zdarzało mi się robić wiele rzeczy bez sensu, pisać piosenki bez natchnienia. Poczułam, że jestem wokalistką stojącą gdzieś pomiędzy – trochę niezwykłą, a trochę zwyczajną. Na więcej nie umiałam sobie pozwolić. Zabrakło mi odwagi, obawiałam się, co pomyślą inni. Może z wiekiem będę uważniej słuchać siebie.
Żyje pani w Warszawie, która ponoć roi się od dziewczyn niezależnych i skupionych na karierze.Tymczasem kobiety z pani piosenek tęsknią, opłakują straty, nie mogą zapomnieć.
Wychowałam się w malutkim mieście i pamiętam, że panie były tam nieistotnym ogniwem, nie one podejmowały decyzje w relacjach. Same narzucały sobie tę rolę – chętniej słuchały, niż robiły coś samodzielnie, pytały o pozwolenie, nie odchodziły, starały się za wszelką cenę utrzymać związek. Moje piosenki są nie tylko wyrazem smutku, ale i niepewności, jak postępować z mężczyzną. Słyszałam zarzuty, że jestem nie dość wyemancypowana, bo ciągle śpiewam o facetach, jakby byli niezbędni do życia. Ale ja uważam, że kobiety się okłamują. Ich dążenie do niezależności to mit.
Zna się pani na chorobach duszy?
Więcej wiem o mózgu. Studiowałam psychologię kliniczną. Interesowała mnie biologiczna strona naszego życia, neurologia i to, jak mózg stymuluje zachowania. Aspekty psychologiczne zajmowały mnie mniej.
A kiedy słyszy pani, że przybywa pacjentów psychoterapii i studentów psychologii, myśli pani: jest z nami coraz gorzej, bo sobie nie radzimy, czy przeciwnie: jest coraz lepiej, bo staramy się siebie zrozumieć?
Nie wierzę, że jako naród stajemy się dojrzalsi. Ludzie po prostu zdali sobie sprawę, że wiedza psychologiczna zwiększa szanse na rynku pracy, w reklamie i marketingu. Świat opiera się na sprzedaży i popycie.
Czy popularność pani piosenek nie dowodzi jednak, że chcemy przeżywać, być refleksyjni?
Cieszę się, że dotarłam do ludzi gotowych widzieć swoje życie w bardziej skomplikowanym wymiarze. Ale moje piosenki nie należą do najpopularniejszych. Na świecie dominują osoby, które nie chcą się zagłębiać w uczucia, bo uważają, że nie jest im to do niczego potrzebne.
Do niczego?
Na pewno nie do szczęścia. Trudne przeżycia wzbogacają nas, dają doświadczenie, ale nie uszczęśliwiają.
Piosenki delikatne jak porcelana
Cudowna płyta dla dziewczyn, można się w niej przeglądać jak w lusterku. Będzie ratunkiem w chwilach melancholii, idealną towarzyszką samotnych podróży, balsamem na zawiedzione nadzieje. Ania Dąbrowska nagrała najciekawsze, najbardziej wyrafinowane i zróżnicowane piosenki w karierze. Każda jest bogata i pieszczotliwie dopracowana. W tyle prostych, co zaskakujących tekstach Dąbrowska dotyka sedna, ale robi to delikatnie. Z uczuciami obchodzi się należycie – jak z porcelaną. Słowa łatwo poddają się pięknym melodiom. W utworach jest co odkrywać, w czym zasmakować. Już przez otwierającą "Turu Tu Tu" przemyka Leszek Możdżer i zostawia baśniowe solo. "Ciągle mylę cię z nim" muska brzmieniem coraz to nowych instrumentów. "Póki mi starczy sił" rozwija się powoli, do łagodnego fletu dochodzą ożywiające smyczki i stylizowana na retro partia gitary. Z takim smakiem nagrywali mistrzowie soulu lat 60. Tytułowy utwór ma co najmniej dwie nieodparte zalety: wciągającą klubową dramaturgię i świetną opowieść o niekończącym się żalu. Kołysanka "Smutek mam we krwi" pomaga utulić wątpliwości. Najbardziej pomocne okazują się trąbki – jasne promyki, obiecują: będzie lepiej. Te piosenki od razu wydały mi się bliskie. Pasują jak ulubione spodnie albo idealnie skrojona sukienka. Nie chcę się z nimi rozstawać. Kiedy cichnie ostatni utwór, włączam płytę jeszcze raz.
Paulina Wilk
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA