fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wildstein – zły człowiek

Redaktor naczelny „Dziennika” daje nam do zrozumienia, że aby być dobrym konserwatystą, Bronisław Wildstein powinien znów zostać masonem. Ale niepiśmiennym – najnowszy artykuł Roberta Krasowskiego omawia publicysta „Rzeczpospolitej”
Trudno nie mieć żalu do Bronisława Wildsteina. Zacofanie Polski, brak autostrad i ciepłej wody w kranie, kury, które nie niosą jajek, niekorzystne położenie geopolityczne między Niemcami a Rosją – to wszystko jego wina.
Jest przy tym postacią po dwakroć złowrogą, bo zamiast szkodzić Polsce otwarcie, z honorem, robi to w przebraniu tak chytrym, że trzeba było dopiero Roberta Krasowskiego, by zdemaskować zbrodniarza. Artykułem „Nowoczesność i jej mesjanistyczni wrogowie” redaktor naczelny „Dziennika” oddał jednak wielką przysługę Polsce i Polakom, przysługę, której bez wątpienia naród mu nigdy nie zapomni.
Kimże więc jest Wildstein? Przede wszystkim byłym „członkiem loży masońskiej”, który odkrył, że „budowanie autostrad kończy się gejowskimi ślubami”, co doprowadziło go do tego, że „konserwatysta stał się amiszem” (to fakt, chadza ubrany na czarno). Przybył do Polski z Paryża, by zgodnie z masońskim światopoglądem walczyć o „triumf świeckiego rozumu nad religijnymi przesądami i nad terrorem obyczajowym”, ale potem „przytulił się do prawicowych środowisk” i po tym tuleniu jest, „jakby wyszedł z rąk speców Amwaya” i ma „przeprany mózg”. Niestety, nie udało się przy okazji zdemaskować Wildsteina jako Żyda, ale pewnie i na to przyjdzie czas.
Ów masoński amisz w wyniku prania mózgu postanowił bronić religii, rodziny, własności, narodu, ładu moralnego, hierarchii dóbr i porządku prawnego przed tymi, którzy chcą powyższy zestaw atakować (antyglobalistami, ekofaszystami, lobby gejowskim itd.). Zasilił więc tym samym szeregi tych, którzy uważają, że „z winy trakcji elektrycznej kury przestają się nieść” (w ten zarzut jako jedyny trudno uwierzyć, bo akurat amisze przebywają z kurami na co dzień, więc wiedzą dobrze, czemu się niosą lub nie). W dodatku wszystko to mówi „językiem Jerzego Roberta Nowaka” i to w „radiomaryjnym stylu”.
Jak wiadomo, styl to człowiek. Zbrodniczy stylista Wildstein miałby szanse na odkupienie win, gdyby nie jego retoryka. Gdyby „tezy Wildsteina przepisać na normalny język” twierdzi Krasowski, to jeszcze można by się o nie spierać. Ale problem konserwatyzmu polskiego „nie polega na ideach, które głosi, ale na sposobie, w jaki to robi. A jest to sposób chorobliwy, egzaltowany, przepojony bez mała religijnym poczuciem misji”. Ale dlaczego konserwatywny amiszowski mason Wildstein wyraża swe poglądy w tak dziwny sposób? Odpowiedź jest prosta – bo jest pisarzem, a nawet gorzej niż pisarzem: jest literatem. „Polskiej prawicy przytrafiło się to, że ton jej nadają literaci” – pisze redaktor naczelny „Dziennika”. „Nie ludzie czynu, ale pióra”, w dodatku „tacy, którym los nie dał spodziewanego przez nich sukcesu”. Nie od dziś wiadomo, do czego prowadzą takie frustracje. Niespełnieni malarze zostają Hitlerami, nieudani klerycy – Stalinami, a niespełnieni literaci – Wildsteinami. Mason Bronisław został Kasandrą polskiej prawicy i z zemsty za brak poklasku podjął „codzienny wysiłek zbawiania świata”. Trzeba działać, póki czas, bo szybko ktoś wyda dzieła zebrane Wildsteina w nakładzie co najmniej miliona egzemplarzy i opłaci klakę albo nasz świat zginie w płomieniach, bo Wildstein dalej będzie go zbawiał. Albo to, albo ustawa dewildsteinizacyjna.
„Krytykuję polskich konserwatystów nie za to, że są konserwatystami, ale ponieważ nimi nie są” – prawi dalej Robert Krasowski, jasno wskazując Wildsteinowi, co teraz powinien zrobić, by dokonać ekspiacji. Skoro jego obecna postawa czyni go łże-konserwatystą, powinien czym prędzej zmienić nawyki. Nie przytulać się do prawicy, nie być antykomunistą, zrezygnować z bycia amiszem, nie walczyć z antyglobalistami, ekofaszystami i lobby gejowskim, a nade wszystko nie pisać książek. Od pisania książek miesza się w głowie. Gdyby jeszcze powrócił do boju o „triumf świeckiego rozumu nad religijnymi przesądami i nad terrorem obyczajowym”, byłby zapewne konserwatystą idealnym. Krótko mówiąc – po to, by być dobrym konserwatystą, Wildstein powinien ponownie zostać masonem, tylko niepiśmiennym. Zła wiadomość to taka, że masoni też chcą zbawiać świat, tyle że inną drogą.
Nie wiadomo jednak, czy w ogóle jest sens ratować Bronisława Wildsteina. Jego kazus podobno pokazuje „nienormalność polskiej polityki. Nie tylko prawicowej. Całej”. Znaczy lewicowej i centrowej też. Wildstein jako dowód nienormalności Kwaśniewskiego, Millera i Geremka? Jest dużo gorzej. „Każdy z nas może być kolejnym Wildsteinem” – przestrzega redaktor naczelny „Dziennika”. Czyli jednym z ludzi, których zbrodnia polega na tym, że „może i chcą” nowoczesnej Polski, „ale nigdy o tym nie mówią”. Mają także „idealistyczne mózgi”, „pielęgnują narodowe cmentarze” i mówią, że „Europa nie jest warta mszy”, cenią nie „zimny rozum”, lecz „sentymentalną wrażliwość”. W dodatku uważają, że „modernizacja to dla nas podejrzana sprawa”. Nie wiadomo co prawda, w której książce literat Wildstein to wszystko napisał, ale kto wie – może zamierza napisać?
W tej sytuacji potępienie to za mało. Ktoś powinien zamknąć Bronisława Wildsteina w izolatce. I to szybko, nim będzie za późno. Przecież – jak pisze Krasowski – „siła Polski jest celem, przy którym wszystkie ideowe czytanki, owe podziały na prawicę i lewicę, są mało istotną zabawą”. Nie czas żałować masońskich konserwatystów czy konserwatywnych amiszów, gdy idzie o starcie z nieugiętą logiką historii. Jednostka niczym jest, i basta.
Dlatego w następnej ekologicznej torbie dodanej jako gratis do „Dziennika” musi na bank znaleźć się koszulka z nadrukiem „Nie płakałem po Wildsteinie” i zgrabny masoński fartuszek z kielnią w kieszonce. Wtedy cały naród będzie miał czym budować lepszą przyszłość.
Robert Krasowski
Kazus Wildsteina pokazuje (...) nienormalność polskiej polityki. Nie tylko prawicowej. Całej. To światek, do którego można wejść, oszaleć, i nikt nawet nie zauważy różnicy (...).
Wildstein boi się modernizacji, bo uważa, że istnieje prosty związek między postępem w sferze materialnej a zmianami w obyczajowości. Przeanalizował historię Europy i odkrył, że baza kształtuje nadbudowę, że wybudowanie autostrad kończy się gejowskimi ślubami. Co zaprowadziło go do wniosku, że groźni są nie lewacy, ale modernizatorzy. Bo potencjał rewolucyjny mają dziś nie książki lewaków, ale te nowoczesne wynalazki, owe piekielne drogi, supermarkety, a zwłaszcza spływające ciepłą wodą krany (...). Jeszcze na początku lat 90., gdy powrócił z Francji, Wildstein był innym człowiekiem. Miał silnie prorynkowe poglądy, w kwestiach obyczajowych był liberalny, w kwestii państwa był anarchistą, a jeśli chodzi o tzw. konserwatywne wartości, był ich zaprzysięgłym... wrogiem. Jako były członek loży masońskiej, gorąco pragnął triumfu świeckiego rozumu nad religijnymi przesądami i nad terrorem obyczaju.
Polska prawica wydawała się Wildsteinowi skansenem. Jednak ponieważ tylko tu akceptowano jego antykomunizm, przytulił się do prawicowych środowisk. I dziś, po 15 latach korzystania z konserwatywnej gościnności, jest nie do poznania. Jakby wyszedł z rąk speców od Amwaya. Przeprany mózg, z ust wydobywają się drewniane frazesy konserwatywnej Kasandry, która oznajmia koniec, ale nie jednej Troi, lecz całego zachodniego świata. Dawny liberał pisze dziś językiem Jerzego Roberta Nowaka (...).
Spiskowcy – z powagą dowodzi Wildstein – przejęli już władzę nad Europą. „Najbardziej znaczący i wpływowi (...) zakorzenili się już głęboko w instytucjach i władzach dzisiejszej Europy i stanowią w niej najsilniejszą, choć heterogeniczną grupę nacisku”. Dalej Wildstein w radiomaryjnym stylu rozwodzi się nad tym, że celem specgrupy jest zniszczenie kultury, moralności i demokracji. A demokratyczne instytucje współczesnej Europy są jedynie fasadą ukrywającą prawdziwie demoniczną treść (...).
Nasi konserwatyści spoglądają bowiem na świat jak Borat na Amerykę, jak pensjonarka na dom publiczny, jak zakonnica na makijaż Marilyn Mansona. Doczesny świat uznają za do szpiku zły. Wszystko, co w nim atrakcyjne, wydaje im się wabikiem rzuconym przez szatana. W kółko mówią o wartościach, jednak naprawdę myślą o grzesznych przyjemnościach. Za dużo ich na tym świecie, oj za dużo.
To nie jest polityczny konserwatyzm, to maniakalne tropienie usterek świata. Biorące się z nieufności wobec wszystkiego, co wywołuje uśmiech na twarzy. Ludzie wydają im się zbyt szczęśliwi, lasy zbyt zielone, sklepy zbyt dostatnie, seks zbyt kuszący, a filmom brakuje moralistycznych puent. Dlatego działalność publiczną wyobrażają sobie jako zrzędzenie, które ma zniechęcić ludzi do wszelkich przyjemności...
Wieczorami wracają do domu, witają dzieciaki i mówią – tata znowu walczył. Dzieci patrzą z dumą, oni wzruszają ramionami z co wieczór odgrywanym znudzeniem. Bo to przecież nic nowego. Za wartości umierają każdego dnia (...).
Była już mowa o szkodach, jakie te brednie przynoszą polskiemu konserwatyzmowi. Pozostaje jeszcze problem drugi, znacznie poważniejszy – a mianowicie szkody, jakie to myślenie przynosi całej polityce państwowej.
W mojej ocenie szkody te są ogromne.
Prawicowy lament upadających wartości przywrócił polskiej polityce romantyczno-mesjanistyczny charakter. Znowu kieruje nią nie zimny rozum, ale sentymentalna wrażliwość, która się wzrusza w muzeach, a nudzi, gdy słyszy o inflacji i PKB. Która chce silnej Polski, ale silnej zupełnie inną siłą niż współczesne narody. Polski silnej wartościami.
Utrzymamy surowe obyczaje, zbudujemy kilka nekropolii i w ten sposób wygramy wyścig z Francją i z Niemcami o wpływy w Unii (...)
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA