fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Tłoczenie soków jabłkowych to dla mnie nie tylko biznes

materiały prasowe
Rozmowa | Nie zamierzam walczyć niską ceną o miejsce na półkach – mówi Krzysztof Maurer, właściciel Tłoczni Maurer z Zarzecza k. Łącka.
Rz: W Polsce zapanowała moda na tłoczone soki. Konkurencja pomaga czy przeszkadza?
Krzysztof Maurer: Jestem jednym z pionierów tłoczenia soków jabłkowych w Polsce, a ich produkcja jest dla mnie nie tylko biznesem, ale przede wszystkim pasją. Dlatego niepokoi mnie zalew tanich produktów, które mają niewiele wspólnego z prawdziwym tłoczonym sokiem, o czym świadczą ich niskie ceny. Nie da się wytłoczyć dobrego soku, którego 5-litrowy karton kosztuje w sklepie 10 zł.
Chętnych na te produkty nie brakuje...
Rozcieńczanie wodą czy dodatki smakowe psują renomę soków tłoczonych, a nieuczciwi producenci podcinają w ten sposób gałąź, na której siedzi cała branża. Jeżeli nic się nie zmieni, nie zostaną m.in. zaostrzone kontrole, to konsumenci odwrócą się w końcu od soków jabłkowych.
Na ile w walce z nieuczciwą konkurencją pomaga panu znana marka?
Moje produkty nie są obecne we wszystkich sklepach, ale nie zamierzam walczyć niską ceną o miejsce na półkach. Najważniejsza jest dla mnie jakość. Cały czas pracują także nad promocją i nawiązywaniem kontaktów, jeżdżąc m.in. na targi. Imprez jest już jednak na tyle dużo, że wybieramy te o dużym znaczeniu, jak BioFach w Norymberdze czy Grune Woche w Berlinie.
Wyjazd na tak dużą imprezę to duży wydatek dla tak małej firmy. Czy władze samorządowe wspierają przedsiębiorców?
Dużą część wydatków pokrywamy sami, ale nie byłoby nas stać na własne stoisko. Dlatego dobrym rozwiązaniem dla tak niewielkiej firmy jak nasza jest możliwość wystawienia się na stoisku urzędu marszałkowskiego czy Ministerstwa Rolnictwa.
Jak ocenia pan zaangażowanie samorządu w promowanie produktów regionalnych, które są wizytówką Małopolski?
Małopolska przez dłuższy czas była liderem jeżeli chodzi o rejestrowanie i promowanie produktów lokalnych. Dało to impuls innym województwom. Doszło wręcz do tego, że samorządy zaczęły rywalizować między sobą, a Małopolska nie wypada już najlepiej na różnego rodzaju imprezach. Zawsze można zrobić więcej, szczególnie jeżeli chodzi o najniższe szczeble władzy lokalnej. Tym bardziej że często nazwy produktów nawiązują do nazw miejscowości, z których pochodzą. Korzystają więc na tym zarówno producenci, jak i samorządy.
W 2010 r. wszedł pan także na rynek alkoholi. To ważna część pana działalności?
Soki mają nadal największe udziały w sprzedaży mojej firmy. Dzieje się tak m.in. dlatego, że znaczna część alkoholi trafia do magazynu, aby dojrzeć. Efekty ich wyprodukowania będą więc widoczne za jakiś czas. Co więcej, działalność na rynku alkoholi nie jest łatwa.
Dlaczego?
Rynek jest bardzo hermetyczny i trudno się przebić na nim tak małej firmie jak moja. Tym bardziej że – tak jak w przypadku soków – duży nacisk kładę na jakość. Moja śliwowica jest ze śliwek, a jabłkowica z jabłek. Tymczasem w Polsce nie brakuje mocnych alkoholi, m.in. z importu, pod podobnymi nazwami, ale z dodatkiem spirytusu ze zboża czy kukurydzy. Doskwiera mi także biurokracja i wysokie podatki. Prowadzę działalność na zasadach ogólnych. Musiałem się na nie zdecydować, chcąc produkować i sprzedawać alkohol legalnie, ponieważ w Polsce nie ma ulg dla małych firm. W przeciwieństwie do np. Czech, Słowacji czy Węgier.
Skąd pochodzą receptury?
Soki i mocne trunki na własny użytek robili mój dziadek i ojciec. Wróciłem więc do rodzinnych przepisów.
Jedną z pana ostatnich nowości jest cydr. Będą kolejne?
Tak, pracuje nad całkiem nowym produktem, który będzie bardziej przystępny cenowo.
Tłocznia Maurer pozostanie firmą rodzinną czy rozważa pan jej sprzedaż inwestorowi?
Od lat z prowadzę firmę z żoną i mamą. Od pewnego czasu pomagają mi także synowie. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Choć, zgodnie z zasadą: nigdy nie mów nigdy, nie można wykluczyć innego scenariusza.
— rozmawiała Beata Drewnowska
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA