Publicystyka

Zachód nic nie wie o Chinach

Rzeczpospolita
Guy Sorman. Jeśli zbojkotujemy igrzyska, to wzmocnimy nacjonalistyczną i antyzachodnią retorykę chińskiego rządu, który mówi: „Świat nas nie lubi. Chiny się odradzają, a Zachód chce to popsuć” – twierdzi francuski publicysta i filozof w rozmowie z Aleksandrą Rybińską
Rz: Zachód od kilku tygodni zacięcie walczy o prawa gnębionych przez Chińczyków mieszkańców Tybetu. Przebudzenie sumienia czy hipokryzja?
W ciągu ostatnich lat naruszanie praw człowieka w Chinach spotykało się z zupełną obojętnością Zachodu. Można to wytłumaczyć istnieniem pewnego rodzaju uprzedzeń kulturowych. Na Zachodzie panuje przekonanie, że Chińczycy nie zasługują na demokrację, ponieważ do niej nie dorośli. Są na niższym poziomie rozwoju niż my i są Azjatami. A Azjaci nie mają takiej potrzeby wolności i demokracji jak my, Europejczycy. Toteż dla Chińczyków dyktatura jest odpowiednim systemem politycznym.
Poparcie dla tybetańskiej opozycji opiera się więc na pewnym nieporozumieniu. Jest nim przekonanie, że Tybetańczycy są inni niż Chińczycy, że są gnębieni jako naród przez inny naród i że od wieków marzą o demokracji i wolności. Jest to także związane z quasi-mistyczną postacią Dalajlamy. Zachód zapomina przy tym, że w Tybecie dzieje się to samo co w Chinach. Nie tylko 6 milionów Tybetańczyków marzy o wolności i demokracji. Marzy o tym również miliard Chińczyków. Represje w Chinach są równie silne, nie ma wolności słowa ani wolności religijnej, a opozycjoniści trafiają do więzień. 20 procent społeczeństwa związanego z partią komunistyczną żyje w dostatku, reszta – w biedzie. Może Zachód boi się przyznać, że dał się oszukać. Długi czas panowało przecież przekonanie, że po wprowadzeniu gospodarki rynkowej Chiny wprowadzą także demokrację... Owszem. Naiwnie uwierzyliśmy w to, co obiecywały chińskie władze. Tym bardziej że, jak już mówiłem, w naszym spojrzeniu na Azję jest pewna pogarda. Uważamy, że na to, co nam się należy natychmiast i bez zwłoki, Chińczycy mogą poczekać. Zaakceptowaliśmy propagandę chińskiej partii komunistycznej, która nam wmówiła, że najpierw będzie wolność rynkowa, a potem polityczna. Chętnie porównywało się Chiny do takich krajów, jak Tajlandia czy Korea Południowa. Tam również najpierw doszło do rozwoju ekonomicznego, a potem do demokracji. A to są zupełnie inne przypadki. Ani Tajwan, ani Tajlandia nie miały rządów totalitarnych. Ani partii komunistycznej. Porównywanie tych krajów do Chin jest więc bez sensu. Z powodu znikomej wiedzy o historii Azji i całkowitej niewiedzy o naturze partii komunistycznej w Chinach przyjęliśmy zapewnienia chińskich władz o zmianach, które rzekomo miały być wprowadzane etapami. A teraz ludzie na Zachodzie zrozumieli, że Chiny są inne, niż się wydawało? Dlatego protestują, zakłócają sztafetę olimpijską i zapraszają Dalajlamę? Opinia publiczna na Zachodzie jest skoncentrowana niemal wyłącznie na kwestii Tybetu. Ale daleko jej do refleksji nad sytuacją w Chinach. Co mówią członkowie większości ruchów nawołujących do bojkotu igrzysk? O Tajwanie, o Tybecie. Niemal nikt nie wspomina o chińskich dysydentach, którzy gniją w więzieniach. Ale przecież Zachód chyba wie, co się dzieje z prawami człowieka w Chinach. To żadna tajemnica. Mówi się o tym w mediach. Ależ skąd! Trzeba naprawdę interesować się Chinami, by wiedzieć, że większość chińskich dysydentów, przywódców religijnych, dziennikarzy, pisarzy i poetów jest w więzieniu. Na Zachodzie mało kogo to obchodzi. Panuje całkowita ignorancja co do natury chińskiej partii komunistycznej. Chińskie władze natomiast są mniej naiwne. Dobrze wiedzą, jak funkcjonuje Zachód. Zdają sobie sprawę z jego arogancji i zarozumialstwa. Gdy osiem lat temu przyznano Chinom organizację igrzysk olimpijskich, Pekin przekonał wszystkich, że kraj wszedł na drogę demokratyzacji. I myśmy w to uwierzyli. To może bojkot igrzysk byłby wyraźnym sygnałem dla Chin, że Zachód nie pozwoli się dłużej okłamywać? Najlepiej by było, gdyby Chinom w ogóle nie przyznano organizacji olimpiady. Ale teraz jest już za późno. Moim zdaniem – i jest to również zdanie Dalajlamy oraz przywódców chińskiej opozycji - igrzysk nie powinno się bojkotować. Bo dla zwykłych ludzi są one symbolem odrodzenia Chin. XX wiek był dla tego kraju wiekiem cierpienia – reżimu Mao Tse-tunga, rewolucji kulturalnej, nędzy i głodu. Dziś sytuacja ekonomiczna się poprawiła. Ludzie mają trochę więcej wolności. Jeśli zatem zbojkotujemy igrzyska, to wzmocnimy nacjonalistyczną i antyzachodnią retorykę chińskiego rządu, który mówi: „Popatrzcie, Zachód, świat nas nie lubi. Chiny się odradzają, a Zachód chce nam to popsuć”. Czy dobrym pomysłem jest więc udział w igrzyskach, ale nie w ceremonii otwarcia? Można nie uczestniczyć w otwarciu olimpiady, pod warunkiem że wyraźnie się powie chińskim władzom: „Nie wezmę udziału w ceremonii otwarcia, bo to i tamto mi nie pasuje”. Wprawdzie niewiele to zmieni, ale ponieważ uroczystość otwarcia organizuje chiński rząd, uderzy to w chińską propagandę. Niektórzy proponują bojkot ekonomiczny, odsyłanie chińskich produktów czy zapraszanie w czasie olimpiady Dalajlamy. Bojkot ekonomiczny to pomysł absurdalny. Nie ma powodu przeciwstawiać się ekonomicznemu rozwojowi Chin. Odsyłanie chińskich produktów zaś jest nie tylko głupie, ale wręcz rasistowskie. Ma lekki posmak „żółtej zarazy”. Bo handel z Chinami jest korzystny dla Chińczyków, ale także dla nas. Dzięki Chinom na naszym rynku pojawiły się tańsze produkty tekstylne czy elektroniczne. A co do Dalajlamy, to powinno się zapraszać nie tylko jego, ale i chińskich opozycjonistów. Inaczej ludzie odnoszą wrażenie, że jedynym problemem jest Tybet. A prawdziwym problemem w Chinach jest partia komunistyczna. Gdyby partia ta zniknęła lub uległa demokratyzacji, kwestia Tybetu też zostałaby rozwiązana. W protesty na rzecz Tybetu szczególnie zaangażowali się Francuzi. Widać to było zwłaszcza w czasie sztafety z ogniem olimpijskim. Czyżby sobie przypomnieli, że Francja jest kolebką praw człowieka? We Francji można zauważyć wyraźną fascynację osobą duchowego przywódcy Tybetu. Im mniej Francuzi są wierzący, tym bardziej kochają Dalajlamę. To zresztą typowe dla społeczeństw, które znajdują się na drodze do całkowitej sekularyzacji. Jest jeszcze jeden – mniej chwalebny – powód, dla którego Francuzi potępiają Chiny. Jest nim lęk przed „żółtym zagrożeniem”. Francuzi uważają, że Chińczycy zabierają im miejsca pracy, bo tam przenosi się produkcja. Że są zagrożeniem dla Europy, jej gospodarki i kultury. Podobnie zresztą myślą w Ameryce. A gdyby świat nagle poparł chińską opozycję, co by to zmieniło? Sytuacja w Chinach jest podobna do sytuacji w Związku Sowieckim w latach 80. Chiny są coraz bardziej uzależnione od reszty świata. Wizerunek kraju jest dla chińskiego rządu bardzo ważny. Dotychczas władze w Pekinie były przekonane, że jest on pozytywny. Z powodu Tybetu nagle stał się negatywny. Polityka wobec Chin powinna więc być taka: my z wami handlujemy, ale równocześnie wspieramy chińskich demokratów. Kanclerz Niemiec Angela Merkel już prowadzi taką politykę. Należy też podawać do publicznej wiadomości nazwiska więzionych chińskich opozycjonistów, a Komunistycznej Partii Chin jasno dawać do zrozumienia, że nie będziemy dłużej akceptować jej propagandy głoszącej, iż demokracja jest obca mentalności chińskiej. Ale kraj, który krytykuje Chiny, musi się liczyć z groźbą zerwania stosunków gospodarczych. Tak się stało rok temu, kiedy kanclerz Merkel zaprosiła Dalajlamę. A kto padnie ofiarą tych gróźb? Chiny. Postawa chińskich władz przypomina postawę przywódców sowieckich. To zresztą typowe dla rządów totalitarnych. Dla nas handel z Chinami to 2 – 3 procent obrotów handlowych. Jeśli Chiny znikną, nie będzie to miało dla nas wielkiego znaczenia. Ale jeśli to my zbojkotujemy Chiny, ich gospodarka się załamie. I oni dobrze o tym wiedzą. Dlatego nie ma sensu zwracać uwagi na retorykę chińskiego rządu. Zachód powinien wykazać siłę i odwagę. Nie obawia się pan, że po zakończeniu igrzysk wszyscy szybko zapomną i o Chinach, i o Tybecie? Że pojawi się kolejny powód do walki o prawa człowieka? Na tym polega problem Zachodu. Nie jest w stanie oburzać się na kilka niesprawiedliwości naraz. Mam jednak nadzieję, że igrzyska staną się okazją dla wielu ludzi Zachodu, by zainteresować się Chinami, i że to zainteresowanie nie zniknie wraz z igrzyskami. Guy Sorman jest francuskim dziennikarzem, publicystą politycznym, pisarzem i filozofem. Współpracuje m.in. z „Le Figaro” i „Wall Street Journal”. W 2006 roku wydał książkę „Rok Koguta” poświęconą Chinom.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL