Historia

Tylko Żydzi nie mieszkają w raju...

PAP/CAF
Co to znaczy być Żydem i Polakiem? Odpowiada Aleksander Rozenfeld, poeta
Bycie zarazem Żydem i Polakiem jest świadomym nałożeniem na siebie odpowiedzialności za pewną historię, której się nie jest ani sprawcą, ani współautorem. Człowiek nosi w sobie dwa równorzędne piętna. Nie chciałbym jednak, żeby to zabrzmiało nazbyt poważnie.
Mówię o sobie, że jestem polskim Żydem, z naciskiem na: polski. Jest to pewien rodzaj schizofrenii, który nie pozwala człowiekowi normalnie funkcjonować. W Izraelu uważani jesteśmy za Polaków, z kolei w Polsce trzeba na sobie nosić garb żydostwa. Sam to czasem prowokuję, uprzedzając ewentualne reakcje. Jak ktoś o mnie powiedział: – Olek z właściwą sobie dezynwolturą przedstawia się: „Ja, jako Żyd”. Niesie to ze sobą pewne niebezpieczeństwa, gdyż często można się spotkać z reakcjami typu: „ja bardzo lubię Żydów”. Wtedy odpowiadam: „A ja nie wszystkich”. Bo i nie ma takiego obowiązku.
Świadomość bycia Żydem w Polsce wywołuje we mnie zuchwałą potrzebę puszczania w obieg strasznych kawałów, co jest pewnie zamaskowanym rodzajem samoobrony. W 1968 r. – równo 40 lat temu – opowiadałem dowcip, że spotyka się dwóch Żydów i jeden z nich mówi: „Czy ty wiesz, że Cymerman wstąpił do partii?”. A drugi na to: „Co ty powiesz? Po sezonie?”. Inny z kolei Cymerman mieszka pół roku w Rosji, a pół w Izraelu. I w końcu władze wewnętrzne mówią mu: „Panie Cymerman, pan się powinien zdecydować”. Wtedy on się głośno zastanawia: „Tutaj do d… i tam do d…, ale te przesiadki w Paryżu!”. Ja mam np. dwa paszporty: polski i izraelski, i to jest niesłychane, bo kiedyś nie miałem żadnego. I znowu nasuwa się na myśl widok dwóch statków, mijających się na Morzu Śródziemnym. Na jednym statku płyną Żydzi do Izraela, a na drugim – z Izraela. Stoją na swoich pokładach, nawzajem wytykają się palcami i pukają się w czoło. Wbrew pozorom jest w tym głębsza metafora. Bo gdzie Żydzi czują się najlepiej? W drodze. Stąd ten prototyp Ahaswerusa, Żyda Wiecznego Tułacza. Antoni Słonimski o Leopoldzie Lewinie mawiał: Żyd, Wieczny Tłumacz. Przeglądałem właśnie pocztę. Odezwała się do mnie np. lekarka ze Szwajcarii, która pisze: „Urodziłam się 1968 r. Kiedy czytam pana poemat (chodzi o „Lament marcowy po 40 latach” Aleksandra Rozenfelda drukowany w „Rz” 8 – 9 marca 2008 r. – przyp. red.) i słucham w telewizji wspomnień o tamtych dniach, to powstaje uczucie wstydu bycia Polakiem i pytanie: jak to było możliwe?”. To rodzaj przekleństwa, bo normalni ludzie nie mają takich problemów. Wstają rano, jedzą śniadanie, myją zęby. Idą do pracy, wracają z pracy, piją wódkę. A tu człowiek musi myśleć o żydostwie i polskości. I stale się określać. Na dobrą sprawę, to powinienem być dozgonnie wdzięczny komuchom. Dlatego, że dzięki nim precyzyjnie zorientowałem się, gdzie jest moje miejsce. W języku. Mieszkam w języku. Zupełnym przypadkiem jest to język polski. Na to jest się skazanym. To był także problem Czesława Miłosza. Kiedy w 1985 r. spotkaliśmy się w Jerozolimie, mówił mi, że jest za stary na wracanie do czegoś, co lubił. Potem, jak już przyjechał, to był za stary na to, żeby się tym cieszyć. Chodzi o to, żeby znaleźć taki moment do podejmowania decyzji, kiedy człowiek ma choć odrobinę czasu, żeby się cieszył z rezulatatów podjętych przez siebie decyzji. Ja się cieszę. Każdego dnia, jak popatrzę w naszą telewizję i poczytam naszą prasę, to mój chichot jest ogromny. Wróciłem właśnie z Białorusi, gdzie byłem osiem dni. I dla wszystkich niezadowolonych Polaków zorganizowałbym nowe „pociągi przyjaźni”, ale nie na tydzień, lecz na trzy miesiące. Każdy na koszt państwa dostałby 100 dolarów miesięcznie i niechby sobie z nich pożył. Wszyscy, za co ręczę, wróciliby stamtąd absolutnie wyleczeni. I mówiliby: „Boże, my mieszkamy w jakimś raju”. Tylko Żydzi nie mieszkają w raju, który jest im obiecany i gdziekolwiek są, będą niezadowoleni. Szczególnie Żydzi z Rosji, ale to już osobna bajka.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL