fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

O Atenach bez Donalda Tuska

Anna Słojewska
Fotorzepa/Raf Rafał Guz
Po wydarzeniach ostatnich dni trudno się domyślić, że prezydentem Europy jest Donald Tusk.

Szef najważniejszej unijnej instytucji nie uczestniczył w Berlinie w tajnych nocnych rozmowach o Grecji. Prawdopodobnie nie był nawet zainteresowany. Od tygodni unika zajmowania się tym tematem i nie chciał organizować specjalnych szczytów strefy euro.

Dopóki jednak wytłumaczeniem była chęć nieeskalowania problemu i pozostawienia go na poziomie ministerialnym (eurogrupy), było to jeszcze zrozumiałe. Z chwilą jednak, gdy temat staje się polityczny i w spotkaniu biorą udział najważniejsze osoby w Unii, brak Tuska rzuca się w oczy.

Z pewnością zapytany o to były polski premier udzieliłby wypróbowanych wcześniej odpowiedzi: że na bieżąco się konsultuje, że rozmawiał z Merkel przed spotkaniem, że następnego dnia zjadł lunch z Junckerem, który ze wszystkiego zdał mu relację, wreszcie, że w weekend będzie się widział ze światowymi przywódcami, w tym Merkel i Hollande'em, na szczycie G7 w bawarskim Elmau. Czyli o wszystkim wie i nic bez niego się nie dzieje.

Nie ma nic niewłaściwego w tym, że kluczowe rozmowy na temat Grecji odbywają się w wąskim gronie, gdzie z 18 państw strefy euro obecne są tylko dwa największe, czyli Francja i Niemcy. Do tego wszyscy się już przyzwyczaili. Dopóki nie zapadają tam ostateczne decyzje i dopóki w spotkaniach biorą udział unijne instytucje, wszystko jest w miarę w porządku.

Tym razem jednak tak się nie stało. Byli co prawda szefowie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego, ale oni po prostu bronili własnych wierzycielskich interesów. Owszem, na spotkaniu był też Jean-Claude Juncker, szef Komisji Europejskiej, która uczestniczy w negocjacjach na poziomie technicznym.

Ale zabrakło przedstawiciela rządów, czyli władz krajów, którym Grecja winna jest miliardy euro. Tym przedstawicielem jest Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej – instytucji reprezentującej rządy 28 państw UE. A przy okazji gospodarz nie tylko szczytów UE, ale również szczytów strefy euro.

W poprzedniej kadencji instytucjonalnej nie do pomyślenia byłoby, żeby na tak ważnym spotkaniu nie było Hermana Van Rompuya, ówczesnego szefa Rady Europejskiej. Tego samego, którego otoczenie byłego polskiego premiera nieco lekceważąco określało mianem sekretarza unijnych szczytów i przekonywało, że Tusk będzie przewodniczącym samodzielnym i politycznym. W domyśle – lepszym i ważniejszym.

Gdy w 2014 roku trwały zakulisowe negocjacje o wyborze następcy Van Rompuya, pojawił się problem, czy Tusk jako przedstawiciel kraju spoza strefy euro jest dobrym kandydatem. Bo przewodniczący Rady jest jednocześnie gospodarzem szczytów strefy euro. Albo więc Tusk nie jest dobrym kandydatem, albo też powinno się powołać osobnego przewodniczącego strefy euro. Ostatecznie najbardziej sceptyczna Francja ustąpiła i droga dla Tuska stanęła otworem.

Dziś coraz bardziej staje się jasne dlaczego: i tak nie jest on wciągany do dyskusji w elitarnym gronie. I nikt nawet tego nie zauważa. Nie wiem, czy taki był tajny plan Francji i państw strefy euro, czy jest to wybór samego Tuska. Jeśli to drugie, to tym gorzej. Sam rezygnuje z bardzo ważnej roli powierzonej mu unijnym traktatem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA