Sport

Stefan Szczepłek: Schody pana Leszka

Stefan Szczepłek
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Zmarł Leszek Rylski - człowiek, który pisał historię PZPN i o nią dbał. Podczas ostatniego spotkania noworocznego związku Zbigniew Boniek wręczył mu koszulkę reprezentacji z jego nazwiskiem i numerem 95.

Tyle lat Leszek Rylski skończył 6 grudnia. Kiedy zwracano uwagę, że jest rówieśnikiem PZPN, mówił: nieprawda, jestem dwa tygodnie starszy.

Nigdy nie był stary. Do końca zachował wigor, charakterystyczny dla ludzi, którzy mają plany. Do niedawna, kiedy miał jeszcze rówieśników, unikał ich towarzystwa. - Nie mogę już chodzić na spotkania tego Koła Seniorów PZPN. To są dziadki, którzy myślą tylko o biletach i gadają od rzeczy - mówił. Wolał towarzystwo młodszych. Kazał sobie mówić po imieniu, miał poczucie humoru i bystrość umysłu, za którą nie zawsze można było nadążyć. W jego towarzystwie trudno się było nudzić.

Miał życiorys jak książka. Syn oficera, żołnierz, uczestnik Powstania Warszawskiego, kawaler orderów za działalność konspiracyjną i w sporcie. Podczas okupacji rano grał w drużynie „Błysku", mistrza Warszawy, a wieczorem, wstępując do Związku Walki Zbrojnej składał przysięgę przed starszym kolegą z drużyny, przedwojennym reprezentantem Polski Józefem Ciszewskim. Jakby się nie znali. Taka była konspiracja.

Po wojnie grał w robotniczej reprezentacji Polski, odbudowywał stołeczny klub Marymont, gdzie kilkakrotnie powierzano mu funkcję prezesa, zaczął pracę w PZPN, był prezesem Warszawskiego OZPN. Stał się legendą PZPN, którym faktycznie kierował przez trzynaście lat (1959 - 1972) jako sekretarz generalny. W roku 1956 UEFA został członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA, co później nie udało się już żadnemu innemu Polakowi. Zasiadał w komisji, zajmujących się organizacją rozgrywek o Puchar Mistrzów oraz mistrzostw Europy.

Znał wszystkich najważniejszych ludzi w europejskim i światowym futbolu. Od prezydenta FIFA Stanleya Rousa, przez kolejnych prezydentów UEFA, był w jakimś sensie kolegą twórcy wielkiego Realu Santiago Bernabeu i Henri Delaunaya, sekretarza UEFA, którego imię nosi dziś puchar, o jaki walczą reprezentacje w mistrzostwach Europy. UEFA uhonorowała Leszka Rylskiego Rubinowym Orderem. Tylko dwaj Polacy dostąpili tego zaszczytu: on i pośmiertnie Kazimierz Górski.

Za czasów Rylskiego w PZPN był porządek. Oprawione protokoły z posiedzeń zarządów i komisji, sprawozdania, dokumenty, biuletyny FIFA i UEFA. Wszystko można było znaleźć. Jeden z jego następców w gabinecie sekretarza generalnego kazał to wszystko wywieźć na makulaturę.

Leszka Rylskiego wiek się nie imał. Kilka lat temu, na czwartym piętrze dawnej siedziby PZPN przy Alejach Ujazdowskich umówiliśmy się na spotkanie. Windy tam nie ma, piętra wysokie, przedwojenne. Pan Leszek jak zwykle pokonał 143 stopnie schodów, robiąc przerwy na piętrach, ale tym razem zmęczył się bardziej niż zwykle. Zrobiło mu się słabo, zbladł, trochę się przestraszyliśmy i postanowiliśmy wezwać pogotowie. Wtedy on się ocknął: - żadne pogotowie - krzyknął - przecież oni tu nawet nie wejdą. Dajcie mi koniaku.

Koniaku, niestety, nie było, znalazła się whisky. - Czerwony? Nie macie czarnego? - spojrzał z obrzydzeniem, ale wypił, nie miał wyjścia. Minął kwadrans i Leszek był jak nowy. - No, możemy zaczynać zebranie - powiedział. Miał wtedy 92 lata.

Leszek Rylski mieszkał na Grochowie. Z okien gomułkowskiego bloku miał widok na jeziorko Kamionkowskie, Park Skaryszewski i Stadion Narodowy. Kiedy wspólnie ustawialiśmy tam wystawę piłkarską powiedział: - Doczekałem się stadionu, doczekam się i muzeum piłki.

Ma tam być, powinno nosić imię Leszka Rylskiego.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL