Wywiady i opinie

Kara za pracę

Bartosz Marczuk
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Każdy, kto choć raz w życiu przelewał do ZUS i fiskusa pieniądze za zatrudnioną przez siebie osobę, wie, ile z jego pensji pożera państwo.

Wypłacony pracownikowi tysiąc złotych netto wymaga dopłacenia blisko 600 zł.

Nie byłoby w tym pewnie nic nadzwyczajnego, gdybyśmy jako obywatele czuli, że wpłacane w ten sposób do publicznej kasy pieniądze zapewniają nam dobrą jakość usług publicznych i realnie służą dobru wspólnemu. Problem polega na tym, że to, co oferuje nam państwo, pozostawia wiele do życzenia. Niewydolna służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, szkoła, wciąż kulejąca infrastruktura, rodząca się polityka rodzinna.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżył aż o 7 pkt proc. składkę rentową. Był to – jak twierdzi wielu ekonomistów – jeden z czynników, dzięki którym przeszliśmy suchą nogą przez kryzys. Polacy mieli w ręku zarobione przez siebie pieniądze. A zwykle ludzie wydają je lepiej niż politycy. I to pomogło naszej gospodarce. Niestety, poza obniżeniem składki PiS nie ograniczył wydatków państwa, a Platforma podatki już tylko podnosiła. I dalej podnosi, zamrażając na przykład progi dochodowe czy konserwując absurdalnie niską kwotę wolną od podatku. Nic zatem dziwnego, że coraz więcej firm i pracowników ucieka spod fiskalnej gilotyny w szarą strefę, umowy cywilnoprawne lub do Londynu.

Może nadszedł więc czas, by nasi politycy pomyśleli nie tylko o spięciu na siłę jednorocznego budżetu, ale także o długoterminowej strategii i skutkach ich decyzji. A doświadczenie podpowiada, że wszystkie podatki są złe, ale te nakładane na pracę są złe szczególnie ze względu na ich zniechęcający charakter. Po prostu karzą ludzi za ich wysiłek.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL