fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Czy rzeczywiście czas obniżyć koszty pracy

Fotorzepa, Marta Bogacz Marta Bogacz
Mogę zrozumieć powody, dla których Izabela Styczyńska, wiceprezes fundacji naukowej CASE, uważa, że należy obniżyć tzw. pozapłacowe koszty pracy („Rzeczpospolita" z 4 marca 2015 r.). Trudniej przychodzi mi pogodzenie się z myślą, że utożsamia je z podatkami.

Z podatkami znakomita większość pozapłacowych kosztów pracy nie ma nic wspólnego. Nie w tym jednak rzecz. Nieporozumienie można by uznać za rezultat publicystycznej swady, gdyby nie to, że niesie ładunek perswazji służący wywołaniu wrażenia, że przedsiębiorcy, utrudzeni troską o pracowników, są ograniczani przez regulacje zachłannego państwa.

Co więcej, gdyby autorka kontestowanej tu tezy zechciała spojrzeć w dane Eurostatu, łatwo by się przekonała, że w Polsce udział tzw. kosztów pozapłacowych w łącznych kosztach pracy jest niski w porównaniu z wieloma innymi krajami UE. Także w porównaniu z większością państw, które gospodarkę rynkową budują dłużej aniżeli Polska.

Gdyby niewygodna ciekawość skłoniła Panią Wiceprezes do dalszego przeglądania danych, zazwyczaj uznawanych przez ekonomistów za „twarde", to mogłaby pobrać z tych samych statystyk informację, że również obciążenie pracodawców pozapłacowymi kosztami pracy w kraju nie powinno jej spędzać snu z powiek. W Polsce jest ono kilka razy niższe niż średnio w krajach UE i kilkunastokrotnie niż we Francji, Holandii, Szwecji czy Norwegii.

Gdyby i te dane nie powściągnęły zapału Pani Wiceprezes do głoszenia opinii wyraźnie rozmijających się z gospodarczymi faktami, to – odwołując się do tych samych tabel – mogłaby poprosić asystentkę/asystenta o sporządzenie prostego wykresu pokazującego, jak obciążenie kosztów pracy kosztami pozapłacowymi finansowanymi przez pracodawców zmieniało się w latach 2008–2013. Wykresy łatwo by ją przekonały, że zarówno koszty pracy, jak i ich obciążenie kosztami pozapłacowymi, w tym także tymi ponoszonymi przez pracodawców, systematycznie rośną.

Jeśli zatem miałoby być tak, że „...Polska ignoruje rekomendacje Brukseli, by zmniejszyć koszty pracy...", to nasz kraj znajduje się w dobrym towarzystwie. Widać, że zbiorowy rozsądek każe te rekomendacje ignorować jak Europa długa i szeroka.

Tyle w kwestii przesłanek wywodu, w którym pobrzmiewają nuty wielce rozsądne, ale konkluzje są zakorzenione w dość osobliwej narracji. Autorka przekonuje np., że zwiększenie kwoty wolnej od podatku „...poprawiłoby sytuację materialną najbiedniejszych...", ale nie chce już dostrzec, że musiałoby wpłynąć na dochody budżetu, z którego finansowane są rozmaite transfery socjalne służące temu samemu celowi. Dalej utrzymuje, że to by „...poprawiło zatrudnienie osób o niskich kwalifikacjach...", choć nie wiem, jakim sposobem. Wiem natomiast, że systematyczne bilanse tzw. zawodów deficytowych, prowadzone przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, przekonują, iż największe branie na rynku mają właśnie nieskomplikowane zajęcia. W pierwszej połowie 2014 r. brakowało nam ponad 34 tys. robotników gospodarczych, 12 tys. techników prac biurowych, 5 tys. opiekunów osób starszych. Nie są to zawody wymagające szczególnie wysokich kwalifikacji.

Warto też pochylić się na moment nad kolejną tezą, że „...wprowadzając elastyczność w relacji pracownik – pracodawca, pozwolilibyśmy na lepsze dostosowanie zatrudnienia i umiejętności pracowników do wymagań zarówno rynku, jak i preferencji ludzi...". Z tymi „preferencjami ludzi" jest kłopot: rozmaite badania pokazują wyraźnie, że pracujący Polacy najbardziej sobie cenią stabilność zatrudnienia, co oznacza prawne ograniczenia swobody kontraktu.

Gdyby nawet upierać się przy idei swobody kontraktu, to warto dostrzec, że u jej podstawy tkwi zasada wzajemności. Niefortunnie zasada ta, skądinąd bardziej pierwotna aniżeli prawne regulacje, wyraża się – bywa – w swoistej taktyce przetrwania, wedle której „oni udają, że nam płacą, a my udajemy, że pracujemy".

Wolno mi mniemać, że nie o tę wersję tu idzie. Stąd apel dość banalny: proszę łaskawie nie obrażać mojej inteligencji. Ludzie, wbrew złudzeniom żywiącym się taką czy inną doktryną, jednak swój rozum mają. Wygląda na to, że to niedobrze dla Pani Wiceprezes i dla kierowanej przez nią fundacji.

Autor jest socjologiem, profesorem UW, dyrektorem warszawskiego Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA