fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Netanjahu się nie poddaje

AFP
Wtorkowe wybory parlamentarne zadecydują o dalszych losach konfliktu palestyńsko-izraelskiego.

„Rak Io Bibi" (Tylko nie Bibi) – za pomocą takiego sloganu wyborczego opozycja chce pozbawić władzy obecnego premiera Beniamina Netanjahu i szefa prawicowego ugrupowania Likud. Trzykrotnie stał już na czele rządu. Obecnie walczy o czwartą kadencję. Jego partia ma małe szanse na wygranie wyborów, co jednak nie znaczy, że Netanjahu nie będzie premierem po raz czwarty.

Z ostatnich sondaży wynika, że Likud może zdobyć od 20 do 22 miejsc w 120-osobowym Knesecie. O cztery do sześciu mniej niż centrowo-lewicowy Blok Syjonistyczny, czyli połączone siły Partii Pracy Icchaka Herzoga oraz partii Kadima Cipi Liwni, do niedawna minister sprawiedliwości w rządzie Netanjahu.

Nie jest jednak jasne, z jakimi partnerami sojusz ten miałby uzyskać większość w Knesecie. Netanjahu takich kłopotów nie ma i w każdej chwili może zaproponować udział w rządzeniu partiom religijnym oraz prawicowym, jak Nasz Dom Izrael Awigdora Liebermana, obecnego ministra spraw zagranicznych. Ale nie jest to pewne.

– Jeżeli nie będziemy w stanie utworzyć rządu, to dlatego, że otrzymują oni dziesiątki milionów dolarów od zagranicznych stowarzyszeń – ostrzegał premier. Jest przekonany, że za granicą zawiązany został przeciwko niemu spisek, aby pozbawić go władzy.

– Nie powinien tego w ten sposób formułować, chociaż wiadomo, że Netanjahu jest negatywnie postrzegany w Białym Domu i w wielu stolicach europejskich – tłumaczy „Rz" Szmuel Bar, izraelski ekspert ds. bezpieczeństwa. Przede wszystkim dlatego, że dalsze sprawowanie funkcji szefa rządu przez Netanjahu nie daje żadnej nadziei na wznowienie procesu pokojowego.

Netanjahu nie czyni z tego żadnej tajemnicy. – Jeżeli nadal będę premierem, nie powstanie żadne państwo palestyńskie – powiedział w poniedziałek. Przy tym występuje otwarcie, jak w niedawnym wystąpieniu w Kongresie, przeciwko negocjacjom USA oraz pozostałych stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i Niemiec z Iranem w sprawie ograniczenia programu atomowego tego kraju.

Jednak to nie Iran czy relacje z Palestyńczykami zdominowały obecną kampanię wyborczą, ale sprawy gospodarcze, zdrowia, a w szczególności rosnących kosztów utrzymania, zwłaszcza cen mieszkań oraz najmu. Tu Netanjahu nie ma się czym pochwalić. Stąd spodziewana porażka Likudu.

Blok Syjonistyczny obiecuje reformy i zapewnia, że jeśli nie będzie przełomu w relacjach z Palestyńczykami, to z całą pewnością wznowiony może zostać proces pokojowy.

Nie ma też, przynajmniej na razie, żadnych planów koalicji ze Zjednoczoną Listą Arabską, reprezentującą ponad 1,5 mln arabskich obywateli państwa żydowskiego. Po raz pierwszy trzy partie arabskie oraz partia Hadasz (byli komuniści) występują w wyborach zjednoczone, co może sprawić, że będą trzecią siłą polityczną. Według sondaży mogą uzyskać 13 miejsc w Knesecie. – Nie ma jednak żadnych szans, aby Arabowie weszli do rządu, po raz pierwszy w historii Izraela – przekonuje „Rz" Icchak Klein z Kahelet Policy Forum w Jerozolimie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA