Rzecz o prawie

Pietryga o aferze kasetowej w sądach

Fotorzepa, Rafał Guz
Myślałem, że w działaniach wymiaru sprawiedliwości mało może mnie już zaskoczyć. A jednak.

Historia opisywana ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej" rzuciła mnie na kolana, bo jak się okazuje, świat absurdu nie zna granic.

A historia dotyczy nagrywania rozpraw i e-protokołu. Dziś nagrywanie jest obligatoryjne w sprawach cywilnych i o wykroczenia. Karne natomiast ciągle czekają na swój czas, a o ewentualnym nagrywaniu decyduje sędzia prowadzący rozprawę.

Tak też się stało podczas jednego z procesów przed ważnym, nowoczesnym warszawskim sądem. Sprawa zaczęła się komplikować, kiedy oskarżyciele posiłkowi chcieli skorzystać z możliwości skopiowania jego zapisu. Okazało się bowiem, że przebieg procesu został uwieczniony na analogowej kasecie magnetofonowej, jakże popularnej w latach 80. i 90., a sąd nie bardzo ma możliwości cyfryzacji takiego nagrania, tj. przegrania go na płytę CD. W desperacji sięgnął po pomoc najwyższej klasy specjalistów z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Eksperci musieli przeprowadzić analizę fonoskopijną. W efekcie cyfryzacja 180 minut rozprawy zarejestrowanej na trzech kasetach magnetofonowych zajęła ekspertom z CKLP 18 roboczogodzin. Kosztowała podatników 1200 zł. A cała operacja trwała – uwaga – blisko rok.

A wszystko to dzieje się w erze wielkiej cyfryzacji i rewolucji technologicznej w wymiarze sprawiedliwości, o której pieją kolejni już ministrowie sprawiedliwości, chwaląc się, że na wdrożenie tylko e-protokołu w sądach wydano już 200 mln zł. Wydawać by się mogło, że taka sytuacja nie może się zdarzyć. A jednak, i to w nowoczesnym sądzie w stolicy. Wniosek smutny: mimo technologicznego skoku sądy w warstwie zarządczej, a także mentalnej, pozostają PRL-owskimi molochami, mało elastycznymi, topornymi, bezrefleksyjnymi. A przez zwykłą ludzko-sędziowską bezmyślność potrafią ośmieszyć powagę wymiaru sprawiedliwości.

Afera kasetowa zasługuje chyba na palmę pierwszeństwa w rankingu absurdów z życia sądów i prokuratury. A już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy, od kiedy przed kilkoma laty dowiedziałem się, że w jednej z warszawskich prokuratur, aby połączyć się telefonicznie z kolegą z innego pokoju, dzwoni się przez miasto według zwykłych stawek operatora. Życie ciągle zaskakuje.

Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL