fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory Prezydenckie 2015

Z Rosją bez emocji i uprzedzeń

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Adam Jarubas, kandydat PSL na prezydenta uważa, że Polska silnie orędując za europejską drogą Ukrainy, tylko straciła.

Z kim pan rywalizuje w tej kampanii. Z Bronisławem Komorowskim czy Andrzejem Dudą?

Adam Jarubas, kandydat PSL na prezydenta: Staję do rywalizacji o głosy Polaków. Mam nadzieję, że w szacownym gronie kandydatów, pośród których jest i Bronisław Komorowski i Andrzej Duda będziemy prezentować, w zgodzie ze standardami debaty publicznej, nasze programy. W trwającej już kampanii ciekawie zapowiada się współzawodnictwo polityków młodszego pokolenia. Mam tu na myśli Magdalenę Ogórek, Andrzeja Dudę i moją skromną osobę. Nasza generacja ma już za sobą dużo doświadczeń wynikających z aktywności zawodowej. Ale też wiele energii potrzebnej w pracy na rzecz dobra Polski i Polaków.

Skoro chce pan zająć miejsce urzędującego prezydenta, to on powinien być głównym rywalem. Pan jednak apeluje o debatę do kandydata PiS.

Dziś liczę na to, że jeden z pierwszych pojedynków stoczę z Andrzejem Dudą. Stąd moja propozycja złożona kandydatowi PiS w ubiegłą niedzielę w Jego rodzinnym Krakowie, powtórzona w poniedziałek. Obie, poza określeniem mnie mianem „pomocnika prezydenta Komorowskiego", pozostały jak na razie bez echa. Co do urzędującej głowy państwa mam nadzieję spotkać się na debacie z Bronisławem Komorowskim przed drugą turą.

A przed pierwszą już nie?

Na dziś wygląda na to, że prezydent nie stanie do debaty z pozostałymi kandydatami. Zrobi to dopiero w ewentualnej dogrywce po 10 maja. Gdyby jednak otoczenie Bronisława Komorowskiego i on sam zmienili zdanie, to oczywiście jestem gotów do debaty, w której uczestniczyć będzie także prezydent.

Pan by chciał, tak jak kandydatka SLD, napisać prawo od nowa?

W mojej opinii nad wieloma obowiązującymi w porządku prawnym rozwiązaniami należałoby się pochylić. Te, co do których są wątpliwości, skorygować lub – jeśli są nieprzydatne – usunąć. Aktywna prezydentura to między innymi inicjowanie korzystnych dla państwa i społeczeństwa zmian w prawie. W otoczeniu głowy państwa powinni być najwyższej klasy specjaliści ze wszystkich dziedzin życia, jako głos doradczy.

Jak Pan się czuje, jako kandydat zastępczy?

Ten zwrot, który pada z ust jednego z moich kontrkandydatów oraz jego zaplecza jest dla mnie i mojego środowiska krzywdzący. Jesteśmy bowiem samodzielnym podmiotem o najdłuższej, spośród wszystkich formacji, tradycji. Dlatego każdorazowo po 1990 roku wystawialiśmy kandydatów w wyborach prezydenckich. Idziemy własną drogą i dokonujemy, bez uprzedzeń w stosunku do kogokolwiek, oceny z punktu widzenia odpowiedzialności za Polskę. Na dowód czego moi adwersarze, mówiącym z przekąsem o moim „zastępstwie", chciałbym przypomnieć to, czego nie pamiętają, bądź nie chcą pamiętać. W 2005 roku, wobec zarysowanego podziału na Polskę solidarną i Polskę liberalną, przed prezydencką drugą turą wskazaliśmy na kandydata tej pierwszej.

Dotychczas w wyborach prezydenckich PSL wystawiał liderów - Waldemara Pawlaka i Jarosława Kalinowskiego. Teraz Janusz Piechociński zapierał się rękami i nogami. I forsował Pana.

Nie jest tajemnicą, że byli wśród nas politycy, którzy z różnych względów opowiadali się za udzieleniem poparcia urzędującemu prezydentow. Ale po długiej dyskusji przeważyło zdanie, że pójdziemy do wyborów z własnym kandydatem. Mój dorobek w pracy samorządowej, w tym trzecia kadencja na funkcji marszałka województwa świętokrzyskiego, został przez koleżanki i kolegów doceniony. Co do Janusza Piechocińskiego to chcę zauważyć, że od początku podkreślał on trudności z połączeniem aktywności w kampanii z koniecznością wywiązywania się z zadań nałożonych na niego, jako wicepremiera i ministra gospodarki. Ten argument znalazł zrozumienie, zarówno w NKW, jak i na Radzie Naczelnej. Rekomendacja dla mnie przeszła w tym pierwszym ciele jednomyślnie, a w drugim ponad stuosobowym gremium tylko przy jednym głosie sprzeciwu.

Nie boi się pan, że ci działacze, którzy byli zwolennikami innej opcji, nie będą chcieli pomagać panu w kampanii?

Zaraz po mojej nominacji ci, którzy mieli odmienne stanowisko od przyjętego podkreślili, że podporządkowują się woli większości. W ostatnim czasie kilkukrotnie rozmawiałem między innymi z marszałkiem Struzikiem, któremu bliżej było do scenariusza kandydata koalicji. Zadeklarował pełne zaangażowanie w moją kampanię. Podobnie jak Waldemar Pawlak, który wbrew doniesieniom medialnym, jednoznacznie zaoferował swoją pomoc. A że słowa nie są rzucane na wiatr widać po tym, jak we wszystkich regionach ma miejsce proces gromadzenia się wokół kandydata. To bardzo budujące i mobilizujące do dalszego kampanijnego wysiłku.

4,31%, 5,95%, 1,8%, 1,76% – mówią panu coś te cyfry?

To są wyniki kandydatów PSL z czterech ostatnich głosowań.

Nie napawają optymizmem.

Znaczące poprawienie wyników w wyborach samorządowych na wszystkich szczeblach w stosunku do 2010 roku sprawiło, że nastroje w strukturach terenowych są bardzo bojowe. Podbudowani ruszamy w kolejny bój, nie oglądając się w przeszłość. Wierzymy w nasze siły i – o czym jestem przekonany nie tylko ja – możemy w tej kampanii wielu, skazujących nas z góry na porażkę, zaskoczyć. Walkę o prezydenturę rozpoczynam w Nowym Korczynie, mojej rodzinnej gminie. Jestem aktywny w mediach, rozpocząłem objazd po Polsce. Na początku marca planujemy zorganizowanie konwencji programowej. Szefem zespołu programowego jest Władysław Kosiniak- Kamysz. Do jego prac chcemy pozyskać wielu specjalistów spoza stronnictwa, w tym cenionych naukowców, dyplomatów, liderów opinii. Na czele komitetu honorowego stoi niezwykle szanowany przeze mnie marszałek Józef Zych. Słowem jest szansa na bardzo dobry wynik, w co głęboko wierzę.

A bardzo dobry wynik to jaki?

Analizuję nastroje, a przede wszystkim słucham tych, z którymi się spotykam. Wysuwam wniosek, że narasta przekonanie o konieczności dokonania wymiany pokoleniowej w polskiej polityce. W rozmowach mowa jest o potrzebie świeżej krwi i z tym oczekiwanej dobrej zmiany. Chcę dać to Polsce i Polakom. Celuję w dwucyfrowy wynik, który uprawn mnie do wejścia do drugiej tury.

PSL ma problemy finansowe, środków na kampanię nie będzie zbyt wiele.

Sprawa z subwencją rozstrzygnie się pod koniec lutego. Ale gdyby nawet sprawy miały przybrać korzystne dla nas rozwiązanie, w odróżnieniu od naszej konkurencji, nasza kampania nie będzie kosztowała grube miliony złotych. Nie pójdziemy na wzorowane z amerykańskich rozwiązań, bajkowe gadżeciarstwo. Lukrowane konwencje, z ekranami za dziesiątki tysięcy złotych, z kredytu spłaconego następnie pieniędzy pochodzących z subwencji budżetowej, czyli podatków nas wszystkich. Będzie skromnie, ale efektywnie. A Polacy udowodnili w ostatnim ćwierćwieczu, że potrafią być czupurni i skomplikować scenariusze przyjęte za oczywiste na starcie przez media, sondażownie i środowiska opiniotwórcze.

Finanse to jednak ważna rzecz, a odpowiedzialność za problemy finansowe spada też na pana. To w Świętokrzyskim, doszło do nieprawidłowości, które mogą się zakończyć odebraniem subwencji.

W tym konkretnym wypadku koledzy z organizacji powiatowej w Sandomierzu popełnili wykroczenie przeciw prawu polegające na gromadzeniu i wydatkowaniu środków za pośrednicwem niewłaściwego konta. PKW do takich sytuacji podchodzi zerojedynkowo. Naszym zdaniem, nałożona na nas sankcja jest nieadekwatna do skali wykroczenia. Mamy nadzieję, że ta okoliczność łagodząca zostanie wzięta przez Sąd Najwyższy pod uwagę.

Wzorem Donalda Tuska z 2011 r., czy teraz Andrzeja Dudy, wsiądzie pan w autobus i ruszy w objazd kraju?

Na pewno będę spotykał się z wyborcami twarzą w twarz. Nie boję się takiego sposobu prowadzenia kampanii. Szybko nawiązuję kontakt z otoczeniem. Na dziś nie planuję objazdu jarubobasobusem po Polsce. Od Bałtyku po Tarty zamierzam przemierzę Polskę samochodem. Od razu dodam secjalnie wynajętym przeze mnie na potrzeby kampanii.

Nie chce pan powtórki z ostatnich wyborów, gdy nie brał pan urlopu i jeździł służbowym samochodem, a na koniec odebrał jeszcze 30 tys. zł ekwiwalentu za ten niewykorzystany urlop?

Bardzo na to uważam. Chcę zachować transparentność, co do czasu, kosztów i wszystkich kwestii, na które uwagę zwraca PKW.

Dlaczego wyborcy mają wierzyć, że nie wycofa się Pan przed końcem wyścigu ustępując miejsca obecnemu prezydentowi?

Nie rozważam takiego rozwiązania. Głęboko wierzę, że przejdę do drugiej tury i będę współzawodniczył z głową państwa.

W 2011 r. wierzył pan w misję parlamentarną. Zdobył pan mandat posła, ale ostatecznie go nie objął.

Tak, ale dla mnie probierzem tego, że moje decyzja o pozostaniu w samorządzie znalazła zrozumienie u wyborców, był wynik w zeszłorocznych wyborach do sejmiku wojewódzkiego. Dostałem w nich, więcej głosów, niż trzy lata wcześniej do parlamentu. Moja rezygnacja była efektem chłodnej analizy, czy mogę być bardziej efektywny w pracy dla regionu z perspektywy zasiadania na Wiejskiej.

Liczył Pan wtedy na stanowiska ministra rozwoju regionalnego.

Startując na liście poselskiej liczyłem, że mogę być bardziej użyteczny dla regionu. Ale decyzje zapadały wówczas poza mną.

To jeden z powodów tych mitów, jak je pan nazwał, które krążą o pana relacjach z Waldemarem Pawlakiem. Nie chciał panu dać tej nominacji.

Pytanie, na ile to było wtedy osiągalne. Dziś to bardziej ekwilibrystyka.

Wie pan, jaką opinię ma PSL?

W świętokrzyskim bardzo dobrą.

Powszechna opinia jest taka, że to partia, która przede wszystkim dba o rodzinę i znajomych. Mówiąc wprost - nepotyczna.

Nie zgadzam się z tym. Często w mediach mówi się o nepotyźmie i przywołuje przejaskrawiając przykład PSL. Zawsze zadaję sobie pytanie czy ten problem dotyczy wyłącznie nas i w skali o której dowiaduje się opinia publiczna w naszym kraju? Czy to oznacza, że od lewicy do prawicy mamy wyłącznie nominacje w oparciu o kryterium kompetencyjne? Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział, że w moim środowisku politycznym nie było zjawiska nepotyzmu. Tego nie uda się całkowicie wyeliminować, biorąc pod uwagę masowość stronnictw. Trzeba jednak robić wszystko, by to negatywne zjawisko miało charakter marginalny.

Żona w ramach swojej pracy w jednej z gmin składa wnioski o unijne dotacje. Pan, jako marszałek, te dotacje akceptuje. Brat z pana poparciem został radnym sejmiku. Pachnie nepotyzmem.

Przecież mój brat nie został radnym sejmiku w wyniku nominacji marszałka województwa. Uzyskał w wyborach ponad 5300 głosów. Nie miał prawa startować? Posiada przecież czynne i bierne prawo wyborcze. To zarzut, którego nie przyjmuję. Natomiast żona zajmowała się funduszami długo przed tym, zanim zostałem marszałkiem. Po moim wyborze, powinna zwolnić się z pracy? Miedziana Góra, gdzie pracuje, nie jest w czołówce efektywności uzyskiwania funduszy unijnych. Gmina nie ma żadnych „ekstra" przywilejów w kierowanym przeze mnie Urzędzie.

Ale konflikt interesów z żoną występuje.

Na pewno podnoszą to moi adwersarze. Decyzje są podejmowane kolegialnie, a odpowiedzialność bierze za nie zarząd województwa. By dostać akceptację wniosku, trzeba przejść całą procedurę. Wszystko jest zgodne z prawem.

Podpisałby pan konwencję antyprzemocową?

Nie podpisałbym, z uwagi na jej przeważający ideologiczny charakter. Zgadzam się z opinią wyrażoną przez prof. Andrzejem Zollem, który podnosi budzące wątpliwość kwestie płynnego podejścia do płci i jej nie-biologicznego, a społeczno-kulturowego charakteru. Stoję na gruncie bliskich mi umiarkowanie konserwatywnych wartości.

Czyli konwencja do odrzucenia?

Na pewno jest w niej wiele zapisów, które by można przenieść do polskiego ustawodawstwa. Choć podkreślam, że ono nie jest wcale ułomne. Warte rozważenia byłyby np. centra opieki nad ofiarami, infolinie czy pojęcie przemocy ekonomicznej. Ale w tej konwencji jest więcej ideologii niż polityki i dlatego bym jej nie podpisał.

A zabiegi in vitro powinny być finansowane ze środków publicznych?

Finansowanie zostawmy na razie na boku. Mówię „tak" dla in vitro, bo nie możemy przechodzić do porządku dziennego nad problemem wielu polskich rodzin, borykających się z bezdzietnością. To jest wielka tragedia dla tych osób, które chcą dać, a nie mogą dać nowego życia. W wielu przypadkach nieudane próby posiadania potomstwa prowadzą do rozpadu związków. A małżeństwo, rodzina, to wielka wartość, którą trzeba chronić. Musimy szukać takiego rozwiązania, które chroni życie, przed różnego rodzaju modyfikacjami, by nie rzec manipulacjami okołogenetycznymi. W trwajacej na temat in vitro debacie podzielam poglądy, które prezentuje minister Kosiniak-Kamysz.

Postuluje, by tylko małżeństwa mogły korzystać z takiego programu.

Bądź związki, które udokumentują wcześniejsze leczenie tego problemu. In vitro nie powinno być pierwszym podejście do problemu. To pole do dyskusji z ekspertami, którzy powinni zabrać głos na temat konkretnych rozwiązań.

Poparłby pan ustawę o związkach partnerskich?

Nie poparłbym. To jest kwestia, która wkracza na grunt zarezerwowany dla rodziny i tradycyjnego jej pojmowania. Regulacje, które pozwalają czy ułatwiają dostęp do dokumentacji medycznej, czy kwestii spadkowych, można wprowadzić w oparciu o obecnie obowiązujące prawo. A najlepszym miejscem na sformalizowanie tego jest kancelaria notarialna.

Do polityki wprowadzał Pana poseł Andrzej Pałys, który zasłynął przede wszystkim tym, że w stanie wskazującym na spożycie wsiadał do nie swojego samochodu.

Nie wiem, skąd pojawiły się informacje na ten temat. Mogę z całą mocą podkreślić, że nie mają żadnego związku z rzeczywistością. W mojej pierwszej pracy byłem asystentem niewidomemego posła Tadeusza Madzi w latach 1996-97. Następnie przez sześć kolejnych lat byłem asystentem posła, a dziś już europosła Czesława Siekierskiego. Z Andrzejem Pałysem po prostu znam się od lat, bo jest z sąsiedniej gminy. On sam nie jest dumny z tego epizodu z przed sejmowego hotelu. Ma świadomość, że nie zachował się jak przystało na parlamentarzystę i osobę publiczną. Uparte łączenie mnie z nim to nic innego, jak poszukiwanie słabych strony w mojej karierze. Warto tę sprawę wyjaśnić raz na zawsze. Stąd dziękuję Panu za to pytanie.

To jednak pan wyciągnął do Pałysa pomocną dłoń i zrobił go prezesem wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska.

Andrzej Pałys jest z wykształcenia meliorantem. Ma bardzo dobre doświadczenia w pracy samorządowej. Był przywódcą związku gmin, czyli ponad 100 gmin w świętokrzyskim. Sprawił, że jego rodzinna gmina Solec stała się jedną z najbardziej dynamicznie się rozwijających. Dziś, o czym wielu nie ma pojęcia, nie ma w niej problemu bezrobocia. Ze swoich obowiązków wywiązuje się bardzo dobrze.

Czym pan chce przekonać do siebie wyborców? Osiągnięciami w świętokrzyskim?

Jestem dumny z mojej pracy w świętokrzyskim samorządzie. W 1998 r. w województwo miało 34 proc. średniego unijnego PKB. Byliśmy wtedy najbiedniejszym regionem w Unii. W 2004 było to już 39 proc, a dziś jest 49 proc. To wciąż nie jest poziom, który by nas satysfakcjonował. Robimy wszystko, by dystans w stosunku do bogatej, zachodniej części Europy, a na rodzimym podwórku choćby Warszawy, nadgonić jak najszybciej. Z korzyścią dla naszej świętokrzyskiej wspólnoty.

Problem w tym, że świętokrzyskie nie jest wcale tak piękne, jak pan to maluje w swoich spotach. To jedyny region, w którym w 2013 r. PKB nie wzrosło, a spadło.

To są dopiero prognozy, dane będziemy znali w październiku. Pamiętajmy, że w 2004 r. startowaliśmy z poziomu 27 mld zł PKB, a dziś jest to prawie 41 mld zł. To pokazuje, że w latach 2007-10 mieliśmy, spośród wszystkich regionów, najwyższą dynamikę wzrostu. A wahnięcia w poszczególnych latach wynikają przede wszystkim z tego, że nasze województwo jest bardzo wrażliwe na cykle koniunkturalne. W naszym PKB duży udział mają firmy z obszaru związanego z budownictwem i rozwojem infrastruktury, takie jak: kamieniołomy, czy cementownie. W 2013 roku były oznaki dekoniunktury, ale wstępne dane sygnalizują, że w 2014 roku sytuacja się poprawiła.

Jak Polska powinna się zachować w stosunku do konfliktu ukraińskiego?

Absolutnie nie powinniśmy wysyłać tam wojsk. Turystyka na Majdan wielu polskich polityków, ta w 2004 i 2014 roku, wyrywanie się przed szereg, dziś nie bilansuje się na plus. Pogłębiają się różnice we wspólnocie euroatlantyckiej. USA forsują scenariusz militarny. Z drugiej strony widzimy bardziej pojednawcze, stonowane deklaracje kanclerz Merkel i prezydenta Hollande. Zgodnie mówią, że nie można budować pokoju na Starym Kontynencie przeciw Rosji. Polska, która chciała być bardzo silnym orędownikiem europejskiej drogi Ukrainy, została przez Kijów, ale także Berlin, czy Waszyngton potraktowana trochę jak chłopiec na posyłki. Zrobiliśmy swoje, a teraz mamy czekać w szeregu na kolejny rozkaz. Nie zyskaliśmy politycznie, odnotowaliśmy ogromne straty gospodarcze. I nie chodzi tylko o rolnictwo, które odczuwa to najboleśniej. Przy naszym położeniu geopolitycznym potrzebna jest zdroworozsądkowa polityka wschodnia, daleka od emocji, zbytnich uprzedzeń i uwzględniająca, przy lojalności względem partnerów w strukturach takich jak NATO, czy UE, mocniej niż dotychczas nasz interes narodowy.

To, że nie ma nas przy stole negocjacyjnym, to zarzut do urzędującego prezydenta?

Coś na pewno nie zagrało. Nie umiem o końca podzielić odpowiedzialności za ten stan rzeczy między resort spraw zagranicznych a prezydenta. Rosjanom udało się dziś wbić klin, między USA, a Europę. Zrobili to po mistrzowsku. Powinniśmy unikać sytuacji, która prowadzi do antagonizmów. Francja i Niemcy wykazują dziś większa, daleko posuniętą wstrzemięźliwość. I obawiam się, że to my zapłacimy za to największą, gospodarczą cenę.

Wolałby pan, żeby Polska zachowywała się tak wstrzemięźliwie, jak Niemcy?

Na Ukrainie nie ma zgody na przemoc i barbarzyństwo, których ofiarami jest głównie ludność cywilna. Dlatego ten konflikt trzeba jak najszybciej powstrzymać. Ale już dziś widzimy, że solidaryzm europejski jest bardzo trudny do utrzymania. Tym bardziej nie powinniśmy się wyrywać, patrząc na nasz potencjał i znaczenie. Miejmy świadomość swojej siły. Powinniśmy szukać porozumienia w trójkącie Weimerskim. Nie dać się rozegrać, bo polski interes musi być dla nas najważniejszy.

Gdzie by pan poleciał z pierwszą wizytą zagraniczną?

Z prywatną do Rzymu. A jako prezydent na Wyspy Brytyjskie i do Irlandii, by porozmawiać z Polakami za granicą. Do Dublina, Glasgow i innych miast.

Władze w Londynie by pan ominął?

Z nimi też warto rozmawiać, ale moim celem byliby przede wszystkim Polacy. Chciałbym wiedzieć, co zrobić, aby rozważyli powrót do Polski. A ci, którzy chcą tam wyjechać zmienili zdanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA