Muzyka

Głos spod złotej ręki

Paradam
Przyjeżdża Peter Cincotti, 25-letni artysta, jeden z najbardziej obiecujących talentów w USA. Jego kariera nabrała rozpędu pod opieką Davida Fostera – 14-krotnego laureata Grammy
W najbliższy piątek zadebiutujesz w Warszawie przed polską publicznością. Czego się spodziewasz?
Peter Cincotti: Przede wszystkim dobrego koncertu. Jestem teraz w trasie, jutro występuję we Florencji, w czwartek w Berlinie, zaraz potem w Warszawie. W wielu krajach europejskich już byłem, we Francji na przykład mam wielu fanów, mój singiel „Goodbye Philadelphia” znalazł się na szczycie listy. Z polskimi słuchaczami spotkam się po raz pierwszy. To zawsze moment z dreszczykiem podniecenia. Takim mobilizującym, bo jestem pewien, że się polubimy. Polska publiczność ma w Ameryce dobrą markę, zwłaszcza wśród jazzmanów. Właśnie, przecież zaczynałeś od jazzu. Jako 19-latek z debiutanckim albumem „Peter Concotti” trafiłeś na czoło prestiżowej listy „Billboardu”. Kto cię inspirował: Frank Sinatra, Pery Como, Dean Martin?
To bardzo częste przypuszczenie, bo podobnie jak wymienieni artyści mam amerykańsko-włoskie korzenie. Ale od wczesnego dzieciństwa, ćwicząc na fortepianie, podziwiałem raczej wirtuozów klawiatury, takich jak Bill Evans, Errol Garner czy Jerry Lee Lewis, niż wokalistów. Jako pianista jeszcze w szkole średniej debiutowałem w klubach rodzinnego Nowego Jorku, stopniowo włączając do występów także śpiew. Tu inspiracji było bardzo dużo,i to nie tylko jazzowych. Jednak twoje trzy pierwsze płyty w dużej mierze wypełniały standardy jazzowe. Inaczej jest z najnowszym albumem „East of Angel Town”, gdzie są wyłącznie kompozycje autorskie. Czy to zapowiedź rozbratu z jazzem? Strasznie niewygodnie jest funkcjonować w szufladkach gatunkowych, choćby tak zaszczytnych jak jazz. Muzyka synkopowana jest mi wciąż bardzo bliska, ale dojrzałem do decyzji, by zamiast evergreenów nagrać wreszcie coś oryginalnego, w szerszej formule stylistycznej. Jaki wpływ na te zmiany miało zaangażowanie jako producenta Davida Fostera – 14-krotnego zdobywcy Grammy, twórcy niezliczonych przebojów pisanych dla Madonny, Whitney Houston, Toni Braxton, Celine Dion, Mariah Carey, Michaela Jacksona, Paula McCartneya i The Corrs. Liczyłeś na dotknięcie jego złotej ręki? Z Davidem Fosterem znam się nie od dziś. Raz czy drugi był na moim koncercie, nim zdecydował się zaangażować w przygotowanie mojej nowej płyty. Współproducentami byli także dobrze znani w branży muzycznej Humberto Gatica i Jochem van der Saag. Każdy z tej doborowej ekipy dodał swoje doświadczenie. A że teraz poruszam się już nie tylko w kręgu jazzu, ale też na pograniczu bluesa, rocka, funku i popu? Mi to odpowiada, a mam nadzieję, że przypadnie do gustu także publiczności. Jesteś nowojorczykiem. Czy tytuł albumu „East of Angel Town” świadczy o narodzinach fascynacji Los Angeles? Coś jest na rzeczy, bo świat Miasta Aniołów faktycznie mnie uwiódł. Ale chyba nie do tego stopnia, bym miał zdradzić Nowy Jork. Zresztą na płycie, którą właśnie będę promował w Polsce, są także nowojorskie kawałki, takie jak „Cinderella Beautiful”, klimaty Filadelfii i piosenki o uniwersalnym przesłaniu. Czy to piosenki autobiograficzne? Myślę, że wszelkie formy ekspresji są autobiograficzne. Nie wyobrażam sobie stworzenia czegokolwiek, co autobiograficzne nie jest.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL