Wiadomości

Balazs: nazywają mnie Don Arturo

Rzeczpospolita
Wbrew pozorom jest miejsce na formację między PO a PiS – uważa Artur Balazs. Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które reaktywował, ma struktury we wszystkich regionach.
RZ: Nie zdecydował się pan startować z list PiS. Żałuje pan?
Artur Balazs, lider SKL: Nie. To była decyzja przemyślana. I nie wydarzyło się nic takiego, co by zmieniło moją opinię. Jest mi dobrze tak, jak jest. Tym bardziej że kandydowanie z list PiS musiałoby powodować zobowiązanie do dyscypliny partyjnej. Nie chciałem ani siebie, ani Jarosława Kaczyńskiego na takie dylematy narażać. Był pan bardzo bliski PiS, gdy partia ta rządziła. Wiele decyzji, związanych przede wszystkim z Samoobroną, zapadło pod pana wpływem.
Rzeczywiście współpracowałem, ale bardziej z Jarosławem Kaczyńskim niż z PiS. Znamy się od wielu lat i myślę, że mamy do siebie dozę zaufania. Słowo „doza” jest tu kluczowe? To zaufanie nie jest bezgraniczne, ale potrafimy ze sobą rozmawiać, pewne rzeczy ustalać. Jarosław poprosił mnie, kiedy nie powiodły się rozmowy z PO, żebym sprawdził, czy istnieje szansa na porozumienie z Samoobroną. Lepper jest już dzisiaj historią. I to historią, która moim zdaniem już się nie powtórzy. Ja zresztą współpracę z nim skończyłem znacznie wcześniej niż Kaczyński. Ostatni raz widziałem się z nim w styczniu zeszłego roku. Wie pan, jak pan jest nazywany? To dość złośliwe określenie jest miarą pana pozycji i wpływów. Don Arturo. To śmieszne, nie wiem, na podstawie czego tak mówią. Mam wielu przyjaciół i po prawej, i po lewej stronie. Potrafię rozmawiać i szukać kompromisu pomiędzy różnymi środowiskami, często skłóconymi. Bywał pan często u prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, choć jest pan konserwatystą. U Lecha Kaczyńskiego pan bywa? Nie. Z Lechem Kaczyńskim oczywiście się znam, ale dużo bliżej przez ostatnich 20 lat współpracowałem z Jarosławem. Z Kwaśniewskim jestem zaprzyjaźniony, znamy się od Okrągłego Stołu. Nie wystarczy panu rola Don Arturo, szczególnie w sytuacji gdy PiS przegrał wybory? Dlatego pan reaktywował SKL? Warto to wyjaśnić: SKL reaktywowałem przed wyborami. 21 września partia została ponownie wpisana do rejestru. To dlaczego pan to zrobił? Bo miałem poczucie, że ani w Platformie, ani w PiS nie znalazło się miejsce na nurt ludowy z rodowodem solidarnościowo-prawicowym. Namawiali mnie do tego także koledzy z SKL, którzy po rozwiązaniu tej partii do żadnej innej nie wstąpili, twierdząc, że stronnictwo było najlepszą formacją. Może i najlepszą, tyle że był to byt raczej wirtualny. Do tego „wirtualnego” bytu należeli: Rokita, Komorowski, Ujazdowski, Walendziak, Hall. To była absolutna pierwsza liga polityczna. To dlaczego SKL stał się partią niewykorzystanych szans? Jednym z powodów były ambicje poszczególnych działaczy. Są dwa wielkie bloki, PO i PiS, oraz nieduży, za to reprezentujący ludowe interesy PSL. Wbrew pozorom jest miejsce na formację między PO a PiS. A SKL od PSL różnią solidarnościowe korzenie. Jednak pan sam był w PZPR. Ale to z powodu mojej aktywności w „Solidarności” spędziłem rok w więzieniu.I okres „Solidarności” był najważniejszy w moim życiu. Po co panu SKL? To nie będzie partia Balazsa, myślę, że liderem stronnictwa będzie ktoś zupełnie inny. Ktoś młodszy, sprawniejszy, nowoczesny wizjoner. Rokita? Ktoś, kto utożsamia się z tym środowiskiem. A Rokita się nie utożsamia? To jego pani musi spytać. Pan się z nim nie spotyka? Spotykam się. I? Oceniam, że teraz jest na urlopie politycznym, ze świadomego wyboru. I trudno byłoby wymagać od niego, by składał jakiekolwiek deklaracje. Jest pan na tyle doświadczonym politykiem, że nie sądzę, by porywał się pan z motyką na słońce. Nie wierzę, że nie ma pan jakiegoś tajnego planu. Mam wielką satysfakcję, że poglądy Polaków są w tak dominujący sposób prawicowe. I liczę, że jakaś część z nich wesprze w przyszłości formację ludową związaną z polską tradycją, a jednocześnie proeuropejską – gdy otrzymają taką ofertę. A co do mnie: miałem poczucie odpowiedzialności za to środowisko. Że przegrało, że nie znalazło swojej przystani na mapie politycznej. Uznałem, że mam obowiązek im pomóc. Z wiekiem robi się pan sentymentalny? Taka jest prawda. Prawda jest jedynie taka, że SKL ma cały czas zalążki struktur. Jesteśmy we wszystkich regionach obecni, nasi działacze są osobami znanymi. Pełnili i pełnią różne funkcje, działają w samorządach. Cieszą się lokalnym autorytetem. Tyle że SKL nie ma pieniędzy, które inni otrzymują z budżetu. Jest to istotny problem. Spora cześć dobrego samopoczucia tych partii, które są w parlamencie, wynika z ich przeświadczenia, że żadna inna już się nie pojawi, nie będzie miała szans na wejście do Sejmu. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wyborów prezydenckich nie wygrał ani Tusk, ani Kaczyński A tak nie jest? Warto się zastanowić, czy utrzymywać taki stan, w którym finansowanie partii z budżetu jest barierą dla uczciwej konkurencji. Bo nie jest w interesie obywateli wyłączność na istnienie w polityce trzech, czterech partii. Gdy powstawała PO, szła z hasłem, że jest przeciwna finansowaniu z budżetu. I w jakimś momencie obywatele to hasło sobie przypomną. Taką publiczną debatę trzeba będzie odbyć. Nie mówię, że stanie się to jutro, ale jutro nie ma wyborów. Teraz „wolni” stali się politycy związani kiedyś z SKL, jak na przykład Ujazdowski i Polaczek, Zalewski. Uważam, że popełnili błąd, opuszczając PiS. Byli tam ważnym skrzydłem konserwatywnym. I trudno im będzie zbudować formację konkurencyjną wobec PO i PiS. A SKL? To jest zupełnie inna bajka. Kiedy będą wybory prezydenckie, wie pan? A co pani chce powiedzieć? Uśmiecha się pan tajemniczo. Nie dam się wciągnąć w takie dyskusje. Wybory prezydenckie odbędą się w 2010 roku, o czym pan doskonale wie. I może środowisko i struktury SKL w porozumieniu m.in. z Rokitą i Ujazdowskim wystawią Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, jako kandydata? Nie mamy takich ambicji. Dutkiewicz byłby złym kandydatem? Przy całej sympatii dla tej osoby i dokonań Dutkiewicza jako prezydenta Wrocławia – jest to kandydatura egzotyczna. Tak dzisiaj mogę powiedzieć. Ale, żeby dać pani satysfakcję, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby tych wyborów nie wygrał ani Tusk, ani Kaczyński. Może się pojawić i wygrać trzeci. Co może zagrozić trwałości koalicji PO – PSL? Nie widzę istotnych zagrożeń. Oba ugrupowania są dość pragmatyczne. PSL jest zainteresowane jak największym wpływem i udziałem we władzy, ale jest też gotowe wiele zrobić, żeby utrzymać tę koalicję. A Platforma lepszego koalicjanta nie znajdzie. LiD musiałaby zapłacić dużo więcej. Politycy PSL muszą się zastanawiać, co zrobić, aby nie balansować na granicy progu wyborczego. Jeśli dojdą do przekonania, że beneficjentem rządowego układu jest tylko PO, trwałość koalicji będzie zagrożona. Ale nie nastąpi to ani dzisiaj, ani jutro. Tylko kiedy? W drugiej części kadencji.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL