fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Marek Magierowski pisze o zamachach terrorystycznych we Francji

Paryski marsz przeciw terroryzmowi
AFP
Europa nie wie, w obronie czego walczy, z kim i przy użyciu jakiej broni. Dżihadyści pokazują nam zdjęcia odciętych głów. My chcemy walczyć satyrą. W ten sposób tej wojny nie wygramy – pisze publicysta.

François Hollande, Angela Merkel, David Cameron, Mariano Rajoy, Matteo Renzi, Donald Tusk, Jean-Claude Juncker, Martin Schulz, Ewa Kopacz. Wszyscy wzięli udział w wielkiej manifestacji na ulicach Paryża w imię obrony „europejskich wartości". Oddali m.in. hołd dziennikarzom i rysownikom tygodnika „Charlie Hebdo", którzy zginęli w czwartkowym zamachu terrorystycznym.

Czy jednak Hollande, Merkel, Cameron, Rajoy, Renzi, Tusk, Juncker, Schulz i Kopacz wiedzą, czym są „europejskie wartości"? I czy wiedzą tym samym, czego tak naprawdę chcą bronić? Czy zdają sobie sprawę, że członkowie redakcji „Charlie Hebdo", którzy stali się męczennikami tej batalii, przez większość swojego życia zawodowego nie zajmowali się niczym innym jak tylko podważaniem, deptaniem, wyśmiewaniem wszystkich możliwych wartości?

Dzieci Tartuffe'a

Unijnym prezydentom i premierom wydaje się, że satyrycy z „Charlie Hebdo" zginęli, bo bronili wzorców wolności słowa i tolerancji. Gdybyśmy nadstawili uszu, usłyszelibyśmy zapewne pozagrobowy chichot Charba, Cabu i Wolinskiego. Gdyby mieli oni okazję wydać jeszcze numer magazynu gdzieś w zaświatach, na okładce znaleźliby się zapewne wszyscy wymienieni politycy wraz ze stosownym szyderczym podpisem.

Obrońcy wartości? Juncker, były premier Luksemburga, zarządzający do niedawna gigantyczną podatkową pralnią? Rajoy, przywódca najbardziej skorumpowanej partii w Europie? Hollande wyrzucający z Pałacu Elizejskiego swoją partnerkę, bo mu się znudziła? Cameron, który chciałby zamknąć granice przed imigrantami? Schulz, mistrz utrzymywania się na lukratywnych stołkach za wszelką cenę? Tartuffe byłby zaiste dumny z takiego potomstwa.

Problemem Europy nie jest to, że jej wartości są atakowane z zewnątrz. Problemem Europy jest to, iż sami Europejczycy od wielu lat regularnie i ochoczo zmieniają swój kanon wartości, w zależności od politycznych uwarunkowań, ideologicznych mód, a nawet prywatnego widzimisię obywateli.

Wolność słowa? Ludzie „Charlie Hebdo" wykorzystywali ją do granic, publikując rysunki niesmaczne, wulgarne, obraźliwe. Ale i oni nadziali się na cenzurę: kilka lat temu poprzedni redaktor naczelny zwolnił z pracy rysownika, który pozwolił sobie na antysemicki żart wobec syna Nicolasa Sarkozy'ego. Premier Francji Manuel Valls, dzisiaj jeden z najgorliwszych obrońców swobody wypowiedzi, chciał swego czasu (jako minister spraw wewnętrznych) zakazać publicznych występów komika Dieudonné, znanego z antysemickich tyrad. W maju ubiegłego roku skrajnie prawicowy francuski magazyn „Minute" został skazany na grzywnę za „homofobiczną" okładkę z dwoma gejami w lateksowych stringach oraz podpisem: „Niedługo będą sobie mogli wsunąć... pierścionki na palce". W grudniu zaś, także nad Sekwaną, wybuchła polemika wokół wypowiedzi Erica Zemmoura, pisarza i publicysty, który słynie z niepoprawnych politycznie wystąpień na temat Arabów, środowisk LGBT czy Unii Europejskiej. Działacze ruchów praw człowieka, ludzie kultury oraz... mediów domagali się poddania go ostracyzmowi. Zemmour stracił m.in. program w stacji iTélé (należącej do Canal+), która ugięła się pod naciskiem opinii publicznej.

Wolność słowa? Zastanówmy się, jak zareagowaliby „obrońcy wolności słowa", gdyby podczas niedzielnego marszu w Paryżu w ich szeregach pojawił się ktoś w koszulce z napisem „Nie płakałem po »Charlie Hebdo«"...

Kiedy religia jest ważna

Granice nie istnieją tylko w jednym przypadku: gdy Europejczyk chce uderzyć satyrą w religie. Kpiny z katolicyzmu są wręcz mile widziane na europejskich salonach, karykatury Mahometa da się wybronić, najbardziej ryzykowne są żarty z ortodoksyjnych Żydów, dopóki jednak nikt nie odpłynie w stronę komór gazowych (jak wspomniany Dieudonné czy Jean-Marie Le Pen), może liczyć na pobłażliwość.

Wszak religia jako symbol intelektualnego zacofania idealnie nadaje się na obiekt poniżających żartów. To przekonanie prowadzi zresztą do ciekawych paradoksów. Oto słyszymy z ust polityków i publicystów: „Zamachowcy z Paryża nie mieli nic wspólnego z islamem, nie powinniśmy stosować odpowiedzialności zbiorowej wobec wszystkich muzułmanów, należy traktować ich z szacunkiem". Po czym ci sami politycy i publicyści apelują do gazet na całym świecie, by przedrukowywały obrazoburcze rysunki z „Charlie Hebdo". To tak, jakby stwierdzili: „Musimy traktować wszystkich katolików z szacunkiem, dlatego europejskie gazety powinny opublikować rysunek papieża Benedykta uprawiającego seks analny z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym".

Co ciekawe, tuż po zamachu media jak ognia unikały nazywania zamachowców muzułmanami, za to wydzwaniały do „umiarkowanych" imamów, by ci wytłumaczyli, na czym polega „prawdziwy" islam. Niektórzy czytelnicy, widzowie i słuchacze musieli być skonfundowani: skoro nie wiadomo, jakiego wyznania byli terroryści, to dlaczego wypowiadali się na ich temat właśnie imamowie? (W przypadku Andersa Breivika było dokładnie odwrotnie: portale internetowe już w drugim, trzecim zdaniu informowały, że to „chrześcijański fundamentalista", ale nikt nie zadzwonił do żadnego księdza czy pastora, by ten wyjaśnił, że to nieporozumienie). Religia stała się ważna dopiero od momentu, gdy się okazało, że muzułmaninem był zabity przez dżihadystów policjant.

Swoją drogą, europejscy politycy, którzy chcieliby zamanifestować przywiązanie do „europejskich wartości", powinni raczej odwiedzić i wesprzeć rodzinę Ahmeda Merabeta, zamiast paradować przed kamerami w Paryżu. Nie tylko zginął, broniąc ludzi, którzy obrażali jego boga. Zginął, broniąc państwa prawa – prawdziwej europejskiej wartości.

Wszyscy przeciw fanatykom

Po zamachu w redakcji „Charlie Hebdo" niemal cała dyskusja o islamskim terroryzmie została sprowadzona do kwestii wolności słowa. Następnego dnia napastnik wziął zakładników w jednym z paryskich sklepów koszernych, ale twitterowy hashtag #JeSuisJuif (Jestem Żydem) nie zyskał nawet setnej części tej popularności co #JeSuisCharlie.

Za to wielką popularnością w internecie cieszył się fragment książki jednego z zabitych rysowników Georges'a Wolinskiego: „Zauważyliście, że ateiści prawie w ogóle nie zabijają w zamachach? Nie podkładają bomb w miejscach kultu (...). Nie podrzynają gardeł, nie okaleczają, nie gwałcą, nie mordują sąsiadów, nie wysadzają się w powietrze. Ateista nie ma zadatków na męczennika".

To prawda, ateiści nie eliminowali swoich przeciwników w samobójczych zamachach, zazwyczaj strzelali im po prostu w tył głowy. Dwa najbardziej zbrodnicze reżimy w dziejach świata głosiły ateizm, ale Europejczycy nabierają coraz głębszego przekonania, że wszystkie religie noszą w sobie zarodek przemocy, za to wszyscy ateiści są aniołami pokoju.

Kiedy się więc zastanowimy, przeciwko komu skierowane są owe ołówki, które ostatnio demonstrowali uczestnicy różnych „marszów solidarności", dojdziemy do wniosku, że zagrożeniem dla Europy i dla „europejskich wartości" nie są uzbrojeni po zęby i do szpiku kości zindoktrynowani dżihadyści ani radykalni imamowie siejący nienawiść w meczetach Londynu, Mediolanu i Marsylii, lecz wszyscy bez wyjątku fanatycy różnej maści, wszystkie skrajności: od przeciwników małżeństw homoseksualnych we Francji i organizacji pro-life poprzez Marine Le Pen i Nigela Farage'a, skończywszy na uczestnikach niemieckich wieców przeciwko islamizacji. Dżihadyzm to tylko jeden z elementów tej układanki, choć bez wątpienia najbardziej niebezpieczny.

Tylko że taka klasyfikacja zagrożeń prowadzi do kolejnych paradoksów. Angela Merkel w swoim noworocznym orędziu zarzuca organizatorom marszów Pegidy (Patrioci przeciwko Islamizacji Zachodu), iż kierują się nienawiścią i mają „chłód w sercach". Tydzień później mroczne przepowiednie ludzi o „zimnych sercach" się spełniają, a Angela Merkel bierze udział w marszu w obronie „europejskich wartości". Przeciwko islamizacji? Przeciwko dżihadowi? Przeciwko czemu w takim razie?

Z kim i po co?

Europa nie może wygrać tej wojny z trzech prostych powodów. Po pierwsze, europejscy przywódcy nie są w stanie zdefiniować, czym są „europejskie wartości", bo musieliby się odwołać do judeochrześcijańskich fundamentów Starego Kontynentu. A to, jak wiadomo, przez usta im nie przejdzie. Po drugie, nie chcą powiedzieć wprost, z kim walczą. Po trzecie zaś, szukają sobie zastępczego przeciwnika (Marine Le Pen, przeciwnicy aborcji, krytycy euro), z którym łatwo wygrać potyczkę na słowa, szczególnie gdy można liczyć na wsparcie 90 proc. mediów.

Reasumując: Europa walczy dziś w obronie nie wiadomo czego, nie wiadomo z kim i nie wiadomo, przy użyciu jakiej broni. Dżihadyści pokazują nam zdjęcia odciętych głów. My pokazujemy dżihadystom dumnie wzniesione w górę ołówki. Belgijski dziennik „De Standaard" proponuje, abyśmy nadal drwili z tych, którzy „podrzynają gardła", oraz „naśmiewali się z własnych strachów" – miałby to być najlepszy sposób na obronę „naszej wolności". Jeśli tak, to już niedługo ją utracimy. Bezpowrotnie. Niestety, ołów jest wciąż skuteczniejszy od ołówka.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA