Literatura

Co by było, gdyby cię nie było

Półka z poezją
Adam Ochwanowski nie należy do poetów szeroko znanych, ale nie znaczy to, że jest poetą gorszym od tych, którzy skupiają na sobie uwagę nie tylko fachowych czasopism literackich, ale także prasy codziennej, kolorowej, o radiu i telewizji nie wspominając. Wiem, co mówię, gdyż czytam Ochwanowskiego na łamach miesięcznika „Twórczość” – z którym systematycznie i regularnie jako poeta współpracuje – od dwudziestu lat, a od dziesięciu o nim piszę przy okazji każdej jego nowej książki.
„Póki co…” to książka szczególna, bowiem pierwszy wybór wierszy w dorobku tego autora, co oznacza, że doszedł on do wniosku, iż to, co udało mu się napisać i wydać – poczynając od debiutanckiego zbioru „Dopóki żyją matki” z pamiętnego 1981 roku – warto przejrzeć, uporządkować i zebrać w jedną całość. Urodzony w 1952 roku poeta ma już swoje lata, przeżył to i owo, widział to i tamto, bywał tu i ówdzie, z niejednego pieca chleb jadł (nawiasem mówiąc, dziwię się i żałuję, że autor posłowia Artur Jarosz nie wykorzystał okazji, aby przybliżyć sylwetkę poety, opisać jego powikłaną, pełną zakrętasów i wywijasów drogę życiową). Ma za sobą kilkunastoletni pobyt na emigracji w USA, skąd wrócił po to, aby osiąść na rodzinnym Ponidziu, zaszyć się na prowincji i pisać swoje rzadkiej urody liryki. Nie zabiega o rozgłos, za nic ma sławę, licząc, że ci, do których adresuje swoje wiersze, prędzej czy później do nich trafią, że zostaną przez nich przeczytane i na swój sposób docenione. Tego, co Ochwanowski w swoim dorobku poetyckim uznał za ważne i cenne, nie ma zbyt wiele. Kanon jego poetyckiej twórczości mieści się w liczącym zaledwie półtorej setki tomiku. Cóż, Ochwanowski to poeta, który zna wagę słów, zna ich cenę. Mówi tyle, ile trzeba, i ani słowa więcej. Jak choćby w cyklu „Idyliada” z debiutanckiego zbiorku, który zaskakuje dzisiaj nie tylko pasją poznawczą, artystyczną finezją, ale również aktualnością: „Choć dziś cham z panem gada jak swój do swojego/ prawią o polityce piją strzemiennego/ za pokój na tym świecie za spokój w rodzinie/ kruszą na dłoniach ziarno zabijają świnie/ Tak w idyllicznym kotle współcześni się warzą/ pan z chama a cham z pana pospolitą twarzą”.
O skali talentu Ochwanowskiego jednakowo świadczą rymowane wiersze z tomików „Północ” czy „Oswajanie świtu”, wydanych w tym samym 1997 roku, jak i wiersze wolne i białe, programowo antypoetyckie, ze zbioru „Ostatni seans z Julią” (2000), w których to utworach poeta żegnał się z obczyzną i witał się na powrót z ojczyzną. Niczym klejnot w koronie lśni zaś w dorobku tego autora zestaw wierszy, jaki złożył się na zbiór „Śpij kolędo, śpij” (2002), w którym to zbiorze znalazły się kolędy i pastorałki pisane na przełomie wieków, na przełomie tysiącleci. Intonując z pozoru tylko staroświeckie, w gruncie rzeczy nowoczesne aż do bólu kolędy, pastorałki i kantyczki, Ochwanowski odważył się dołączyć do grona poetów, którzy nie odkładali pióra w czas Bożego Narodzenia, niezależnie od epoki, w jakiej żyli; takich jak: Jan Żabczyc i Kasper Miaskowski, Andrzej Krzycki i Sebastian Grabowiecki, Franciszek Karpiński i Teofil Lenartowicz, jak Mickiewicz i Słowacki, Asnyk, Kasprowicz i Staff, Leśmian, Tuwim i Gałczyński, Czyżewski, Liebert i Wierzyński. O tym, że nie powiela wzorów, lecz pisze, bo ma coś ważnego do powiedzenia, niech poświadczy fragment „Pastorałki z zawężonym widnokręgiem” zadedykowanej Wiesławowi Myśliwskiemu, autorowi „Widnokręgu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli”: Co by było Panie Boże Gdyby Cię nie było Może mniej by się cierpiało Może mniej się piło […] Mostów nikt by już nie palił Bo to nic nie zmienia I przytuliłby się wreszcie Kamień do kamienia. Adam Ochwanowski, autor wierszy, które niejednemu z nas pomogły w czarnej godzinie, może czuć się poetą spełnionym, a przecież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Adam Ochwanowski „Póki co… Wiersze wybrane i ulotne”. Oficyna Wydawnicza Scriptum, Kielce 2008
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL