fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Eurosceptycy to też Europejczycy

Jakub Pacan
Fotorzepa, Waldemar Kompała Waldemar Kompała
Można drwić z Janusza Korwin-Mikkego i Marine Le Pen lub straszyć nimi dzieci. Nie wolno jednak ignorować ich wyborców, których bardzo niepokoi kierunek nadany Unii Europejskiej – pisze publicysta.
W kręgu europejskich elit zawyły syreny alarmowe. Wszystkie ręce rzucono na pokład, by ratować zagrożoną wspólnotę i otwarte granice. Eurosceptycy odnieśli niespotykany dotąd sukces wyborczy. Brukselskie kasandry mnożą już ponure wizje powrotu do społeczności plemiennych, wzrostu nacjonalizmu i w konsekwencji niechybnej wojny, która pogrąży Europę we krwi.
– Janusz Korwin -Mikke to dla mnie człowiek groźny i należałoby robić wszystko, by nie zyskał na znaczeniu. Korwin-Mikke już dawno sam siebie wykluczył z kręgu cywilizowanych ludzi. Dlaczego więc dziennikarze nie rozumieją, że chęć rozkręcenia jakiejś awanturki i pyskówki czasami trzeba powściągnąć? – ostrzega dziennikarka „Gazety Wyborczej" Dominika Wielowieyska. Na przedwyborczym wiecu w Krakowie szef MSZ Radosław Sikorski wzywał do opamiętania i ratowania wspólnego dziedzictwa Europy. – Janusz Korwin-Mikke jest osobą niepoważną, która przyniesie Polsce wiele szkody – przekonywał. Szef PE Martin Schulz goszczący w Polsce przed eurowyborami również apelował o ochronę „najbardziej postępowego organizmu politycznego w dziejach ludzkości" przed populistami i nacjonalistami.

W stronę dekadencji

Eurosceptycy w rodzaju Nigela Farage'a, Marine Le Pen i Janusza Korwin-Mikkego stanowią oczywiście rezerwuar politycznej egzotyki. Można z nich żartować lub straszyć nimi dzieci. Nie można jednak nie wsłuchiwać się w głosy i potrzeby ich wyborców, ponieważ obywatele decydujący się powierzyć swój los radykałom dają znać, że kierunek nadany UE bardzo ich niepokoi. I ten właśnie niepokój powinien być tematem poważnej europejskiej debaty. Z tego znana była Europa, z otwartości i gotowości do dialogu.
Brukselskie kasandry zamiast zaklinać wyborców Korwina i Farage'a powinny – w imię dialogu właśnie – wsłuchać się w głos tych ludzi. A jest czego posłuchać. Tworzenie unijnego superpaństwa bez oglądania się na dziedzictwo, tradycję i obyczaje poszczególnych narodów, budowanie Unii dwóch prędkości w oparciu o Niemcy i Francję, obsadzanie najważniejszych stanowisk ludźmi niewybieranymi w powszechnych wyborach, niejasne i pogmatwane procesy decyzyjne ograniczone do wąskich kręgów w Komisji Europejskiej, prymat prawa unijnego nad narodowym (ponad 70 proc. obowiązującego w Polsce prawa pochodzi z UE), mnożenie i narzucanie absurdalnych przepisów bez zastanawiania się nad ich skutkami dla życia różnych krajów, wydawanie pieniędzy niezgodnych z wolą obywateli, np. na finansowanie aborcji w dalekiej Afryce – to już z daleka bardzo brzydko pachnie.
Unijni przywódcy niepokoją się popularnością partii protestu? Niech zaczną poważnie rozmawiać właśnie o tych zjawiskach z wyborcami eurosceptyków. Może osłabią w ten sposób ich argumenty. W końcu dialog najlepiej dojrzewa przy obcowaniu z ludźmi odmiennych przekonań.
Olbrzymia większość europejskich elit jest święcie przekonana o wszechmocy europejskiego państwa i koniecznej obecności Unii Europejskiej wszędzie, gdzie się tylko da. Nie ma w Europie wsi, gdzie nie wisiałaby tablica z żółtymi gwiazdkami informująca, że dzięki UE została zbudowana ścieżka rowerowa, zrewitalizowano skwerek czy docieplono szkołę. Przepisy unijne mają korygować, uzdrawiać, normować, wytyczać i udoskonalać.
Etatowi uszczęśliwiacze wierzą, że UE da się budować według najnowszych wzorów postępu. Nie bacząc na specyfiki poszczególnych krajów, naginają stosunki życia zbiorowego do abstrakcyjnych wizji i potem jeszcze się dziwią, że ludzie nie są z tego zadowoleni.
Właśnie ta funkcja kreacyjna i ideologiczno-programowa UE niepokoi ludzi najbardziej. Obecne instytucje Unii ze swą pretensjonalnością do wychowywania Europejczyków na siłę coraz bardziej przybierają cechy oświeconego absolutyzmu. Przetwarzanie obcych abstraktów ideologicznych, np. ideologii gender, w konkretne zapisy programowe, stawianie aksjologii na głowie, ustępowanie wszelkim możliwym uciskanym mniejszościom – i trzeba to powiedzieć wprost – promocja obsceniczności, Europejczycy odbierają nie jako zdobycze postępu, lecz jako serię abdykacji prowadzących nasz kontynent do totalnej dekadencji.

Wyzwalanie bez końca

Europejskie społeczeństwa nie są wcale tak otwarte na nowinki obyczajowe, jak się powszechnie sądzi. Sęk w tym, że ludzie boją się głośno skarżyć na konstruowanie finansów pod dyktando Niemiec, na imigrantów i lekcje wychowania seksualnego w szkołach. Dopiero w prywatnych rozmowach mieszkańcy Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Hiszpanii mówią prawdę i są niemal tak samo przerażeni pomysłami bezwzględnych doktrynerów jak słuchacze Radia Maryja.
W roku wyborów do europarlamentu przez Francję przetoczyły się wielomilionowe marsze protestujące przeciw małżeństwom homoseksualnym. W Niemczech marsz przeciw dyskryminacji chrześcijan zgromadził milion osób. Europejczycy mają już dość eksperymentów w ich życiu. Nie mając dostępu do mediów, wybierają jedyny dostępny im sposób wyrażenia swoich racji, czyli głosowanie na antyunijnych radykałów.
Sukces ugrupowań niechętnych Unii połączony z niską frekwencją wyborczą świadczy o obojętności i zniechęcenia do unijnych instytucji, a to niebezpieczne symptomy, ponieważ nawet najlepsza, najbardziej wyrafinowana polityka nic nie da, kiedy odbywa się bez społecznego zainteresowania i zaangażowania obywateli. Historia Europy daje wiele przykładów budowania ściśle politycznych unii, przymierzy i koalicji, z których nic nie wyszło, bo budowano je ponad głowami poszczególnych narodów.
Unia Europejska również może wymyślać przepisy, budować traktaty, układać „nowe ramy współpracy" i programy operacyjne, lecz bez społecznych konsultacji będzie to mieleniem w próżni i może się skończyć jak wszystkie dotychczasowe próby scalania kontynentu w jeden organizm.
W polityce nie mogą istnieć obok siebie urządzenia niezgodne z sobą, ponieważ w krótkim czasie się rozsypią. Nie mogą istnieć obok siebie wartości i antywartości, przy czym te drugie są w przestrzeni publicznej zazdrośnie pielęgnowane. Unia Europejska próbuje wiązać całe narody przez akceptację jednego wzoru i łączyć wyobraźnię Europejczyków wokół jednej idei postępu.
Problem polega na tym, że głoszony postęp nie ma ani celu, ani definicji. Gdyby miał cel, znaczyłoby, że do czegoś dąży. Tymczasem cała idea sprowadza się do wyzwalania „od". Od tradycyjnej hierarchii wartości, od opresyjnych więzów krępujących osobistą wolność, od religijnych norm, od patriarchalnego społeczeństwa itp. To wyzwalanie „od" nie ma końca i wymyśla się coraz to nowe obszary, które nie pozwalają jeszcze nowoczesnemu człowiekowi na w pełni nieskrępowaną ekspresję.
Jako że postęp nie ma celu, jego orędownicy skupili się już tylko na bezustannym gonieniu króliczka i podwajają wysiłki w wyzwalaniu wszystkiego, co się da. Eurosceptycznym wyborcom odrzucającym te propozycje nie przedstawiono żadnej poważnej alternatywy. Każdy, kto nie chce być marginalizowany, musi się do tej narracji dostosować. Jakiekolwiek różnice traktowane są jako zaburzenie ideologicznego porządku.
Z kolei próby przekonywania do UE zredukowanej wyłącznie do wymiaru materialnego, który w praktyce oznacza tworzenie wspólnoty w oparciu o zatrudnienie w tych samych, ponadnarodowych korporacjach, kupowania identycznych, międzynarodowych marek i jednakowy sposób spędzania wolnego czasu, działają na eurosceptyczne osoby jak czerwona płachta na byka. To nic innego, jak tworzenie zespołu ludzi żyjącego w jednym miejscu bez wspólnoty ducha i wartości.

Dość barbarzyńców!

Unifikacja wszystkiego na jeden wzór i tworzenie zrębów wspólnej tożsamości wokół infantylnego konsumpcjonizmu jest właśnie tym, co drażni tych ludzi najbardziej. Straszenie w tym kontekście powrotem zamkniętych granic i zakręceniem kurka dotacji mija się z celem, ponieważ jest to dla nich problem całkowicie wtórny i nie ma żadnych negatywnych konotacji.
Oni szukają jednego elementu łączącego, uniwersaliów, które znowu wskażą im aksjologiczne centrum, punkt odniesienia pozwalający odtworzyć hierarchię wartości na nowo. Kiedyś takim centrum było chrześcijaństwo. Decydenci nowej Europy zrezygnowali jednak z tej moralności na rzecz dobrej zabawy i hedonizmu.
Za to przywódcy partii protestu mówią: dość panoszenia się barbarzyńców w ogrodzie! Mamy na to receptę! Elementem łączącym europejski organizm nie musi być rozrośnięta biurokracja i lewicowa aksjologia. Wracamy do starych sprawdzonych wzorców. I nie oznacza to bynajmniej podróży w czasie, lecz powrót do centrum, wskazanie wartości, które się nie zmieniają i nie przemijają.
Twierdzenie, że będzie to najgorszy parlament w historii Unii, jest nieporozumieniem. Istotą parlamentaryzmu jest reprezentacja, duży odsetek partii eurosceptycznych będzie zatem odzwierciedleniem nastrojów panujących wśród Europejczyków. Ta kadencja nie będzie najgorsza, ona będzie najprawdziwsza, ponieważ w pełni pokaże przekrój reprezentowanych w Europie poglądów. Nic ponad to.
Mówienie o złej jakości tej reprezentacji to ubliżanie obywatelom, którzy w ten sposób wyrazili swoją opinię o Unii Europejskiej. Lekceważenie ich niezadowolenia i pogarda dla politycznych przedstawicieli mogą sprawić, że w następnych wyborach Marine Le Pen i Janusz Korwin-Mikke zdobędą jeszcze więcej mandatów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA